Lepki brokat – recenzja filmu „Cu Li Không Bao Giờ Khóc” – Berlinale 2024

Nie chyba większej nagrody dla festiwalu filmowego, niż gdy młody twórca, w którego pierwsze projekty inwestowano od lat, zaprezentuje nań swój debiutancki pełny metraż. Jasne, system wspierania wschodzących talentów, finansowania ich prac czy szukania wsparcia międzynarodowego, stał się aktualnie swego rodzaju modelem biznesowym największych imprez branżowych, ale wciąż tego rodzaju ścieżki nie zawsze mają szczęśliwe zakończenie. Urodzony w Hanoi Phạm Ngọc Lân, reżyser prezentowanego w sekcji Panorama 74. edycji MFF w Berlinie dramatu rodzinnego Cu Li Không Bao Giờ Khóc (pol. „Cu Li nigdy nie płacze”), umiejętnie wydeptał sobie jednak drogę do sukcesu.

Wietnamczyk na początku poprzedniej dekady zadebiutował krótkim metrażem Chuyên moi nhà (2011) – prezentowanym na Visions du Réel czy podczas CPH:DOX). W 2015 roku gościł w stolicy Niemiec podczas Berlinale Talents, corocznej imprezy mającej na celu integrację młodej części branży filmowej. Już po roku za naszą zachodnią granicą pokazywał kolejny projekt, Another City (2016) wyświetlane w konkursie dla małych form. To w tym czasie zaczynał prace nad Cu Li Không Bao Giờ Khóc – fabułą o Pani Nguyện (w tej roli Minh Châu) wracającej do ojczyzny, by rozsypać prochy swojego zmarłego męża. Równolegle musi ona na nowo wplątać się w rodzinny galimatias, bowiem jej młoda siostrzenica zaczyna planować ślub. Lân scenariusz przedstawiał potencjalnym producentom w Busan, Tokio, Cannes, Berlinie czy Locarno; otrzymał kilka grantów i nagród, jeszcze więcej ciepłych słów. Po drodze zdążył zrealizować kolejne dwa shorty: walczącą o Złotego Niedźwiedzia dla krótkich metraży Błogosławioną ziemię (2019) i Niewidzialną rzekę (2020) składającą się na nowelową produkcję Mekong 2030 pokazywaną w Polsce podczas festiwalu Pięć Smaków.

Rozwijany przez ponad sześć lat projekt tytuł zawdzięcza jednemu z głównych bohaterów – małpce z rodziny lorisowatych o wielkich, maślanych ślepiach i sentymentalnej wadze dla głównej bohaterki. Rozczulający zwierz to bowiem spadek, jaki odziedziczyła po europejskim partnerze, ale też jego swoista reinkarnacja utrzymująca ją przy dobrym samopoczuciu. Ciocia Nguyện w progu rodzinnego domostwa staje więc z pobitą urną na prochy w jednej i lemurem w drugiej ręce; naprzeciw niej siostrzenica z narzeczonym i planami na przyszłość. Zakłócenie żałoby, ale też codziennej egzystencji, stale kontrastuje tu z kulturowymi przetasowaniami w wietnamskim społeczeństwie. Przaśna brokatoza, cekiny i balony, a obok powidoki Lenina, wojenne traumy, wspomnienie rozdziału Południa z Północą, zmiany ekologiczne oraz doświadczenia emigracji. Cu Li Không Bao Giờ Khóc żongluje tematami i wątkami, ale żadnemu nie odbiera należytego rozwinięcia, miłość kroczy tu w parze z nienawiścią, a chwilowy patos momentalnie rozładowywany zostaje sytuacyjnym humorem.

Wietnam 1

Krótkie streszczenie debiutanckiego pełnego metrażu Lâna, całkiem słusznie zresztą, może nasuwać pewne skojarzenia. Podobne historie o rozliczaniu narodowych traum za pomocą jednostkowych doświadczeń kino Azji Południowej-Wschodniej opowiada przecież nader często, szczególnie chętnie używając do tego fragmentarycznej, poetyckiej narracji i onirycznej formy. By podać dwa przykłady z ostatnich lat: pokazywana na Berlinale Pamięć ziemi (2021) Kim Buy Qui [NASZA RECENZJA] oraz nagrodzone canneńską Złotą Kamerą dla najlepszego debiutu W żółtym kokonie (2023) Phạm Thiên Âna [NASZA RECENZJA]. To filmy problematyzujące zagadnienia takie jak pamięć, tożsamość czy trwałość poprzez odniesienie się do współczesnej sytuacji Wietnamu – kraju od blisko trzech dekad adaptującego swój komunistyczny rodowód do nowych, kapitalistycznych ambicji. Oba zresztą za wiwisekcyjną soczewkę obrały metaforę rozpylenia wspomnień, rozproszenia ich we mgle – parnych, głębokich kadrach pełnych pulsującej zieleni.

Cu Li Không Bao Giờ Khóc w tym porównaniu nie wypada wcale blado – Phạm Ngọc Lân dzielnie wystrzega się ślepego naśladownictwa. Oczywiście nie sposób zarzucać kopiowania od Kim Buy Qui czy Phạm Thiên Âna (wszystkie trzy projekty powstawały wszak praktycznie w tym samym czasie), ale dziesiąta muza reminiscencyjnych klisz wydała na świat całe mnóstwo. Na próżno szukać tu formalnych fajerwerków – to schludnie skrojony tren pomstujący na nieuchronność przemijania i rozpad relacji społecznych. Nie przeciąga ujęć w nieskończoność, unika tanich szantaży emocjonalnych oraz metafizycznych zwrotów akcji. Pocztówkowe widoki mieszają się z nieoczywistymi ustawieniami kamery, manipulacje światłem urozmaicają głębię kadru, a fabularny rozkład znajduje ujście w mżystej aurze tropikalnych krajobrazów. Całość została  ujęta realistycznie oraz utrzymana w czarno-białej estetyce. To nie slow cinema, a slow life, codzienność wietnamskiej prowincji, żadne arthousowe mody.

Plakat

Cu Li Never Cries

Tytuł oryginalny:
Cu Li Không Bao Giờ Khóc  

Rok: 2024

Kraj produkcji: Wietnam, Singapur, Francja, Filipiny, Norwegia

Reżyseria: Phạm Ngọc Lân

Występują: Minh Châu, Hà Phương, Xuân An i inni

Ocena: 3,5/5

3,5/5