Pocztówki z Brazylii – recenzja filmu „Dormir de olhos abertos” – Berlinale 2024

Kiedy kilka tygodni temu mój smartfon postanowił popełnić rytualne samobójstwo, przyśnił mi się znowu Heidegger, mimo że miałem otwarte oczy – wybałuszone wręcz ze złości na kapryśność materii i wielokolorową mozaikę pikseli, jaka objawiła się w miejsce listy kontaktów. Wybicie z automatyzmów zazwyczaj wspomaga przygodność, popycha do działania, a w dłuższej perspektywie po prostu oczyszcza. Tak też zaczyna się film Nele Wohlatz – od pozornie tragicznego rozstania z partnerem i klasycznego nura, jakie telefony lubią czasem dawać do publicznych toalet. A dalej, choć wolno i eliptycznie, jest tylko ciekawiej, bo Recife robi za substytut biblijnej wieży Babel, w której kradzieże aparatów są najmniejszym z problemów w komunikacji, a okupujące plażę rekiny symbolizują dwoistą naturę turystycznej pustyni.

Skrzywdzona powyższym scenariuszem, emocjonalnie niezbyt rozrzutna Tajwanka w okolicach trzydziestki, przyjmuje zaproszenie przypadku i wskakuje na pokład samolotu do kraju kawy. Szwendając się po ulicach wspomnianego miasta, które jak w soczewce skupia przywary i nierówności brazylijskiego społeczeństwa, spotyka innych diasporycznych podróżników, zazwyczaj podobnie zagubionych w drodze do bliżej nieokreślonego szczęścia. I jak przystało na współproducenta obrazu Klebera Mendonçę Filho, próby oswojenia obcego krajobrazu cechuje typowy dla niego absurd. Może z nieba nie spadają wywołujące pogodowe anomalie meteory, jak w Recife frio, ale popyt na parasolki maleje, chociaż okres deszczowy w pełni, a dmuchane koła na nic się zdają, kiedy wejście do wody grozi śmiercią. Toteż kolejne próby pisania historii od pucybuta do milionera – podejmowane wyzwania uprawy ego na dzierżawionym gruncie – w najlepszym wypadku palą na panewce, w najgorszym – kończą się na cmentarzu w wyniku banalnej pomyłki. Zupełnie jak u Corneille’a, nadzieje rozbijają się w porcie o ukryte skały, zazwyczaj wtedy, gdy stawiają pierwsze kroki z niedawno nabytą pewnością…

Berlińska sekcja Encounters, która zaserwowała nam rok temu jeden z najsubtelniejszych obrazów imigracji w historii kina (zanurzone w mszasto-grzybkowej zupie z empatii i bliskości Na miejscu) ponownie zatem oferuje nieoczywisty portret tożsamościowego potpourri. Nomadyczna wrażliwość w najnowszym wydaniu sięga jednak po nieco inne metafory, snując hipotezy o cielesnych zapachach modyfikowanych lokalną dietą i mikroklimatem. To nozdrza opisują różnicę między lenistwem nadmorskich spacerowiczów i skostnieniem klasowej tkanki niedawnego gospodarza Mundialu a marszem chińskiej maszyny wojennej ku ekonomicznej dominacji – wspomnienia Azji brzmią jak socrealistyczna propaganda powojennej Polski, gdzie nie sposób było przejść dwukrotnie tą samą ulicą bez wyraźnych zmian w architekturze. Idiosynkrazja odoru mieni się niczym bizarny patriotyczny sztandar wyjęty przed starciem z kulturową asymilacją. Czy coś „tego typu” – jak mawiał łódzki patostreamer – bo jeśli Wohlatz czegoś unika, to dydaktycznej konkluzywności, która nie przystoi anegdotycznej manierze opowiadania.

Narracyjna strategia znajduje odzwierciedlenie w szkatułkowej strukturze utworu – znalazłszy pudełko zapisanych kartek pocztowych, Ah zanurza się w świecie relacjonowanym na tyłach papierowych suwenirów. Pocztówkowość przyjęło się zresztą traktować w kinie dość pejoratywnie, więc miło dla odmiany doświadczyć odwrócenia, a za pomocą pozbawionych adresata listów emigrować do podrównikowej krainy i dryfować po morzu niepewności wraz z bohaterami autobiograficznej książki-kolekcji. Jej autorka pełni dla ramowej postaci funkcję swoistego awatara uczuć, podobnie jak ekranowe kreacje służą widzowi w odnalezieniu własnych rozterek. Bo w gruncie rzeczy zdradzamy wzajemnie historie, by ulżyć pragnieniu dzielenia się afektami, które nabiorą dopiero kształtu w procesie werbalizacji – nie z ciekawości, nie z kompulsywnej potrzeby konsumpcji.

Niemieckiej reżyserce, absolwentce filozofii w Karlsruhe i filmu w Buenos Aires, udaje się zamanifestować coś bardzo delikatnego w naturze, mianowicie pozornie błahy fakt, iż przekaz nie odnosi się wyłącznie do treści, ale do samego aktu ofiarowania, a teksty żyją przede wszystkim wtedy, gdy rytualnie łączą ludzi dotąd sobie obcych. Ten sam potencjał drzemie przecież w kinie jako arce scenariuszy gotowych do umocowania w rzeczywistości patrzącego – wehikule symbolicznej migracji – jeśli tylko gotów unieść powieki.

Tomasz Poborca
Tomasz Poborca

Sleep with Your Eyes Open

Tytuł oryginalny:
Dormir de olhos abertos

Rok: 2024

Kraj produkcji: Brazylia, Tajwan, Argentyna, Niemcy

Reżyseria: Nele Wohlatz

Występują: Chen Xiao Xin, Wang Shin-Hong, Liao Kai Ro i inni

Ocena: 3,5/5

3,5/5