Dźwięki muzyki – recenzja filmu „Sonata”

Kino, szczególnie amerykańskie, przyzwyczaiło nas do tego, że biografia musi być sentymentalna, pompatyczna i z szantażem emocjonalnym. Wybierając się na Sonatę, uznałam więc, że bezpieczniej będzie użyć wodoodpornego tuszu do rzęs, żeby w razie nadmiernego wzruszenia zachować fason. Ale debiutujący pełnym metrażem Bartosz Blaschke wchodzi w znane nam schematy cały na biało – i pokazuje, że melodramatyczny biopic wcale nie musi wzruszać, żeby trafić w najczulsze punkty.

Sonata opowiada historię Grzegorza Płonki (Michał Sikorski), zaraz po urodzeniu zdiagnozowanego jako dziecko „nierokujące”, a później autystyczne, wymagające specjalnej opieki i z tego powodu umieszczone w ośrodku rehabilitacyjno-wychowawczym. Filmowego Grześka poznajemy, kiedy ten ma 14 lat, a opiekujący się nim Małgorzata (Małgorzata Foremniak) i Łukasz (Łukasz Simlat), mimo postawionego przez system krzyżyka, ciągle wierzą – zresztą słusznie, że wcześniejsze diagnozy były mylne. Przysłowiowym światłem w tunelu staje się nowo zatrudniona nauczycielka Krystyna (Barbara Wypych), która podejrzewa, że trudności komunikacyjne i rozwojowe chłopca nie wynikają z upośledzenia, a z niedosłuchu. To rozpoczyna zupełnie nowy rozdział w rodzinie Płonków. Aparat słuchowy otrzymany od profesora Henryka Skarżyńskiego (Jerzy Stuhr) pozwala na eksplorację nieznanej dotąd, choć wyczuwanej intuicyjnie, przestrzeni dźwięków wysokich i daje możliwość upragnionej nauki gry na fortepianie. Stąd już tylko krok do poznania „Sonaty Księżycowej” Beethovena, której chęć zagrania staje się z czasem obsesją i jedynym celem w życiu młodego człowieka. To jednak też czas walki – tym razem z systemem edukacji i szukaniem w nim miejsca dla osoby z jednej strony obarczonej deficytem, z drugiej obdarzonej ponadprzeciętnymi zdolnościami. A także okres zmagań z własnym ego i redefinicji relacji rodzinnych, które już i tak napięte jak struna są coraz bliżej pęknięcia.

Sonata

Debiut Blaschke ma przede wszystkim trzy mocne punkty narracyjne. Pierwszym jest historia sama w sobie, chcąc nie chcąc, chwytająca za serce. Uderzają stracone lata nietrafionych diagnoz, spychologii, walki z systemem, czyli wszystkiego, co w mniejszym lub większym stopniu doświadczył niemal każdy, kto z owym systemem się zetknął. Lata skazujące na pogrążanie się we własnym świecie, bez szansy na komunikację z tym, co poza nim. Zachwyca jednocześnie niespotykany upór Grzegorza, gotowego poświęcić wszystko dla zyskania pełnego spektrum słuchu i dostania się do szkoły muzycznej, a także jego miłość do utworu Beethovena – uparta, bezwarunkowa, niemal wyznaczająca dobowy rytm.

Drugim punktem jest to, jak Blaschke operuje światem Grzegorza. Formalnie pomaga mu w tym oczywiście dźwięk, za który odpowiedzialni byli Tomasz Sikora i Artur Kuczkowski. Podobnie jak w Sound of Metal Dariusa Mardera [NASZA RECENZJA], będącym w gruncie rzeczy rewersem Sonaty, najmocniejszymi momentami są te pozwalające nam „wejść w skórę” bohatera: niepozostawiająca złudzeń cisza, w którą zostajemy wrzuceni równie brutalnie jak Grzegorz; dokuczające, skrzeczące tony przymierzanego pierwszy raz aparatu słuchowego i potworna dezorientacja w nowej rzeczywistości, wydającej się być nie mniej wrogą niż poprzednia; czy w końcu wyczekiwane, przyjemne szelesty, które przywracają nadzieję. And last but not least dźwięk fortepianu, zawsze wywołujący dziecięcy zachwyt. Nie ma w tym emocjonalnego fałszu czy budowania politowania dla postaci – wręcz przeciwnie. Reżyser portretuje Grzegorza na prawach równych jego rówieśnikom – uwzględniając wszelkie typowe dla wieku zachowania, pamiętając przy tym o jego odbiegającej od norm sytuacji. Natomiast trzecim filarem narracji, działającym niczym balsam na rany i idealnie równoważącym ciężar historii, jest humor, dający dużo wytchnienia, ale też przypominający, że branie życia zbyt poważnie bywa szkodliwe i zwyczajnie nudne.  

Nie byłoby tego filmu bez wspaniałych kreacji aktorskich Łukasza Simlata, Małgorzaty Foremniak czy Jerzego Stuhra, choć na tym nieboskłonie gwiazd najmocniejszym blaskiem lśni oczywiście odtwórca głównej roli, czyli Michał Sikorski. Przy tego typu postaciach zawsze istnieje ryzyko krzywdzącego przerysowania, nadania cech stereotypowych, a przez to szkodliwych, żeby wspomnieć chociażby szeroko krytykowany występ Maddie Ziegler w Music. Sikorski, mimo młodego wieku i debiutu w roli pierwszoplanowej, udźwignął bez problemu „ciężar” swojego bohatera. Jego wyważona i nieprzesadzona gra trafia, szczególnie wtedy, kiedy przyprawia ją subtelnymi, humorystycznymi grymasami.  

Debiut pełnometrażowy Bartosza Blaschke, będącego również autorem scenariusza, jest wspaniałym popisem rzemiosła, spełnionym zarówno w sferze formalnej, jak i narracyjnej. Ale największą wartością tego tytułu jest szczerość. Sonata bowiem niczego nie udaje, nie próbuje uzurpować kina artystycznego – jest uczciwą historią człowieka, któremu los dużo zabrał i który przeszedł niewyobrażalną drogę, żeby to odzyskać. Koniec końców to świetny feel-good movie „robiący dzień” i przypominający, że walczyć o marzenia trzeba zawsze, niezależnie od okoliczności. I że na świat należy patrzeć z takim błyskiem oku, jaki pojawia się u Grzegorza na samą myśl o muzyce Beethovena.  

Agnieszka Pilacińska
Agnieszka Pilacińska
Sonata plakat

Sonata

Tytuł oryginalny:
Sonata

Rok: 2021

Kraj produkcji: Polska

Reżyseria: Bartosz Blaschke

Występują: Michał Sikorski, Małgorzata Foremniak, Łukasz Simlat, Jerzy Stuhr

Dystrybucja:  TVP Dystrybucja Kinowa

Ocena: 3,5/5