Wszystko o mojej matce – recenzja filmu „Córka” – Transatlantyk

Wszystko o mojej matce – recenzja filmu „Córka” – Transatlantyk

Nieustępliwą naturą debiutu, z której wynika jego olbrzymia waga, jest to, że może on wydarzyć się tylko raz. Mimo że nie zawsze determinuje przyszłą drogę twórcy, to udany cieszy wyjątkowo i każe wypatrywać danego nazwiska czy to na festiwalach, czy w regularnej dystrybucji. Szczególnie niespodziewane i zaskakujące pierwsze razy za kamerą, to te, leżące w rękach aktorów, którzy przecież kształcili się w innym fachu, ale gdzieś po drodze złapali reżyserskiego bakcyla. W tym roku najgorętszym nazwiskiem w tej kategorii jest Maggie Gyllenhaal ze swoją Córką, opartą na motywach powieści Eleny Ferrante pod tym samym tytułem.

Obraz intrygujący wyraźną, ale nieprzesadzoną kreską, szturmem zdobył uznanie zarówno widzów, jak i krytyków. Nagroda za najlepszy scenariusz na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji czy aż cztery Nagrody Gotham (za najlepszy film fabularny, scenariusz, występ pierwszoplanowy i najlepszą przełomową pracę reżysera), to tylko niektóre z jego dotychczasowych sukcesów. Polscy widzowie mieli szansę zapoznać się z nim podczas American Film Festival oraz Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Transatlantyk.

Fabuła Córki przebiega dwutorowo – w czasie teraźniejszym, gdzie główna bohaterka, Leda (Olivia Colman), spędza wakacje nad greckim morzem, oraz w retrospekcjach, przedstawiających pierwsze lata jej macierzyństwa, relację małżeńską i zawieszoną na haku karierę. Dziś Leda jest profesorką literatury w wieku średnim, kobietą dystyngowaną, ale też neurotyczną, ściśle pilnującą granic (psychicznych i fizycznych) oddzielających ją od świata zewnętrznego. Wypoczywając na plaży, bacznie obserwuje Ninę (Dakota Johnson), młodą matkę, tłamszoną zarówno przez nowe obowiązki, jak i rodzinę męża – szemrane towarzystwo, budzące postrach wśród lokalnej społeczności. Leda, czyniąca ze stawiania oporu sztukę, zaczyna prowadzić z nimi dość niebezpieczną grę psychologiczną. Spektakl przeciągania liny potęguje klimat thrillera, oddający kondycję psychiczną naszej bohaterki – wypełnionej lękami, niepewnością i emocjonalnym oderwaniem od otaczającego świata. Jednocześnie jest on narracyjnym smaczkiem nadającym całości niezapomnianego charakteru, działającym zarówno na poziomie narzędzia trzymającego percepcję widza, jak i nośnika metafory, osiągającej punkt kulminacyjny w scenie ze szpilką. Oto macierzyństwo, jako jedyna relacja posiadająca prawo do asymetrii, nie jest gwarantem karmicznej sprawiedliwości – dobre chęci nie zawsze wystarczą w konfrontacji z drugim człowiekiem i mozolną codziennością. A odpowiedzialność jest brzemieniem, którego nikt za nas nie udźwignie. Reżyserka, odkrywając przeszłość Ledy, trzyma nas na bardzo krótkiej smyczy, dozując ostrożnie cząstki opowieści, zostawiając przysłowiową wisienkę na torcie na sam koniec. 

Gyllenhaal, podobnie jak Pablo Larraín w Emie (NASZA RECENZJA) czy Julia Ducournau w Titane (NASZA RECENZJA), ma niesamowitą odwagę dekonstruować mit macierzyństwa. Daje matce, jako pojęciu, prawo do chłodu, kochania takim zasobem, w jaki sama została wyposażona, czy do frustracji wynikającej z zamknięcia z dziećmi (wymagającymi przecież ciągłej uwagi i czułości) w „czterech ścianach”. Odchodzi od tradycyjnej narracji bezwarunkowego uczucia i daje prawo do miłości macierzyńskiej na własnych zasadach, do egoizmu, który może wydawać się bezwzględny, ale jednocześnie jest szczery i nie zżera fałszem od środka. Rozprawiając się z tak ciężkim tabu, Gyllenhaal, niczym legendarna Ida Lupino, staje po stronie tych, których głos przez lata był uciszany jako niewygodny. W końcu w kulturze i społeczeństwie matka jest przede wszystkim opoką i jej symbolu nie można podważać. Jednocześnie przedstawiona w filmie wielopokoleniowość postaci, wskazuje na uniwersalny wymiar problemu – nie dotyczy on wszak jednej kobiety w jednym czasie, ale rozgrywa się codziennie i wszędzie, niezależnie od statusu majątkowego czy wykształcenia.

Przyglądając się Córce, nie można nie wspomnieć wybitnej gry aktorskiej, która pozwala wybrzmieć postaciom i nadać im mocy. Olivia Colman, czyli współczesna Leda, próbująca pod niewygodnym uśmiechem ukryć dręczące ją obsesje, jest jak zawsze fenomenalna. W tyle za nią wcale nie pozostaje jej filmowa, młodsza wersja, grana przez Jessie Buckley, uwodząca nieprzeniknionym spojrzeniem i surowością gry w każdym ujęciu. Obydwie aktorki budują postać budzącą odczucia mocno ambiwalentne – trudno powiedzieć czy naprawdę kibicujemy Ledzie. W końcu jej szczęście oznacza nieszczęście innych – pajęczyna wzajemnych relacji nikogo nie zostawia bez blizn. Z drugiej strony Leda symbolizuje wolność – wartość mającą najlepszy smak, ale często wymagającą poświęceń i odcięcia od społecznych norm.

Obraz Maggie Gyllenhaal jest dość wymagający, ale też mocno wynagradzający uwagę widza. Podobnie jak jej koledzy po fachu, Paul Dano (Kraina wielkiego niebaNASZA RECENZJA), Bo Burnham (Ósma klasa) czy Olivia Wilde (Szkoła melanżuNASZA RECENZJA), pokazała nie tylko talent narracyjny, ale i olbrzymią dyscyplinę w jego egzekwowaniu. Córka jest bowiem dziełem intrygującym zarówno oryginalnością w portretowaniu postaci, architektoniczną konsekwencją prowadzenia opowieści, jak i odwagą do podejmowania tematów niewygodnych społecznie. Jest też pozycją każącą wypatrywać następnych produkcji świeżo upieczonej reżyserki i dającą nadzieję, na kolejny, przynajmniej równie udany obraz. 

Agnieszka Pilacińska
Agnieszka Pilacińska

Córka

Tytuł oryginalny:
 Lost Daughter

Rok: 2021

Kraj produkcji: USA

Reżyseria: Maggie Gyllenhaal

Występują: Dakota Johnson, Olivia Colman, Jessie Buckley i inni

Dystrybucja: Velvet Spoon

Ocena: 3,5/5