Podsumowanie roku 2019: TOP 10 festiwale + vod

Podsumowanie roku 2019: TOP 10 festiwale + vod

Przełom roku to jak zwykle czas przemyśleń i podsumowań. My zaczynamy nowy rok 2020 od przyjrzenia się najlepszym filmom jakie widzieliśmy na festiwalach i w ramach obiegu streamingowego, czyli całe to dobro, które nie trafiło do regularnej kinowej dystrybucji. Niektóre z nich widzieliśmy najpierw na festiwalach, by potem powtórzyć z przyjemnością na vod, na szerszą dostępność innych musimy cierpliwie poczekać. Niemniej zapewniamy, że na liście znalazło się dziesięć perełek, które po długich debatach wybraliśmy z 201 filmów zgłoszonych przez poszczególnych redaktorów. A jakie są Wasze ulubione filmy minionego roku?

10. Pan Long
[Pięć Smaków]

Znany bywalcom festiwali japoński reżyser Hiroyuki Tanaka, ukrywający się pod pseudonimem SABU, dwa lata temu przyjechał na Berlinale z nowym filmem. Startujący w konkursie głównym Pan Long, choć wrócił z Niemiec bez nagród, udowodnił, że eklektyczny styl autora Miss Zombie nie stępił się ani trochę. Dzięki selekcjonerom Pięciu Smaków mogli się o tym przekonać na własnej skórze także polscy fani artysty. Tytułowy pan Long (grany przez Changa Chena, jednego z największych gwiazdorów kina azjatyckiego) trudni się fachem płatnego mordercy. Jest doskonale wyszkolony, cichy, metodyczny, w dodatku obdarzony miłą aparycją. Zostaje wysłany do Japonii ze zleceniem zabójstwa wysoko postawionego członka yakuzy. Tam sprawa idzie nie po jego myśli i ranny przybysz zostaje uziemiony w prowincjonalnej mieścinie.

Reżyser stawia bohatera w sytuacji, w której znajduje się między młotem a kowadłem: z jednej strony nie może wychynąć z kryjówki, bo oczy yakuzy są wszędzie, z drugiej musi niebawem zameldować się z powrotem u swoich mocodawców w ojczyźnie. Z pomocą nieoczekiwanie przyjdzie mu lokalna społeczność. Familiarny nastrój i duch gościnności udzieli się wszystkim lokalsom, którzy, nie bez wywoływania salw śmiechu w kinowej sali, wespół podejmą decyzję o tym, że ich gość, aby zarobić na utrzymanie, musi koniecznie poprowadzić lokal gastronomiczny. Mężczyzna otrzymuje od sąsiadów wszelkie środki potrzebne do takiej działalności. Wesoła banda zbija też wózek, dzięki któremu handel może odbywać się w dowolnym miejscu miasteczka. Fragmenty poświęcone kuchennym wyczynom azjatyckiego Leona Zawodowca przypominają o tak przyjemnych seansach, jak Kwiat wiśni i czerwona fasola Naomi Kawase czy Szef Jona Favreau.

Dla twórcy Podróży Chasuke nie liczą się półśrodki – kiedy zamierza docisnąć bardziej gaz, na protagonistę rusza cały zgraja uzbrojonych po zęby gangsterów. Udany spektakl w jego wykonaniu nie może być pozbawiony pociesznego humoru, autentycznego dramatu i odrobiny wzruszeń. SABU bez większego wysiłku łączy kilka porządków i gatunków. Kulinarny crowdpleaser przechodzi w yakuza eigę, melodramat i komedia mieszają się z kinem społecznym. Okazuje się sztukmistrzem gotującym tradycyjną potrawę, ale z różnych niepasujących składników i bez narzuconego przepisu.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

9. Winona
[Warszawski Festiwal Filmowy]

Opustoszała plaża. Cztery dziewczyny rozbijające nań swój obóz. W tle tylko czyjś samochód i dom na wzgórzu. Nie, to nie podbudowa pod kino grozy, choć wokół unosi się jakaś tajemnica. Młode okularnice będą śpiewać, tańczyć, brykać i przede wszystkim rozmawiać, nim zachód słońca zabierze im dzień. Czy z takiego kina może wyjść coś interesującego? Krótko mówiąc: myślałem, że „nie”, a czas pokazał, że „i to jak!”

 

(…) Jest jedna rzecz, której jak się domyślacie, nie uświadczymy. Fabuły. A jednak „Winona” roi się od opowieści. Tych fikcyjnych i tych prawdziwych. Dziewczęta dają się poznać właśnie dzięki niezwykłym historiom, które wymieniają, a także wyzwaniom, jakie sobie stawiają. Każdy z tych słowotoków jest tak bezpretensjonalny, że aż boję się o tym pisać, by streszczane, nie dotknęły banału. Pewnym jest jednak, że film nie potrzebował skomplikowanej intrygi wiodącej. Sam w sobie jest bowiem na tyle złożony w warstwie symbolicznej, wizualnej czy emocjonalnej, że to wystarcza. Na co wystarcza? A choćby na to, by stać się moim ulubionym filmem bieżącego roku.

Adrian Burz
Adrian Burz

8. In Fabric
[Nowe Horyzonty]

Nowy film Petera Stricklanda zagościł na Nowych Horyzontach w sekcji „Mistrzowie” i chociaż sam przybiłbym pieczątkę takiemu mianowaniu reżysera (chociażby za genialne Berberian Sound Studio), to jego najnowszy obraz lepiej sprawowałby się w sekcji „Nocne Szaleństwo”, która słynie z bezkompromisowych, odważnych i – o wielka oczywistości — szalonych projektów.

To już czwarty pełnometrażowy film fabularny Brytyjczyka i czwarte posłanie widza w objęcia rozkochanego w emocjonalnej brutalności i intensywnych kolorach stylu. Tym razem będzie to czerwień sukienki, którą nabywa Sheila, kobieta w średnim wieku szukająca w życiu odrobiny ciepła i partnerstwa. W ten sposób zostaje zaplątana w sieć dziwności, która rozpościera się gdzieś pomiędzy jej trudną stacją domową a karykaturalnie wręcz staroświeckim i obwieszonym przecenami domem mody. Oczywiście zwykła sukienka i związki byłyby okropnie nudne, tak więc za wszystkim musi czaić się śmierć, obsesja, komentarz na temat konsumpcjonizmu i czarny jak kozioł humor.

Strickland całymi garściami czerpie z włoskiego kina giallo/gore i z prędkością karabinu maszynowego cytuje wizualnie Argento oraz Bavę, ale nigdy nie pozostawia cytatu w pustce. Miesza zakurzone stylistyki i wydobywa z nich cudownie brzmiący we współczesności kicz i absurd, które stają się integralną częścią świata przedstawionego i zarysowują wszystko swoją soczyście grubą, krwawą kreską. Na dokładkę, nie biorąc żadnych jeńców, twórca Duke of Burgundy wrzuca na ekran sceny przesączone niepokojącym erotyzmem oraz diabelską symboliką.

Oczywiście można zarzucić, że działo, z którego bombarduje nas Peter Strickland, w okolicach połowy seansu zaczyna strzelać ślepakami lub ponownie trafia w już dobrze zdruzgotane przyzwyczajenia i oczekiwania. Jednakże nadal mało która produkcja na całym festiwalu mogła zapewnić tyle czystej, kinofilskiej przyjemności i wizualno-narracyjnych ciarek. Niech żyje wielka wyprzedaż!

Michu Szczepański

7. Ray & Liz
[Nowe Horyzonty / HBO Go]

Debiutujący jako reżyser Richard Billingham, z wykształcenia malarz, z zawodu fotograf, zaprosił nas w intymną podróż do swojego prywatnego świata. Świata migawek z wczesnego dzieciństwa, pożółkłych fotografii z albumu rodzinnego, które tu zyskują nowy blask. Kadry z Ray & Liz, podobnie jak prace z wcześniejszego zbioru Ray’s a Laugh sprzed kilkunastu lat, wykonane, gdy rodzice artysty nadal żyli, są bardzo estetyczne, pełne żywych barw, a jednocześnie powodują ciarki i niemal bezpośrednio przywołują zatęchły odór starych ścian, podłego wina i tanich papierosów.

Choć przeczytanie skrótów fabuły, wychwycenie podstawowych kluczy pt. brytyjska klasa robotnicza, czasy taczeryzmu, dysfunkcyjna rodzina, nakazywałoby każdemu szanującemu się filmoznawcy natychmiast odwołać się do tradycji kina społecznego spod znaku Mike’a Leigh czy Kena Loacha, to w filmie Billinghama przede wszystkim czuć miłość do malarstwa. Twórca przyznaje się nie tylko do podpatrywania ze scen rodzajowych niderlandzkich klasyków, ale nawet rodzimych pejzażystów, z Constable’em na czele. Szuka piękna, urzekających dla oka kompozycji w doświadczeniach przecież tak traumatycznych, związanych z rodzicielskim zaniedbaniem, nieustannymi kłótniami oraz strachem, zupełnym brakiem poczucia bezpieczeństwa w otoczeniu najbliższych. Jego autobiograficzne dzieło nie jest donosem na rodziców, a naprawdę wrażliwym i wyrozumiałym portretem ciężarów codzienności, zmagań z nałogiem, ubóstwem czy bezrobociem, które nigdy jednak nie porzuca perspektywy wyalienowanego i niegotowego na niesione brzemię chłopca. Artysta zadedykował obraz swoim dzieciom, aby także one zrozumiały go bardziej jako drugiego człowieka i zapamiętały, jak ważne jest wstrzymanie się od pochopnych osądów na temat innych istot ludzkich, choćby ze względu na przynależność klasową.

Jeśli Ray & Liz nie było najlepszym obrazem konkursu głównego Nowych Horyzontów, to być może chociaż tym najbardziej poruszającym
Dawid Smyk
Dawid Smyk

6. The Forest of Love
[Netflix]

Forest of Love plakat

O nowym projekcie Siona Sono słyszeliśmy już od dawna. Ekscentryczny japoński reżyser początkowo Forest of Love miał zrealizować w formie serialu dla Netflixa, lecz jego nagłe załamanie zdrowotne zablokowało ten ambitny projekt i zmusiło go do zamknięcia całości w formie dwuipółgodzinnego filmu. Skończone dzieło trafiło na platformę z zaskoczenia, bez żadnej promocji, 11 października, w środku festiwalowego sezonu. Forest of Love to wspaniały przykład ukrytej perły. Gdyby ten film trafił na polskie festiwale, to bez dwóch zdań stałby się jedną z rewelacji sezonu. Twórca Miłości obnażonej i Klubu samobójców podsumowuje swoją dotychczasową karierę spajając w całość symbole i motywy ze swoich wcześniejszych dzieł. Mamy tu zatem młodość, używki, seksualne fetysze i frustracje, samobójstwa, kryzysy wieku średniego, morderstwa, czy krytykę instytucji, a to wszystko podlane sporą dawką kinofilii i autotematyczności. Fabuła początkowo opowiada o młodym kinomanie, który pragnie zostać reżyserem i wspólnie z grupą znajomych udaje się do przyjaciółki zajmującej się teatrem. Ta postanawia zwerbować do projektu cnotliwą dziewczynę, która przed laty grała Julię w jej debiutanckiej adaptacji Romea i Julii. W tym samym czasie miasto drży w strachu przed nieuchwytnym mordercą kobiet. To nielinearna i osadzona w kilku liniach czasowych opowieść zachwyca formą i przywiązaniem do szczegółów. Produkcja dla wszystkich fanów kina, którzy nie boją się łamania wszelkich tabu i dzikości satyry.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

5. Varda według Agnès
[Millennium Docs Against Gravity / Nowe Horyzonty / vod.pl]

W filmie Varda według Agnès swoim zwyczajem reżyserka nie poprzestaje na sztywnej formule, lecz na naszych oczach tworzy nieskrępowany kolaż składający się z osobistych, nierzadko bolesnych wspomnień, anegdot z planu filmowego i technicznych opisów scen. Skrupulatnie opowiada o poszczególnych dziełach i podejmowanych inicjatywach na polu fotografii i instalacji. Struktura podyktowana jest bardziej emocjonalnym stosunkiem do danego okresu, reminiscencji, przedmiotu. Za inspiracją (gdy kiełkuje pomysł, a w jej przypadku raczej skomplikowany koncept) idzie akt kreacji (wymagający ogromnych nakładów pracy, pieniędzy, ale i inwencji), by finalnie dzieło mogło trafić do widzów. Oprócz Godarda nikt nie tworzy dzieła tylko dla siebie, tekst kultury potrzebuje widza.

Honorowy Oscar, wenecki Złoty Lew czy berliński Srebrny Niedźwiedź, kilka Cezarów i szereg innych pomniejszych nagród to miłe dodatki do działalności Francuzki, która nigdy przecież nie szukała poklasku. Jej żywa osobowość, ciekawość świata i życiowa zaradność zaważyły na tym, że autorka Szczęścia nigdy nie spoczęła na laurach, do samego końca pozostała czynna zawodowo, poszukująca, bawiąca się każdą chwilą, ucząca nowych rzeczy od każdego napotkanego człowieka. Dystans do własnej przysadzistej postury i sympatycznego oblicza uczyniła w końcu znakiem rozpoznawczym, czymś co przełamuje lody i pozwala otwierać zamknięte dla innych wrota.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

4. Koko-di Koko-da
[Nowe Horyzonty / Fest Makabra]

Koko-di Koko-da to tytuł utrzymanej w radosnym tonie francuskiej piosenki dla dzieci, w której kogut nie może już więcej zaśpiewać, bo jest martwy. W nowym filmie Johannesa Nyholma pod tym samym tytułem również dominuje makabryczny nastrój mrocznego thrillera na miarę Funny Games, z posmakiem horroru home invasion. Podobnie jak u Michaela Hanekego, tutaj również nękane jest małżeństwo. Dla odmiany, u Szweda zagrożeniem nie jest dwójka nastolatków, ale inwazja postaci wyjętych z baśni, bohaterów niewinnej melodyjki wgranej na pozytywkę. Tak jak mechanizm z korbką zamknięty w blaszanym pudle nakręcony, wygra swoją melodię na nowo, tak małżeństwo po przejściach musi ponownie stawiać czoła złemu losowi. Jest to utrudnione, gdy złowieszcze stwory czyhają w lesie i próbują zabić. A kto by się spodziewał, że w roli najeźdźcy napotkamy stworzenia o przyjaznym obliczu, złośliwe chochliki wyjęte z sennego koszmaru dziecka? Para zyskuje większą świadomość swojego związku w miarę jak usiłuje wydostać się ze swego okropnego położenia. Po drodze uciekają też od siebie, od widma traumy z przeszłości.

Mimo że baśniowa atmosfera wprowadza lekkość i dystans do tej mrocznej historii, a nadużywany zabieg pętli czasu wywoła w końcu nerwowy śmiech na ustach widza, niekontrolowany strach przed biwakowaniem po seansie jest gwarantowany.

Anna Strupiechowska
Anna Strupiechowska

3. Jednym cięciem
[Transatlantyk / Pięć Smaków / Kinomaki]

Jednym cięciem plakat

Jeśli myślicie, że japoński humor jest niezrozumiały dla zachodniego odbiorcy, a o zombie powiedziano już wszystko, ta skromna i przystępna produkcja z Kraju Kwitnącej Wiśni pokaże, jak bardzo się mylicie. Owoc warsztatów aktorsko-reżyserskich, nakręcony w osiem dni za 25 tysięcy dolarów obraz Shinichirō Uedy rozsadza ekran kinowy czystą pasją, kreatywnością i dowcipem, bezpretensjonalnie bawiąc się konwencjami i uwodząc metafilmową perspektywą. O fabule najlepiej wiedzieć jak najmniej przed seansem. Dość wspomnieć, że błyskotliwy pomysł został wyegzekwowany tak skutecznie, że Jednym cięciem zdobyło nie tylko serca, ale i kieszenie japońskich (oraz zagranicznych) widzów, zarabiając ponad tysiąckrotność (!) swojego skromnego budżetu. Osiem nominacji do Nagrody Japońskiej Akademii Filmowej, Błękitna Wstęga za najlepszy film i Nagroda Mainichi dla najlepszego reżysera, a także nieskazitelne noty zachodnich krytyków niech będą kolejną rekomendacją. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy oglądanie tego samego filmu dwa razy nie sprawiło mi tak wielkiej przyjemności… Zatem rozsiądźcie się wygodnie w fotelu i szykujcie na półtorej godziny niezapomnianej kinofilskiej zabawy. Akcja!

Wojciech Koczułap
Wojciech Koczułap

2. Długa podróż dnia ku nocy
[Nowe Horyzonty]

Świat marzeń sennych od zawsze fascynował psychologów i stanowił inspirację dla filmowców. Zarówno kino rozrywkowe, jak i artystyczne regularnie sięga po narrację opartą na oniryzmie, zaburzającą porządek czasoprzestrzenny i ciągłość przyczynowo-skutkową. W końcu żadne inne medium nie jest w stanie tak dokładnie odzwierciedlić poetyki snu. Młody chiński reżyser Bi Gan, korzystając z dorobku mistrzów, rewolucjonizuje i zabierając nas w Długą podróż dnia ku nocy zaciera granice między tym co rzeczywiste, a tym co wyśnione. Istotą filmu jest wyraźny podział na dwie części, zupełnie różne formalnie i uzupełniające się wzajemnie.

 

Pierwsza to reminiscencje, powrót protagonisty – Luo Hongwu – do Kaili, ze względu na śmierć ojca. Bohater balansujący na granicy jawy i snu przypomina sobie o dawnej miłości, która zdaje się być powiązana ze śmiercią przyjaciela zwanego Kocurem, który zginął z rąk gangsterów. Jego poetycko snute z offu opowieści sugerują, że zatracił on całkowicie poczucie czasu, lawirując między teraźniejszością, przeszłością i potencjalną przyszłością. Gdy swobodne dryfowanie przez umysł protagonisty zaczyna lekko kołysać i rozmywać percepcję widza, w drugiej godzinie następuje prawdziwe tąpnięcie. Luo odwiedza kino i zakłada trójwymiarowe okulary, a my w tym momencie (jak informowała plansza na początku filmu) powinniśmy zrobić to samo. Wtedy chwilowo zaciera się granica między twórcą a odbiorcą i zaczyna się najprawdziwsza magia srebrnego ekranu. Wjeżdża plansza tytułowa (!), co wskazuje na to, że właściwa podróż dopiero się zaczyna. Faktycznie, mur oddzielający jawę i sen zostaje permanentnie zburzony, a dalszą akcję obserwujemy w olśniewającym mastershocie, zrealizowanym w prawdopodobnie najbardziej zasadnym użyciu technologii 3D w historii kina. Nie służy tu ono zwielokrotnieniu wrażenia wywołanego przez wyszukane efekty specjalne, a zwiększeniu immersji w wejściu razem z bohaterem w stan eksterioryzacji. Zaczyna się prawdziwe out-of-body experience!

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny

1. Zgubiłam swoje ciało
[Warszawski Festiwal Filmowy / Netflix]

zgubiłam swoje ciało plakat

Debiutancka animacja Jeremy’ego Clapina okazała się jednym z hitów tegorocznego Cannes. Oparta na książce scenarzysty Amelii Guillaume’a Lauranta to błyskotliwe połączenie romansu, body horroru, slapstickowej komedii i opowieści o wspomnieniach oraz zarówno dosłownym, jak i metaforycznym odseparowaniu i wyobcowaniu. Przygody odciętej dłoni przemierzającej Paryż w poszukiwaniu właściciela przeplatają się z historią  imigranta Naoufela, który żyjąc przeszłością nie potrafi odnaleźć swojego miejsca w świecie. Reżyser doskonale oddał na ekranie doświadczenia zmysłowe jako nośnik pamięci. Retrospektywne znaczenie dotyku i dźwięku zostało ukazane z prawdziwym kunsztem. A to tylko jedna z wielu przygotowanych atrakcji. Przygody dłoni z jednej strony  sprawdzają się jako zabawny przerywnik w stylu pogoni wiewióra z Epoki lodowcowej za orzechem, a z drugiej jako metafora determinacji w dążeniu do wewnętrznej  spójności. Do tego dochodzi naprawdę angażująca historia miłosna. Dam sobie rękę uciąć, że będziecie zadowoleni z seansu.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny

Do pierwszej dziesiątki nie załapały się niestety tak ciekawe produkcje jak:

20. Atlantyda [Warszawski Festiwal Filmowy / Ukraina! Festiwal Filmowy]

19. Wspomnienia: Geneza “Obcego” [Warszawski Festiwal Filmowy / Splat! Film Fest]

18. My, zwierzęta [HBO Go]

17. Klaus [Netflix]

16. Gniazdo kolibra [Transatlantyk / Warsaw Korean Film Festival / Ars Independent]

15. Zabierz mnie do Saitamy [Pięć Smaków]

14. Pierwsza miłość [Warszawski Festiwal Filmowy]

13. The Souvenir [Nowe Horyzonty]

12. Kwiaty zła [Pięć Smaków]

11. Najlepsze lata [Nowe Horyzonty / Chili]