Był czarny, czarny las – recenzja filmu “Koko-di Koko-da” – Fest Makabra 2019

Był czarny, czarny las – recenzja filmu “Koko-di Koko-da” – Fest Makabra 2019

Johannes Nyholm, autor nagrodzonego trzy lata temu na Warszawskim Festiwalu Filmowym “Olbrzyma” (dostępny na Netflixie!), pod płaszczykiem horroru z domieszką oniryzmu, czarnego humoru i elementów rodem z kina fantastycznonaukowego ukrywa dramat psychologiczny o pewnym małżeństwie muszącym poradzić sobie z traumą. Po ciepłym przyjęciu na szeregu festiwali (m.in. Sundance, Rotterdam, Nowe Horyzonty) “Koko-di Koko-da” trafia do wąskiej dystrybucji za sprawą 4. Fest Makabry - zapolujcie na seans w swoim mieście!

Niepokojem napawa już to, co widzimy w trakcie napisów początkowych – harmonię leśnej głuszy niczym sztylet przecina obecność trzech enigmatycznych person. Kondukt prowadzi odziany w biały garnitur, czarną muchę i słomiany kapelusz starszy mężczyzna, który złowieszczo gwiżdże pod nosem, zakłócając naturalne dźwięki otoczenia: szelest drzew, szum wody w potoku, ćwierkanie ptaków. Zażywny staruszek pomaga sobie laską, a mrok rozjaśnia latarką. Za nim podąża bardzo wysoka dziewczyna z psem obronnym na smyczy, a na końcu powłócząc smutno nogami, bieży przysadzisty brodacz ze zwłokami innego psa. Teraz nie dowiemy się jeszcze, gdzie zmierzają, tylko wysłuchamy refrenu upiornego songu wykonywanego przez lidera szajki tajemniczych wędrowców (Mój kogucik nie żyje. Nigdy nie zaśpiewa koko-di, koko-da). Żałobnej pieśni wtórują dzwony niczym z pozytywki, wprowadzające dysonans w postaci jarmarcznej aury. Wynosi to całość sceny na poziom symboliczny, sugerując tym samym, że dalszy ciąg będzie bliższy baśni niż realistycznej historii.

Dopiero w kolejnych minutach poznamy małżeństwo Elin (Ylva Gallon) i Tobiasa (Leif Edlund), które trzy lata wcześniej spotkała tragedia. Jaka? Tego nie zdradzę, ale nietrudno zgadnąć, skoro “Koko-di Koko-da” porównuje się wszędzie do “Antychrysta” Larsa von Triera. Także tutaj szczęśliwa kiedyś para szuka oddechu od znojów codzienności naznaczonej traumą czy też drugiej szansy dla związku na łonie natury. Nasi biwakowicze rozbijają na leśnej polanie namiot, zamierzając odpocząć i rano ruszyć w dalszą drogę. Nie będzie im jednak dane wyspać się smacznie, bo w ich obozowisku zjawią się intruzi. Znane z prologu trio wędrowców bez większych ceregieli przejdzie do tortur, szczucia, maltretowania zaskoczonych turystów. Makabra na pustkowiu powtórzy się wielokrotnie – jak w “Dniu świstaka” czy  jego horrorowej wariacji “Śmierć nadejdzie dziś” koszmar będzie powracał i dawał bohaterom szansę na wyjście z sytuacji bezboleśnie. Haneke byłby zachwycony…

Szereg pytań, z jakimi pozostawia widza twórca “Olbrzyma” może być frustrujący, ale dla mnie był niczym błogosławieństwo. Wisielczy humor, groteska, niejasność czy zdarzenia są senną marą, czy może metaforą (żałoby / rozpadu związku / innej bolączki – niepotrzebne skreślić) tworzą niepowtarzalny klimat. Czasoprzestrzenne limbo, w jakim się znaleźli małżonkowie, to poligon badawczy. Nyholm idzie śladami wielu tekstów współczesnej kultury i chętnie podejmuje się krytyki męskości. W kinie czynili to ostatnio Julia Loktew (“Najsamotniejsza z planet”), Ruben Östlund (“Turysta”) czy Ari Aster (“Midsommar. W biały dzień”). Oczywiście reżyser odpowiedź na to czy rację ma tchórzliwy i nieszanujący żony Tobias, czy może roszczeniowa i opryskliwa wobec męża Elin pozostawia otwartą, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że oboje trwają w związku bez miłości i po tragedii nie są dla siebie żadnym wsparciem.

Nyholm, być może zbyt nachalnie, chwilami podtyka pod nos symbolikę psychoanalityczną. I tak, np. tuż przed pierwszym atakiem “bandy złego” Elin widzi białego kota, a para przybyszów utożsamiana jest z królikami. Objawia się to nie tylko w makijażu w scenie urodzin z początku filmu, ale pojawia się również w animowanych przerywnikach. W tych sekwencjach teatr cieni łączy się z dziecięcymi bazgrołami węglem, nawiązując zresztą bezpośrednio do “Leśnego marzenia”, krótkiego metrażu reżysera sprzed dekady. Niekoniecznie musimy iść ścieżką freudowską, oglądanie “Koko-di Koko-da” przypomina bowiem spoglądanie w kalejdoskop. Z kilku elementów – nieprzeczuwających niczego ofiar, powracających z nowymi pomysłami oprawców, nieprzeniknionego boru i innych – uzyskuje Szwed zbiór historii, które są źródłem dyskomfortu, ale dzięki otwartej konstrukcji pozostawiają odbiorcy wiele miejsca na interpretację.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
Koko-di Koko-da plakat

Koko-di Koko-da

Rok: 2019

Gatunek: Horror, Czarna komedia

Kraj produkcji: Dania, Szwecja

Reżyser: Johannes Nyholm

Występują: Leif Edlund, Ylva Gallon, Peter Belli i inni

Dystrybucja: Kino Świat / Fest Makabra

Ocena: 4/5