10 pereł bocznych sekcji Cannes 2021, których nie możecie przegapić na festiwalach

10 pereł bocznych sekcji Cannes 2021, których nie możecie przegapić na festiwalach

Na wielkich festiwalach zawsze najwięcej uwagi przykładamy do hitów (oraz kitów) konkursu głównego. Szeroko rozpoznawalne nazwiska, gwiazdy czerwonego dywanu, blichtr walki o Złotą Palmę – to przyciąga i ekscytuje. Najciekawsze rzeczy jednak często dzieją się w cieniu, w sekcjach pobocznych. Zapraszam do przeglądu 10 pereł tegorocznego Cannes, których nie możecie przegapić w sezonie festiwalowym. Jak to w Cannes, w tekście przeczytacie o wielu uznanych twórcach: Gasparze Noé, Miguelu Gomesie, Joannie Hogg, Mamoru Hosodzie, czy Kogonadzie!

Ze względu na duże stężenie rozpoznawalnych reżyserów w canneńskim programie, inaczej niż w Berlinie nie skupiam się w perłach tylko i wyłącznie na nieznanych jeszcze szerszej publiczności twórcach, kluczem selekcji był tu jedynie brak obecności w wyścigu o Złotą Palmę oraz brak niezależnej, pełnej festiwalowej recenzji na łamach Pełnej Sali.

10. Streetwise / Gaey Wa'r (reż. Na Jiazuo) [UN CERTAIN REGARD]

Chińskie neo-noir od lat stanowi niezależny nurt wewnątrz światowego kina gatunkowego. Dzieła Diao Yinana (Czarny węgiel, kruchy lód), czy Lou Ye (Purpurowy motyl) przykuły uwagę widzów i krytyków z całego świata, a także ośmieliły nowych twórców. Połączenie dusznych spalinami i papierosowym dymem, ale i przytłaczających industrialną atmosferą i wszechobecną przestępczością chińskich metropolii z narodzonym z kontestacji powojennej atmosfery amerykańskim nurtem wywołało mieszankę wybuchową. Ponad dekadę po narodzinach nurtu autorzy coraz częściej sięgają po nowe rozwiązania, wplatając w neo-noir oniryzm (Długa podróż dnia ku nocy Bi Gana, Wyśniona kraina Yeo Siew Hua), czystej wody gangsterkę (Najczystszy jest popiół Jia Zhangke), czy – tak jak w swoim debiucie uczynił Na Jiazuo – zostawiając konwencję wizualną, niemal całkowicie rezygnują z wątku kryminalnego.

Streetwise, którego tytuł moglibyśmy przetłumaczyć na mądrość ulicy, to baśń o męskości skompromitowanej, o ludziach karmionych popkulturowymi kliszami, dawno przebrzmiałymi mitami i ideałami, które nigdy nie miały racji bytu. Dwudziestojednoletni Dong Zi (Li Jiuxiao) próbuje rozpocząć karierę w światku windykacji długów. Nie jest zbyt skory do bójki, niespecjalnie się nawet nadaje do zastraszenia kogokolwiek, ale taką ścieżkę kariery wymusił na nim ojciec (Yao Lu) – obecnie ciężko chory i potrzebujący pieniędzy na leczenie, niegdyś niepokonany zabijaka, który trząsł całą dzielnicą. Zi chce mu jednocześnie zaimponować i uratować, a to wszystko pod kuratelą utykającego i silnego głównie w gębie Xi Juna (Yu Alei) – starego lisa, którego największą chwałą jest stanięcie samemu w obronie sąsiadów przeciwko grupie gangsterów trzy dekady temu. Teraz Jun ledwo wiąże koniec z końcem, nieudolnie próbując zapewnić komfort życiowy swojej miłości życia, lecz owładnięty kliszami męskości wciąż ją odrzuca zamiast zaakceptować wzajemne uczucie. Jak przystało na noir, musi być też femme fatale. Tu jest nią miejscowa tatuażystka, mająca dla świata głównie obojętność i gorzką ironię Jiu’er (Miyi Huang). Kobieta przed laty przybyła do miasta jako ówczesna partnerka aktualnego szefa półświatka Pana Czwartego (Sha Baoliang), lecz zostawiła go, gdy ten w pełni zaangażował się w działalność mafijną. Za sprawą zbiegu okoliczności Jiu’er staje się dla pogubionego protagonisty opiekunką, mentorką i matką, którą za młodu zabrał mu los.

„Dedykowane wszystkim duszom potrzebującym pociechy” głosi plansza kończąca Streetwise i to zasadniczo najlepsze podsumowanie tego filmu. Opowieści o duchach pogubionych, desperacko poszukujących na brudnych ulicach uznania, akceptacji, sensu. A jeśli chcecie wcześniej poznać talent obsady tego filmu, to w serwisie chili dostępna jest superprodukcja 800, w której występuje prawie cała aktorska drużyna Streetwise.

9. Rehana Maryam Noor, reż. Abdullah Mohammad Saad [UN CERTAIN REGARD]

Ruch #metoo skanalizował ogólnoświatowe oburzenie na naruszanie praw kobiet niezależnie od szerokości geograficznej. W kinie prawdopodobnie najznamienitszym artystycznym odbiciem sprawy stała się Asystentka Kitty Green (trzy Złote Koniki – debiut reżyserski, debiut aktorski i rola żeńska – NASZA RECENZJA), która do sportretowania stanu psychicznego kobiety uwikłanej w toksyczne środowisko użyła konwencji posthorroru. Jednak co się stanie, gdy mająca słuszne cele, ignorowana sygnalistka straciłaby kontakt z rzeczywistością?

Druga fabuła Abdullaha Mohammada Saada, reżysera rewelacyjnego Dhaka na żywo (konkurs festiwalu Pięć Smaków w 2017 roku), godna uwagi jest już z samego faktu bycia pierwszym w historii bangladeskim filmem w oficjalnej selekcji festiwalu w Cannes. Nieuczciwym jednak byłoby sprowadzanie tego filmu do roli forpoczty niszowej kinematografii, gdyż to przede wszystkim bardzo ciekawy i oferujący świeże spojrzenie obraz. Tytułowa bohaterka (wybitna rola Azmeri Haque Badhon) jest asystentką na uniwersytecie medycznym w Dhace i samotną matką. Pogrążając się w pracy, ma mało czasu dla swojej córki, ciężar opieki nad którą przerzuca na prowadzącego bardzo studenckie, imprezowe życie młodszego brata. Wszak przełamać szklany sufit nie jest łatwo w tak patriarchalnym społeczeństwie. Pewnego dnia przypadkiem staje się świadkinią molestowania jednej ze studentek przez swojego przełożonego, od tego momentu jej nowym celem życiowym jest rozbicie gwałcicielskiego układu na uczelni.

W walce o powyższe bohaterka nie cofnie się przed niczym, przed żadnym kłamstwem, manipulacją i desperackim ruchem w imię wyższego dobra. A wraz z nią z minuty na minutę film będzie coraz bardziej odchodził od realistycznego kina społecznego. Zawsze powtarzam, że kluczowe w kinie krajów „trzeciego filmowego świata” jest to, by łączyć uniwersalne problemy i znaczenia z lokalnym kolorytem i kontekstem, by tworzyć kino po pierwsze ciekawe, a dopiero na drugim miejscu „tamtejsze”. Saad potrafi to robić i dzięki temu możemy mu wróżyć jeszcze wielką karierę.

8. O Marinheiro das Montanhas, reż. Karim Aïnouz [POKAZY SPECJALNE]

Chociaż Karim Aïnouz zbliża się już do sześćdziesiątki, a pierwszy raz w oficjalnej selekcji festiwalu w Cannes znalazł się w 2002 (!) roku, to szerszą uwagę świata filmowego przykuł dopiero monumentalnym melodramatem Niewidoczne życie sióstr Gusmão (NASZA RECENZJA), z którym przed dwoma laty triumfował w konkursie Un Certain Regard. Jednak lwią część kariery Brazylijczyka zajmują wideo-eseje i to właśnie z tą formą powrócił w tym roku do Cannes.

O Marinheiro das Montanhas to prawdopodobnie najbardziej osobista pozycja w jego dorobku. Pochodzący z kabylijskiej rodziny (więcej o tym wywodzącym się z Algierii, a egzystującym głównie w diasporze berberyjskim ludzie przeczytacie w naszych recenzjach Honey Cigar i Antygony) twórca od małości czuł się w Brazylii wyobcowany i inny. Chociażby przez fakt, że nikt nigdzie nie umiał bez literacji napisać jego nazwiska. W 2019 roku, już jako dorosły i ukształtowany człowiek, intelektualista Aïnouz postanowił odwiedzić ojczyznę swoich przodków, poznać kraj, z którego się wywodzi. Całą podróż udokumentował w niemal dwuipółgodzinnym travelogu będącym swoistym listem-dziennikiem dla nieżyjącej już matki.

Wspólnie z Aïnouzem przyjdzie nam przebyć całą Algierię od płynącego przez Morze Śródziemne promu i kontrolę celną po stołeczne dla Kabylii Tizi Wuzu. Reżyser będzie dokumentował ludzi, widoki, budynki, oddawał kamerę napotkanym przechodniom i handlarzom, by ci przedstawili swój punkt widzenia na miasto i kraj. Brazylijczyk wciela się tu w tytułowego górskiego żeglarza, który wyrusza na obce wody, chcąc je kartograficznie udokumentować dla kolejnych badaczy. To esej przepełniony miłością, ale i ciekawością, pragnieniem zrozumienia i pojęcia czegoś tak efemerycznego jak ojczyzna, kraj przodków. A jeśli chcecie spróbować dokumentalnych zdolności Aïnouza, to serwis DAFilms udostępnia jego Central Airport THF.

7. After Yang, reż. Kogonada [UN CERTAIN REGARD]

Kogonada wyrobił sobie nazwisko w światku filmowym swoimi wspaniałymi video-esejami dla Criterionu. Pochodzący z Korei filmowiec w ubiegłej dekadzie szybko stał się najważniejszym piewcą i twórcą wizualnej formy krytyki filmowej na świecie. Nie znamy jego wykształcenia, ani nawet prawdziwych danych osobowych, gdyż wzorem Chrisa Markera całą swoją karierę otacza gąszczem tajemnicy. Nie zmieniło tego nawet przejście na pozycje artystyczne. W 2017 roku zadebiutował fabularnie w „melodramacie o architekturze” – czyli głośnym Columbusie, a teraz powrócił już w oficjalnej selekcji Cannes.

After Yang oparte na opowiadaniu Saying Goodbye To Yang Alexandra Weinsteina to jeden z najciekawszych, najbardziej oryginalnych i ekscytujących obrazów science-fiction ostatnich lat. Zgodnie z elementarną zasadą fantastyki naukowej ważniejsza od widowiskowości jest tu kreacja świata, pomysł i próba opowiedzenia poprzez nią o otaczającej nas rzeczywistości. Rzecz się dzieje w bliżej nieokreślonej przyszłości, na bliżej nieokreślonej planecie. Może to Ziemia za kilkadziesiąt lat? Może skolonizowany ląd po katastrofie klimatycznej na naszym globie? Koncepcje narodów, a nawet rozmnażania rozmyły się, podstawowym sposobem przedłużenia rodziny stała się adopcja azjatyckich dzieci. Czy to moda, czy efekt jakiejś epidemii bezpłodności, albo narzucanych przez korporacyjne rządy ograniczeń populacji, tego też się nie dowiemy.

Atmosfera niedopowiedzenia i tajemnicy jest zresztą dominująca w najnowszej produkcji Kogonady, film nie ma nam przedstawiać realiów świata, nie chce się z niczego tłumaczyć. W zamian za to reżyser rzuca nas po prostu w jakąś rzeczywistość i wewnątrz niej snuje bardzo osobistą i przyziemną historię o żałobie i częstej niemożności zrozumienia perspektywy drugiej istoty. After Yang jak żaden inny film dotąd daje podmiotowość i głos androidom, które tu nie są jedynie rozwinięciem idei Pinokia, tylko równoległym gatunkiem, ani nie gorszym, ani lepszym od człowieka, po prostu żyjącym obok i w jakiś sposób poprzez działania korporacji od niego uzależnionym.

Filmowa elokwencja Kogonady pozwala mu uniknąć pułapek przesadnej emocjonalności lub na odwrót – wykoncypowanej nijakości, dzięki czemu stworzył rzeczywistość, która wydaje się żywa i istniejąca niezależnie od działań i historii naszych bohaterów. Nie chcąc zdradzać za wiele fabuły, warto jedynie wspomnieć, że koncentrujemy się tu na patchworkowej rodzinie Jake’a (Colin Farrell) i Kyry (Jodie Turner-Smith), którzy wspólnie z kilkuletnią córką Jasmine (Taylor Ortega) oraz mającym służyć pomocy w jej wychowaniu androidem Yangiem (Justin H. Min) żyją na przedmieściach futurystycznego miasta. Ona pracuje w wielkiej firmie, a on realizuje się w swojej pasji – prowadząc małą herbaciarnię, luksusową, gdyż oferującą prawdziwe liście. Ich stabilne życie zostaje przerwane, gdy pewnego dnia Yang po prostu się wyłącza, a Jake wyrusza szukać możliwości naprawienia go.

6. Belle, reż. Mamoru Hosoda [POKAZY SPECJALNE]

Klasyczne europejskie baśnie zostały w ostatnich dekadach niemal całkowicie zagrabione w społecznej świadomości przez Disneya. Kopciuszek, Roszpunka czy Śnieżka dla wielu są już nie elementem germańskiego czy frankofońskiego dziedzictwa kulturowego, a jednymi z wielu franczyz należących do amerykańskiego imperium. Nie inny los spotkał Bellę, bohaterkę Pięknej i Bestii Gabrielle-Suzanne Barbot de Villeneuve, która zresztą niedawno została skrzywdzona jasełkową adaptacją z Emmą Watson w roli głównej.

Jak to się często zdarza w kinie, z ratunkiem na brak kreatywności i odwagi zachodnich twórców przychodzi Japonia. W tym konkretnym przypadku prawdopodobnie najciekawszy twórca pełnometrażowego anime Mamoru Hosoda. Reżyser ten analizował już wpływ futurystycznej technologii na relacje międzyludzkie (O dziewczynie skaczącej przez czas), koncept społecznego odrzucenia inności (Chłopiec i Bestia), czy parafrazował baśniowe tropy, by opowiedzieć o współczesnej rodzinie (Wilcze dzieci). Tym razem połączył wszystkie swoje dotychczasowe reżyserskie doświadczenia i skrzyżował je ze strukturą disneyowskiego musicalu, tworząc nie tylko najambitniejszy projekt w swojej dotychczasowej karierze, ale także najlepszy film “disneyowski” od dekad.

Rzecz się dzieje w niedalekiej przyszłości, gdy na całym świecie wielką popularnością cieszy się gra łącząca w sobie Massive Multiplayer Online RPG (jak World of Worldcraft) z wirtualną rzeczywistością i tworzeniem niezależnej wirtualnej wersji siebie – U. Wyjątkowo doceniane przez tamtejszą społeczność są zwłaszcza dwie aktywności: popisy wokalne oraz nielegalne walki. Niekwestionowaną gwiazdą tych pierwszych jest tajemnicza Belle, której występy ekscytują miliony użytkowników, ale prawdopodobnie jeszcze większą fascynację wzbudza tożsamość Smoka, znanego z nieczystych zagrań i licznych blizn, kryjącego się w ukrytym zamku mistrza pojedynków. W tym samym czasie w naszej rzeczywistości licealistka Suzu pomimo upływu dekady wciąż nie może sobie poradzić z żałobą po bohaterskiej śmierci swojej matki, boi się świata i odcina, zwłaszcza od ojca, którego podświadomie obwinia za tragiczne wydarzenie. Nawet pies z kulawą nogą się nią nie interesuje.

Hosoda w Belle wyśmienicie połączył typową dla seriali anime pełną humoru teen dramę z powalającym muzycznie i wizualnie musicalem oraz wziętą jakby ze studia Ghibli opowieścią o fantastycznych istotach i wydarzeniach pomagających protagonistom poradzić sobie z realnymi dramatami. Podobnie jak w Mirai – Japończyk ponownie miesza różne style animacji zależnie od okoliczności sytuacji. Rzeczywistość U jest zanimowana w pełnym komputerowym 3D, z mnóstwem wizualnych efektów, filtrów i innych fajerwerków. W tym samym czasie świat realny został wystylizowany na wczesne produkcje Miyazakiego, tła wyglądają jak malowane, wyróżniają się grube czarne kontury, a całość zanimowana została w tzw. 2,5D.

Mamy już potwierdzenie, że podobnie jak Mirai (NASZA RECENZJA), także Belle trafi do polskich kin za sprawą Stowarzyszenia Nowe Horyzonty, a swoją polską premierę będzie miało na wrześniowym festiwalu Kino Dzieci. Jeśli jakkolwiek cenicie kino animowane albo macie dzieci „na etapie Disneya”, to nie możecie przegapić tej filmowej perły.

5. Commitment Hasan / Bağlılık Hasan, reż. Semih Kaplanoğlu [UN CERTAIN REGARD]

Pochodzący z inteligenckiej, lewicowej rodziny Semih Kaplanoğlu pod koniec pierwszej dekady XXI wieku zachwycił artystyczny świat swoją trylogią Yusufa, opowieścią o życiu w Turcji od wieku średniego po dzieciństwo. Ukoronowaniem jego wejścia z przytupem na salony stał się Złoty Niedźwiedź dla filmu Miód w 2010 roku. W kolejnych latach Turek angażował się głównie w działalność publicystyczną i polityczną na fali tak zwanego ruchu Gulen, lecz po nieudanym puczu z 2016 roku chcąc ratować swoją karierę, skręcił na pozycje prorządowe. Zbliżył się do środowisk prezydenta Recepa Erdoğana, czego szczyt osiągnął w 2019 roku, gdy premierę miało propagandowe Bağlılık Aslı. Gdy cesarz dostał, co cesarskie, Kaplanoğlu mógł powrócić na łono sztuki.

Mające premierę na tegorocznym Cannes Commitment Hasan to najlepszy pokaz tego, że turecki twórca nadal zasługuje na miejsce w panteonie największych świata slow cinema. Osadzona na głębokiej prowincji opowieść zachwyca prostotą i wykorzystaniem soczewki codzienności i przyziemności do analizy rzeczy uniwersalnych i fundamentalnych. Tytułowy Hasan to sadownik w średnim wieku, który wiedzie skromne, acz komfortowe życie na wsi wspólnie ze swoją żoną. Aktualnie jego umysł zajmuje głównie elektryfikacja okolicy, gdyż jeden z gigantycznych słupów wysokiego napięcia ma stanąć pośrodku najbardziej żyznej plantacji pomidorów. Świat ma jednak dla Hasana także dobre wiadomości, po latach w końcu zostali wylosowani z żoną w „loterii pielgrzymkowej” i mogą wybrać się na upragnioną podróż do Mekki. Wcześniej jednak zwyczaj nakazuje otrzymać błogosławieństwo wszystkich, z którymi nas los poróżnił.

Prostota jest hasłem przewodnim najnowszego filmu Semiha Kaplanoğlu. Chociaż podczas seansu trudno uniknąć skojarzeń z kinem Nuriego Bilge Ceylana, zwłaszcza Dziką gruszą, która w roślinnej formie tu także się pojawia, to jednak w Commitment Hasan brak kojarzonego z autorem Zimowego snu intelektualizmu i prób zaimponowania europejskiemu widzowi. Tutaj nie znajdziemy czterdziestominutowej dysputy teologicznej o Koranie, a po prostu obraz prostych ludzi z ich nieskomplikowanymi problemami i ambicjami, dla których rozważania dotyczące inwestycji w nową działkę uprawną są ważniejsze od kontekstów użycia danego słowa w świętej księdze. Przy tym nie jest to kino prostackie czy pogardliwe dla swoich bohaterów, przez każdą scenę w pierwszej kolejności przemawia ciepło i zrozumienie.

W niemal trzygodzinnej produkcji Kaplanoğlu nie szczędzi długich okresów milczenia, to slow cinema w formie czystej, mającej w sobie więcej z kina bezpośredniego niż pełnego metafor, poetyckiego arthouse’u. Ale właśnie to niespieszne tempo, obserwacyjność, brak wymuszania czegokolwiek stanowią klucz do arcymistrzostwa tej produkcji.

4. The Souvenir. Part II, reż. Joanna Hogg [QUINZAINE DES RÉALISATEURS]

Jedna z najciekawszych brytyjskich reżyserek po dwóch latach zamyka semi-autobiograficzną dylogię. Jej druga część, a może raczej druga połowa, bo The Souvenir trudno traktować inaczej niż jako jedną całość, odrzuca jednak melodramatyczny sztafaż jedynki, by zatopić widza w pełni w postmodernistycznych rozważaniach na temat istoty filmu i pracy twórczej.

Julie po śmierci Anthony’ego musi sobie poradzić z samotnością, jednocześnie dalej kontynuuje filmowe studia, powoli przygotowując swój projekt dyplomowy. O ile pierwsza część opowiadała o buncie bohaterki wewnątrz burżuazyjno-arystokratycznego systemu elit tatcherowskiej Anglii, ale odszedł on wraz z postacią Toma Burke’a, a jego miejsce zastąpiło dojrzewanie i marsz ku dorosłości. A współnie z Julią dorasta cały projekt, to już coś więcej niż na poły inscenizowany toksyczny romans w historycznym anturażu, to napędzany rewelacyjną ścieżką dźwiękową esej o dorastaniu brytyjskiego kina, o wychodzeniu z coraz bardziej fałszywie brzmiącego cienia młodych gniewnych ku dzikości poszukiwania wczesnych filmów Danny’ego Boyle’a i Michaela Winterbottoma.

Nawet jeśli dla kogoś pierwsza połowa The Souvenir stanowiła ciężką przeprawę, to bez dwóch zdań warto dać kolejnej części szansę. No, chyba że wasz problem wynikał z idealistyczno-klasowych powodów, to dalej jest laurka dla klasy próżniaczej – trudno by było inaczej zważywszy na to, że rolę producentki pełni tu Tilda Swinton, a ona i jej córka grają główne role. Cierpieć mogą także ci nieprzekonani do brytyjskiego kina lat 80. i 90., bo chociaż to bardzo samoświadoma i współczesna produkcja, to garściami czerpie z dorobku klasyków.

3. Vortex, reż. Gaspar Noé [CANNES PREMIERE]

Co jest najbardziej przerażające dla człowieka? Przemoc seksualna (Nieodwracalne), samotność (Wkraczając w pustkę), porzucenie (Love), zatracenie (Climax)? Jeden z najwybitniejszych twórców francuskiego kina w tym stuleciu – Gaspar Noé eksploruje to pytanie przez całą swoją karierę. Teraz zbliżając się już do sześćdziesiątki, przychodzi z kolejnym pomysłem na odpowiedź. Starość.

Vortex to tytuł bardzo wyróżniający się w filmografii pochodzącego z Argentyny reżysera. Artysta do tej pory lubujący się w przepychu wizualnej formy i szokowaniu widzów przemocą czy pornografią, tym razem inspiracji szukał raczej u Fredericka Wisemana niż Sama Peckipacha. By ujawnić całą przerażającą i paraliżującą moc starości, Noé zdecydował się skorzystać z formy dokumentu bezpośredniego. Bez żadnego komentarza kamera obserwuje kilka dni z życia pary intelektualistów w mocno podeszłym wieku – reżysera (Dario Argento) i psychiatrki (Françoise Lebrun, znana z Mamy i dziwki). Gdy demencja coraz mocniej bierze kobietę w swoje straszliwe objęcia, próbują poradzić sobie z tym jej mąż i wychodzący z narkotykowego nałogu pierworodny syn (Alex Lutz – znany we Francji komik, autor nagradzanego filmu Guy).

Kusi, by porównywać trwającą niemal trzy godziny produkcję do Miłości Michaela Hanekego, jednak obraz Gaspara Noé jest czymś niewątpliwie dużo odważniejszym i głębszym. Nie ma tu teatralności, symbolicznych dialogów czy charakterystycznej dla Austriaka gry na emocjach i reakcjach widzów. Produkcja stworzona błyskawicznie – w kilka tygodni, z udziałem ledwie czwórki aktorów i w jednym mieszkaniu, wydaje się bardziej terapią dla ekipy niż prezentem dla widzów. Znaczącym jest fakt, że w poprzedzającym seans intro podany zostaje wiek najważniejszych osób zaangażowanych w Vortex. Starość wiąże się tu nie tylko z chorobą, ale przede wszystkim czymś gorszym – zanikiem dotychczasowego życia. Matka cierpi bardziej przez utratę uprawnień lekarskich niż ciągłe bóle. Ojca nie przeraża coraz bardziej niedomagające serce, tylko świadomość, że nigdy nie ukończy swojej ostatniej książki łączącej krytykę filmową z interpretacją snów.

Vortex to film bardzo kontemplacyjny, wymagający od widza wiele cierpliwości i uwagi, ale wynagradzający wszystko po wielokroć. Błędem byłoby potraktowanie tego obrazu jak kolejnego filmu Gaspara, spodziewając się krwi, fajerwerków i wszelkiego rodzaju orgii. To powolny zapis rzeczywistości dotkniętej widmem starości, śmierci, samotności, rozpadu i upadku. Osobista opowieść z łatwością dająca się ekstrapolować na całość populacji, naszego świata. Jeden z najbardziej zaskakujących i rozdzierających, bez absolutnie żadnego szantażowania czy wchodzenia na wysokie tony, filmów roku.

2. Neptune Frost, reż. Saul Williams i Anisia Uzeyman [QUINZAINE DES RÉALISATEURS]

Bywają filmy, które umykają klasyfikacjom, które na każdym możliwym tle i porównaniu wyróżniałyby się jak komputer Odra wrzucony do współczesnego salonu Apple albo wręcz przeciwnie MAC na planie Odysei kosmicznej. Czymś takim na pewno jest Neptune Frost, czyli queerowy techno musical sci-fi o tym, jak wydobycie kobaltu niszczy Rwandę. Przyznajcie, że jesteście chociaż trochę zaciekawieni!

Za to dziwo odpowiada duet multidyscyplinarnych artystów z dwóch krańców świata. Chociaż Saul Williams znany jest przede wszystkim jako raper – wydał siedem albumów i współpracował z takimi gwiazdami jak Janelle Monáe, Pharrell Williams czy zespół Nine Inch Nails – to już od lat 90. pozostaje związany z kinem. W Cannes pojawił się po raz pierwszy w 1998 roku, wraz z napisanym przez siebie, na poły autobiograficznym filmem Rozgrywka, w którym zresztą zagrał główną rolę. Reżyser Marc Levin opuścił wtedy Lazurowe Wybrzeże ze Złotą Kamerą dla najlepszego debiutanta, co nie było zaskoczeniem, gdyż kilka miesięcy wcześniej triumfował też na Sundance w pokonanym polu pozostawiając m.in. Vincenta Gallo (Oko w oko z życiem / Buffalo ’66), Darrena Arnofsky’ego (Pi) czy Lisę Cholodenko (Sztuka wysublimowanej fotografii). W kolejnych latach Williams pojawił się m.in. w K-PAX Iaina Softleya, lecz dopiero ostatnie kiladziesiąt miesięcy przywiodło go znów do kina. Zagrał tytułową rolę w ciepło przyjętej na festiwalu w Toronto Ucieczce Akilli, a teraz po 23 latach powrócił do Cannes już jako reżyser.

Jego partnerką w tej roli stała się Anisia Uzeyman, rwandyjska artystka i stała współpracowniczka jednego z najbardziej docenionych twórców kontynentu – Alaina Gomisa. To zresztą na planie filmu tego ostatniego – pokazywanego w konkursie głównym Berlinale Dzisiaj – poznali się późniejsi twórcy Neptune Frost. Williams grał tam główną rolę – umierającego mężczyzny, który chce uczynić ostatni dzień swojego życia wyjątkowo udanym, a Uzeyman miała istotną rolę drugoplanową.

Neptune Frost to wielki finał multidyscyplinarnego projektu Martyr Loser King, który poza filmem zawiera w sobie między innymi powieść graficzną i trzy albumy muzyczne. Rozpoczęta w 2018 roku kulturalna akcja miała na celu zwrócenie uwagi na problem elektrośmieci w Afryce i tego, jak współczesny świat wciąż w kolonialny sposób żeruje na tym kontynencie. Finanse zbierane były w pełni niezależnie, głównie za pomocą serwisu Kickstarter oraz przy wsparciu festiwalu Tribeca, a cała obsada i ekipa poza Williamsem złożona została z artystów i amatorów pochodzących z Rwandy i Burundi.

W efekcie tych wszystkich starań powstało dzieło wspaniale transgresyjne, przełamujące zasady tradycyjnego snucia narracji, łamiące formy, gatunki, linie fabularne i konwencje. Rzecz opowiada o uczuciu, które połączyło interpłciowego aktywistę studenckiego i uciekiniera politycznego z górnikiem z zarządzanej przez chińskich inwestorów kopalni kobaltu, materiału niezbędnego do produkcji współczesnej elektroniki i występującego niemal wyłącznie w centralnej Afryce. Wspólnie z innymi wykluczonymi odkrywają na wysypisku elektrośmieci przejście między planami rzeczywistości i zakładają tam hakerską komunę, tytułowe dla projektu Martyr Loser King. Lecz im więcej spektakularnych akcji w krajach zachodnich przeprowadzają, tym bardziej na ich tropie są służby specjalne.

Neptune Frost to film, którego nie zapomnicie, jeśli popłyniecie za rytmem rewelacyjnej elektronicznej muzyki, feerią barw, kreatywnych strojów i fabularnego szaleństwa, odpłaci się on wam porywającym tripem bez narkotyków i jednym z najlepszych seansów roku.

1. Dzienniki ewoinpreis / Diarios de Otsoga reż. Miguel Gomes i Maureen Fazendeiro [QUINZAINE DES RÉALISATEURS]

Są nazwiska, których każdy nowy projekt ekscytuje, które stanowią gwarancję nie tylko jakości, ale i intelektualnego poziomu. Jednym z nich jest prawdopodobnie najbardziej elektryzujący twórca współczesnego portugalskiego arthouse’u – Miguel Gomes. Chociaż do tej pory zrealizował ledwie sześć niezależnych projektów pełnometrażowych, to prawie każdy z nich był wielkim wydarzeniem. Wystarczy wspomnieć o inspirowanym kinem niemym rozliczeniu z portugalskim kolonializmem (Tabu) czy trzyczęściowej sześcioipółgodzinnej adaptacji Baśni z tysiąca i jednej nocy przenoszącej orientalistyczne opowieści w realia postkryzysowej Portugalii.

Diarios de Otsoga to projekt stworzony przez przyjaciół, wynikły z lockdownowej nudy. W kilkunastu scenach, ułożonych w odwrotnej chronologicznie kolejności i nakręconych na taśmie 16mm artyści tworzą swoisty pamiętnik pandemii. Zgodnie z bon motem Barbary Białowąs „O filmie, w filmie, w ramach filmu”, zostaje tu wykreowana opowieść metafilmowa pozbawiona tradycyjnej fabularnej narracji.

Inspirując się modernistyczną literaturą i kinem Jeana Renoira, Gomes stworzył będący pochwałą życia fałszywy dokument istniejący w wiecznym nie czasie. Portugalczyk połączył tu swoją miłość do przedwojennej kinematografii pokazaną już w Tabu, z upodobaniem do filmowania życia w jego czystej formie, jak w Aquele querido mês de agosto. Grupa postaci żyje w zaniedbanym, angielskim w duchu ogrodzie podczas upalnego sierpnia. Całość zaczyna się sceną imprezy, gdzie między dwoma bohaterami dochodzi w ukryciu do pocałunku, najbardziej tajemniczej i intymnej czynności. To finał, ale i początek, a może środek. Jest połowa lata, żar się leje z nieba, a każdy dzień wygląda podobnie, więc czy następstwo czasowe ma w ogóle jakiekolwiek znaczenie?

Omawiany film to w pierwszej kolejności perła audiowizualna: zapomniane piosenki (takie jak The Night Frankie’go Valli z 1972 roku) przygrywają, budując atmosferę wakacyjnego zniewolenia, a może pułapki przeszłości. Niemal jak w niesławnym debiutanckim Krecie Ildiko Enyedi nad całością wisi widmo niewypowiedzianej pętli czasowej. Miguel Gomes i Maureen Fazendeiro nie boją się odważnych rozwiązań wizualnych, na czele z często używanym jednobarwnym filtrem znanym z kina niemego.

Dominuje tu humor absurdu, niepewności. Niczym w mumblecorze pojawiają się dowcipy opierające się na efekcie second-hand embarrassment lub całkowitej niespodziance, jak na przykład kilkuminutowa pojawiająca się zupełnie znikąd scena, w której dwóch Rumunów naprawia traktor. Dzienniki ewoinpreis stanowią przykład filmu, który albo kupuje się w całości (premierze towarzyszyła jedna z najdłuższych i najbardziej żywiołowych owacji na stojąco całego festiwalu), albo odbija z hukiem (każdy wybuch śmiechu na widowni połączony był z kolejną falą skonfundowanych, wychodzących widzów).

Gdy świat się wali, a klimat lub wirus prędzej czy później zabiją nas wszystkich, wyczilujmy się – mówią Gomes i Fazandeiro. Weźmy oddech, napijmy się wina, poróbmy coś w ogrodzie. Cieszmy się życiem, rzeczywistością i sztuką. Bez wielkich ideologii, bez przesłania, edukacji czy linii fabularnej. Niech żyje forma!

Marcin Prymas
Marcin Prymas