Piekło codzienności – recenzja filmu „Asystentka” – Tofifest

Piekło codzienności – recenzja filmu „Asystentka” – Tofifest

Ze wszystkich tytułów z tegorocznego, niezwykle zróżnicowanego programu festiwalu Tofifest, żaden nie uderzył mnie tak, jak niepozorna perełka Kitty Green (Casting na JonBenét, Ukraine Is Not a Brothel), która została bardzo dobrze przyjęta w zeszłym roku w Telluride i do tej pory krążyła głównie po serwisach VOD. Kto nie widział jeszcze Asystentki już od dziś będzie miał okazję to nadrobić, bo film trafił na platformę HBO GO. Jest to być może pierwsze arcydzieło w zatrzęsieniu obrazów poruszających temat Weinsteinów tego świata, i z pewnością jeden z filmów roku.

Ruch #MeToo, jako część luźno definiowanej czwartej fali feminizmu, miał nieoceniony wpływ na wzniecenie dyskusji na temat molestowania w miejscu pracy, a przede wszystkim na, jeśli nie skazanie, to przynajmniej ukrócenie kariery kilku z najbardziej notorycznych przestępców seksualnych w Hollywood. Sprawa wciąż jest świeża, dlatego nieznane nam jest jej dalekosiężne historyczne znaczenie, artyści dopiero wypracowują język do opowiadania o tym zjawisku, a nie brakuje też głosów krytycznych.

Nie mówię tu o najniższym poziomie dyskusji pt. „kaska się skończyła, to nagle przypomniało jej się coś sprzed 20 lat”, a choćby o słusznym spostrzeżeniu, że MeToo pozostało przestrzenią zdominowaną przez białe, wpływowe celebrytki (pamiętajmy że prekursorką ruchu była Tarana Burke, Afroamerykanka), które dzięki olbrzymim „zasięgom” i wsparciu koleżanek i kolegów z przemysłu, mogły uzyskać największą widoczność i nagłośnić nadużycia, których były ofiarami. MeToo nie przekształciło się jednak w bardziej powszechną inicjatywę społeczną. Nie dotarło w znaczącym stopniu do mniej uprzywilejowanych grup i jednostek, nie zmieniło niczego w codziennych realiach toksycznych miejsc pracy naznaczonych najgorszymi cechami patriarchatu, ani nawet nie ułatwiło mówienia o nich głośno. W kontekście tak głębokich, strukturalnych problemów, których nie da się rozwiązać z dnia na dzień, dotychczasowa hollywoodzka narracja w produkcjach poruszających temat MeToo trąci lekkim fałszem – zdominowana przez złagodzone, pokrzepiające opowieści o heroicznym przezwyciężaniu traumy i hurraoptymizm ponadpolitycznego girl power.

W tej perspektywie Asystentka wydaje się wyjątkowo odświeżającym spojrzeniem. Tak, może i główną bohaterką wciąż jest szczupła blondynka aspirująca do kariery w Hollywood, a środowiskiem szeroko pojęty przemysł rozrywkowy. To jednak obraz zdecydowanie bardziej przyziemny niż np. Gorący temat (NASZA RECENZJA), daleki od sensacji z pierwszych stron gazet. Poznajemy głos peryferyjny, świeżo upieczonej pracowniczki niższego szczebla, która szybko zdaje sobie sprawę z funkcjonującej w firmie antagonistycznej atmosfery i zmowy milczenia, mając też wszelkie podstawy by twierdzić, że jest świadkiem molestowania seksualnego.

Praca Jane (znana m.in. z netfliksowych seriali Ozark i Maniac Julia Garner) to bardzo znajomy i przykry obrazek, reprezentatywny dla większości kobiet, które kiedykolwiek pracowały w zawodach choćby luźno podpadających pod specyfikę tytułowej „asystentki”. Nieważne czy mamy do czynienia ze środowiskiem korpo, jak w filmie, urzędniczym czy byle odzieżówką – zawsze musi być ten „ktoś”, kto poza swoimi regularnymi obowiązkami, których i tak ma dużo, parzy i przynosi wszystkim kawę, a jak jakiś ważny klient czy żona szefa przyjdzie z dziećmi, to też wypadałoby je zabawić, a przecież żaden mężczyzna w biurze raczej nie będzie się do tego wyrywał. Jane jest właśnie tym „kimś”, kto pomiędzy układaniem grafików, umawianiem wizyt i segregowaniem dokumentów, musi też wykonywać te rzekome nie-prace, koniecznie z uśmiechem na ustach. Skromną, mało przebojową „nową”, która chce zrobić dobre wrażenie, zaskarbić sobie przychylność wyżej postawionych kolegów i może kiedyś dzięki temu rozwinąć skrzydła.

Akcja w Asystentce, jeśli można o takiej mówić w potocznym rozumieniu tego słowa, jest wyjątkowo skąpa, wypełniona powtarzalnymi czynnościami należącymi do wspomnianej „niewidzialnej pracy”. W przeciągających się scenach utrzymanych w chłodnej, minorowej tonacji i kolorystyce, każdy najmniejszy szmer tylko potęguje wrażenie obojętnej ciszy, a my od podszewki poznamy wyposażenie pokoju socjalnego biura. Obecność widmowego szefa daje o sobie znać jako złorzeczący głos ze słuchawki telefonu, który jeszcze bardziej zagęszcza już opresyjną atmosferę. Nikt w tym miejscu tak naprawdę nie rozmawia, każdy trzyma się swojego stanowiska pracy, czasem tylko koledzy podśmiechują się między sobą, wykluczając kobietę z żartu, chyba że jest akurat jego ofiarą. 

Ktoś mógłby zapytać – dlaczego chcielibyśmy przez półtorej godziny oglądać coś tak nużącego, nieprzyjemnego i do tego raczej znanego większości widzów w jakimś stopniu? Pewnie każdy kiedyś był na zmianie w pracy, która zdawała się trwać wieczność, każdy musiał zrobić coś, czego bardzo nie chciał robić, każdy też pewnie dostał niezasłużony opieprz od przełożonego z nieprzewidywalną huśtawką nastrojów, albo był przynajmniej takowego świadkiem. To co jednak naprawdę imponuje w wizji Green, to niezwykła precyzja doboru środków i dbałość o szczegół, pozwalające uchwycić esencję rutynowych doświadczeń toksycznego miejsca pracy. Natomiast duszna atmosfera w niespotykanie skuteczny sposób pozwala widzowi wczuć się w pozycję bohaterki i empatyzować z nią, wejść w jej buty na ten, krótki w istocie czas, a dłużący się niezwykle.

Jest w tej stylistyce na pewno coś z silnie psychologicznie zafiksowanego kina grozy. Zapewne nie byłoby zbyt dużym nadużyciem wpisanie Asystentki jako specyficzny twór w nurcie posthorroru. Elementy wzbudzające niepokój, poczucie zakleszczenia w nieprzyjaznym otoczeniu, współgrają doskonale z powolnym, kontemplacyjnym rytmem, a niezwykle wrażliwa eksploracja wyjątkowo perfidnej przemocy psychicznej jest ostatnim składnikiem, który czyni seans niezapomnianym. Choć psychopatyczne zapędy i emocjonalne manipulacje wiecznie nieobecnego fizycznie szefa, który jednak niczym Wielki Brat zawsze patrzy, oceniłbym raczej jako dość przewidywalne i czasem graniczące z groteską, to już scena spowiedzi bohaterki przed HR-owcem (dobrze znany fanom Sukcesji Matthew Macfadyen) jest absolutnie wybitna. 

Sygnały ostrzegawcze widać od początku – mężczyzna nieustannie wchodzi w słowo Jane, powtarzając obłudne frazesy w rodzaju „mi możesz powiedzieć wszystko”, przedstawiając siebie jako jednego z „tych dobrych”, by potem każdą poszlakę bohaterki w kwestii ewidentnego procederu nadużyć seksualnych młodych kobiet w firmie, okrutnie zbyć, kalecząc przy okazji jej poczucie wartości i kompetencji. Typowa strategia gaslighting-u. Takie sceny mogą pomóc zrozumieć choćby to, dlaczego ofiarom przestępstw seksualnych tak trudno przychodzi zeznawanie w tych sprawach. Bo wiedzą, że mogą usłyszeć podobne słowa, kwestionujące ich traumatyczne doświadczenie i zdrowy rozsądek. Jak byłaś ubrana? Na pewno ci się nie podobało, choćby przez chwilę? A może jednak ci się przywidziało? 

Takie właśnie sceny w końcu, czynią pierwszy film fabularny utalentowanej dokumentalistki, dziełem nieprzeciętnym. Asystentka nie jest dla każdego, jej defetyzm i poczucie bezsilności wobec przykrej codzienności wielu kobiet może też nie być tym, co jest najbardziej potrzebne w filmowym dyskursie feministycznym. Jednak oprócz bycia doskonałą formalnie i pozostającą w pamięci historią, robi jeszcze jedną ważną rzecz – uwrażliwia na problem i przypomina, że wojna o prawa i godne traktowanie jest daleka od rozstrzygnięcia. Jeszcze nie czas na składanie parasolek.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

Asystentka

Tytuł oryginalny: „The Assistant”

Rok: 2019

Gatunek: dramat, thriller

Kraj produkcji: USA

Reżyseria: Kitty Green

Występują: Julia Garner, Matthew Macfadyen i inni

Ocena: 4/5