Na zawsze Aniela – recenzja filmu „Kobieta z…”

Polskie kino w dalszym ciągu poświęca queerowej społeczności za mało miejsca, a jeśli już to robi, rzadko kiedy wychodzi poza klisze. Ciągle też mamy problem z odcięciem się od portretowania nieheteronormatywności przez pryzmat inny niż homofobia, co trochę wynika z winy twórców, trochę z nieprzepracowanych (z wiadomych powodów) tematów i większej chęci oddania sprawiedliwości swoim bohaterom niż podjęcia twórczego ryzyka. Najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta trochę się w ten trend wpisuje, ale nie można nie oddać cesarzowi, co cesarskie.

Szatkujące linearność retrospekcje oraz miejscami teledyskowa stylistyka nadają narracji pewną dozę lekkości, równoważącą tematyczny ciężar. Reżyserki duet unika rzeczy najważniejszej – stawiania swojej bohaterki w pozycji ofiary mającej wzbudzić w widzu politowanie. Aniela jest silna, nawet wtedy, kiedy jeszcze zamknięta w ciele Mateusza, zdezorientowana, ukradkiem szukająca przestrzeni dla siebie – tu pomalowane paznokcie, tam czerwona szminka, rozpuszczone, ułożone włosy, sukienka. Kobieta z… to jej droga do wolności, życia na własnych zasadach – często za najwyższą cenę. Jej historia osadzona jest na mapie przemian politycznych i społecznych Polski – od Solidarności i zmiany ustroju, poprzez raczkowanie technologii, do momentu pojawienia się w ofercie prywatnych szpitali operacji korekty płci. Jej oczy lśnią przez całą tę drogę tym samym blaskiem: człowieka – chciałoby się rzec celem uzupełnienia tytułu – z nadziei.

Tam, gdzie Xavier Dolan w Na zawsze Lawrence (2012) skupiał się przede wszystkim na relacji partnerskiej w obliczu transpłciowego coming outu jednej ze stron i jego wpływu na dynamikę związku i uczucia, tam nasi rodzimi twórcy próbują ująć holistycznie portret jednostki. Anielę widzimy w kalejdoskopie przeróżnych wydarzeń: poboru do wojska, ślubu, narodzin dziecka, kłopotów finansowych, typowego polskiego wiązania końca z końcem, wykluczenia przez rodzinę, pobytu w więzieniu, zetknięcia z machiną prawnych procedur związanych z procesem tranzycji, sali operacyjnej, która może przynieść upragnioną zmianę. Dynamiczny początek filmu szybko jednak spala swój lont, narracja traci tempo, zaczynają pojawiać się problemy strukturalne. Szkoda tym większa, że dzieje się to w części najciekawszej fabularnie – kiedy Mateusz jest już dorosłym mężczyzną i coraz mniej zależy mu na wpisywaniu się w społeczny szablon, kiedy w końcu zaczyna otwarcie walczyć o siebie. Ten segment obrazu bezkonkurencyjnie należy do Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik, wcielającej się w podwójną rolę – oficjalnie jeszcze Mateusza, a prywatnie (a zaraz także publicznie) Anieli. To ona na swoich drobnych barkach niesie nadmiar wątków i jednym spojrzeniem łata wszystkie scenariuszowe dziury. Tworzy kreację wybitną i gdyby rozdanie także weneckich nagród nie było marketingową partią pokera, to właśnie z nagrodą dla niej Kobieta z… powinna opuścić Lido.  

Choć w głównej roli obsadzono osoby cispłciowe, Szumowska i Englert zadbali o reprezentację środowiska trans. Na ekranie oglądamy tak znaczące dla społeczności postaci jak Anna Grodzka, Zenobia Żaczek, Anu Cze czy Filipka Rutkowska. Ich widoczność jest niezwykle ważna, a intymne doświadczenia, którymi dzielą się w trakcie paradokumentalnej sceny, nie do przecenienia. I choć nie lubię używać w stosunku do filmów słowa „potrzebny”, to rzeczywiście, w polskim kinie, nawet w segmencie queerowym reprezentacja dysforii płciowej jest praktycznie żadna. Dopiero ubiegły rok przyniósł produkcję Netflixa Fanfik Marty Karwowskiej i wyrosły na niej dokument Jesteśmy idealni [NASZA RECENZJA] Marka Kozakiewicza. To mało, szczególnie w kontekście bogatego dorobku zachodniej kinematografii i możliwości, jakimi, nawet w ciągle konserwatywnym kraju, dysponują artyści. W tym ujęciu Kobieta z… odrabia zatem pracę domową na piątkę z plusem, dając nareszcie osobom transpłciowym „ich” historię – na pełnych prawach.     

Szumowska kontynuuje swoją artystyczną misję portretowania jednostek wykluczonych, odstających od szeroko pojętego kanonu. Polityczne i społeczne tło maluje wyjątkowo jak na siebie delikatnie, unikając nadmiernego batożenia małomiasteczkowości stereotypami, częściej puszczając do agresorów kpiące oko, niż szukając dla swojej bohaterki współczucia. Mimo problemów z proporcjami i dynamiką Kobieta z… działa jako portret tkany emocjami. To one trzymają uwagę widza i zostawiają ślad w pamięci. To one konstruują obraz siły, wykluwania się tożsamości, redefiniowania seksualności, szukania akceptacji, miłości i swojego miejsca w świecie.  

Agnieszka Pilacińska
Agnieszka Pilacińska

Kobieta z…
Tytuł oryginalny:
Kobieta z…

Rok: 2023

Kraj produkcji: Polska, Szwecja

Reżyseria: Małgorzata Szumowska, Michał Englert

Występują: Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Mateusz Więcławek, Joanna Kulig, Bogumiła Bajor, Jacek Braciak

Dystrybucja: Next Film

Ocena: 3,5/5

3,5/5