Bolało jak dziarałeś? – recenzja filmu „Człowiek, który sprzedał swoją skórę”

Bolało jak dziarałeś? – recenzja filmu „Człowiek, który sprzedał swoją skórę”

Północnoafrykańskie kino od kilku lat stara się podejmować tematy dotychczas pomijane w filmach z państw arabskich. Zerwanie z postrzeganiem cielesności jako tabu zaowocowało zresztą w kilka produkcji zachwycających zarówno publiczność Maghrebu, jak i zagraniczną. Czy najnowszy film Kaouther Ben Hanii utrzymał poziom algierskiego dramatu społecznego Nadal kryję się z paleniem (2016) czy może bliżej mu do krytykowanej podczas Nowych Horyzontów Czarnej meduzy (2021)?

Człowiek, który sprzedał swoją skórę wpisuje się niejako w utrwalony już w europejskiej kinematografii nurt opowiadania o imigracji. Choć daleko tu do poziomu osiągniętego chociażby w Synonimach (2019) Nadava Lapida (NASZA RECENZJA), to jednak Ben Hania umiejętnie konfrontuje widma przeszłości głównego bohatera z Nowym, którego zaznał po opuszczeniu rodzinnej Syrii. Na drodze do Europy, gdzie czeka na niego ukochana partnerka, stoi jednak Liban. To właśnie w nim dochodzi do tytułowej sprzedaży – Sam Ali (grany przez Yahyę Mahayniego) zgadza się na wzięcie udziału w nietypowej transakcji. Wizę do strefy Schengen otrzyma dożywotnio, pod warunkiem, że wytatuuje ją sobie na plecach.

Choć pomysł na historię ma potencjał na zrobienie z niej komedii absurdu, to jednak Człowiekowi… znacznie bliżej do satyry, aniżeli formy czysto rozrywkowej. Twórczyni śmiało kontestuje aktualne podejście europejskich elit rządzących do przyjmowania uchodźców i imigrantów zarobkowych. Odstawiając na bok moje osobiste przekonania, nie sposób odmówić Ben Hanii otwartego podejścia do kwestii kontroli granicznych oraz wizowych. Może nieco eufemistycznie, ale jednak stara się przekazać proste kosmopolityczne przesłanie – człowiek wolny nie zna granic.

Człowiek, który sprzedał swoją skóręCzłowiek, który sprzedał swoją skórę

Problematyka granic państwowych nie jest jedynym tematem, który w filmie podjęto. Tym najważniejszym zdają się być granice kapitalistycznego utowarowienia. Czy ludzkie ciało może być obiektem kupna/sprzedaży? Odpowiedź na to pytanie twórczyni ładnie zamyka klamrą kompozycyjną, wracając do wątku wyjściowego.

I choć to przejście jest dobrze przemyślane, to jednak fabuła filmu dosyć na nim traci. Zwłaszcza gdy wokół tych dwóch konstruowane są kolejne opowieści – zarówno te etyczne, jak i geopolityczne. Człowiek… w obecnej, dosyć uproszczonej formie nie był w stanie udźwignąć takiej wielkości poruszonych motywów, aczkolwiek ostatecznie nadal się broni – zarówno jako kino zaangażowane społecznie, jak i eksperyment mieszający prawdziwą historię z twórczą wizją Kaouther Ben Hanii. Inspiracją dla tunezyjskiej reżyserki były bowiem prace belgijskiego neokonceptualisty, Wima Delvoye’a.

Seans Człowieka, który sprzedał swoją skórę nabiera znaczenia w dzisiejszej sytuacji społeczno-politycznej. Protagonistą mógłby być każdy człowiek czekający pod granicą państwową, oczekujący na wyśnione poczucie wolności. Bez względu na to, czy koczuje w obozie na greckim Lesbos, czy zostaje wypychany przez polskich strażników granicznych w okolicy Usnarza – film Ben Hanii, choć dzieje się w określonym miejscu i określonym czasie, to zawiera uniwersalne przesłanie. Dziś, niestety, musimy odczytywać je jak reszta Europy przed kilkoma laty.

Michał Konarski
Michał Konarski
Człowiek, który sprzedał swoją skóręCzłowiek, który sprzedał swoją skórę plakat

Człowiek, który sprzedał swoją skórę

Tytuł oryginalny:
The Man Who Sold His Skin

Rok: 2020

Gatunek: dramat

Kraj produkcji: Belgia, Francja, Niemcy, Szwecja, Tunezja

Reżyseria: Kaouther Ben Hania

Występują: Yahya Mahayni, Dea Liane, Koen de Bouw, Monica Bellucci i inni

Dystrybucja: Mayfly

Ocena: 3/5