Nie pytam Panią o lata – recenzja filmu „Szesnaście mgnień wiosny” – Dwa Brzegi 2021

Nie pytam Panią o lata – recenzja filmu „Szesnaście mgnień wiosny” – Dwa Brzegi 2021

Nurt coming-of-age jest ostatnimi czasy hurtowo eksploatowany przez autorów, którzy z wykalkulowaną precyzją mierzą w docelową grupę odbiorców i traktują aktualnie gorące wątki społecznych debat jako tło dla poczynań nastoletnich bohaterów ich opowieści. Trudno więc przejść obojętnie obok tak niezależnego, szczerego i silnie sprzeciwiającego się temu trendowi debiutu, jakim jest Szesnaście mgnień wiosny, portretujący romans nastoletniej dziewczyny i dorosłego mężczyzny, skupiający się na ich emocjach miast wikłać w politykę.

Suzanne Lindon, autorka projektu, która w pełni na ten tytuł zasługuje, podpisując się pod scenariuszem, reżyserią, piosenką, i odgrywając jednocześnie główną rolę, ma na swoim koncie tych wiosen dopiero dwadzieścia. Świeże wspomnienia lat młodzieńczych, kiedy podobnie jak bohaterka filmu stawiała pierwsze kroki na brukowanych ulicach Montmartre, nadają dziełu pierwiastka niepodważalnej prawdy, do której dorośli nie mają dostępu – to ten wyjątkowy moment, gdy historia przebiega przez człowieka niepostrzeżenie i bez większej atencji ze strony doświadczającego podmiotu. Magia autentyczności kryje się w drobnostkach – gestach i spojrzeniach, przypominających o beztroskim okresie dzieciństwa, w którym naiwność, niewinność i niezdarność łączyły się w spójny portret kobiety wkraczającej powoli, lecz zdecydowanie, w świat miłosnych dylematów.

Akcja filmu osadzona została w środowisku kilku przecznic, dzielących rodzinny dom w paryskiej kamienicy, okoliczną szkołę oraz Théâtre de l’Atelier, gdzie po raz pierwszy dziewczyna spotyka 35-letniego aktora Raphaëla (Arnaud Valois). Oboje przechodzą kryzys tożsamości, nie mogąc odnaleźć się wśród rówieśników lub współpracowników, oraz szukając alternatywy dla rzeczywistości ograniczonej rutyną. Lindon szanuje czas potrzebny do wykonania pierwszego kroku, dzięki czemu jesteśmy świadkami uroczej gry w podchody, w której nastolatka ukradkiem zerka na mężczyznę, dopytuje przechodniów o jego wypadek na skuterze, a dowiadując się o przeciekającym silniku, przejęta biegnie do ojca po informacje na temat budowy maszyn i potrzebnych do naprawy narzędzi.

Obraz relacji Suzanne z rodzicami jest idylliczny. Atmosfera ciepła wprost wylewa się ze wspólnych śniadań przy kuchennym stole, które szybko ustępują miejsca kawiarnianym rendez-vous u boku wybranka. Poranne spacery zaczyna wypełniać radość spotkań przy lemoniadzie z grenadiną, a mały stoliczek i fasada lokalu stają się tłem jednej z najpiękniejszych scen filmu, czyli synchronicznego tańca w rytm muzyki Vivaldiego. Zakochani odtworzą go jeszcze raz na teatralnych deskach, dając upust emocjom i potrzebom cielesnym w sposób poetycki – oddający wrażliwość obojga bohaterów. Jednocześnie rysując granicę pokoleniową i burząc ją powściągliwością, para kochanków nieubłaganie brnie w stronę muru, którego pokonać razem nie są w stanie, czego świadomość łamie serce dziewczyny.

Celem debiutującej reżyserki nie jest przesadne dramatyzowanie romansu lub szokowanie różnicą wieku, której widmo unosi się w powietrzu, ale do samego końca nie jest bezpośrednio adresowane. Treść płynie prosto z serca nastoletniej dziewczyny zagubionej między Disneyowskim Bambi oraz kultowym Za naszą miłość Pialata, których plakaty zdobią ściany jej pokoju. Najistotniejszy wydaje się fakt, że wychodzi z tego impasu na własnych warunkach. To ona od samego początku kontroluje rozwój wydarzeń i jej nie odstępuje na krok kamera.

Warto odnieść się do rodowodu Suzanne – zarówno wersji ekranowej, jak i autorskiej. Wspomniane lokacje, zainteresowania bohaterki, jej kontakt z rodziną i warunki mieszkalne jasno wskazują na ekonomicznie uprzywilejowaną perspektywę. Absurdalne jest traktowanie jej za wadę, a co gorsza zarzut w stronę reżyserki, podobnie jak nietrafione były ostatnie ataki w stronę autobiograficznego filmu Joanny Hogg, czy notoryczne ataki wymierzone w burżuazyjność Antonioniego. Suzanne wywodzi się ze słynnej aktorskiej rodziny Vincenta Lindona i Sandrine Kiberlain. Miała zapewniony lepszy start, zaplecze finansowe i branżowe znajomości, które na pewno pomogły w ukończeniu pierwszego filmu. Nie zaskakuje zatem prestiżowa obsada, której część stanowią aktorzy La Comédie Française, oraz promocja debiutanckiego utworu, który trafił do oficjalnej selekcji zeszłorocznego festiwalu w Cannes.

Szesnaście mgnień wiosny to film osobisty, wyciszony, zbudowany na delikatnych niedopowiedzeniach, ale też opatrzony bogatą ścieżką dźwiękową, odzwierciedlającą stany emocjonalne bohaterki. Paryski obraz niewinności bardziej niż filmem dla nastolatek, jest po prostu filmem nastolatki, który wzrusza nawet zaciekłych wrogów romantycznych komedii.

Tomasz Poborca
Tomasz Poborca

Szesnaście mgnień wiosny

Tytuł oryginalny: „Seize printemps”

Rok: 2020

Gatunek: romans, komedia

Kraj produkcji: Francja

Reżyseria: Suzanne Lindon

Występują: Suzanne Lindon, Arnaud Valois, Frédéric Pierrot, i inni

Ocena: 4/5