Niewiedza – recenzja filmu „Orzeł. Ostatni patrol” – Gdynia 2022

Możliwe, że największym przegranym tegorocznej gali rozdania Złotych Lwów festiwalu w Gdyni jest Orzeł. Ostatni patrol. Nagrodzenie za reżyserię Jacka Bławuta, okradzenie tym samym wybitnej pracy Jerzego Skolimowskiego stało się symbolem, który słusznie zbulwersował pół światka krytycznego w naszym kraju. Przez tę niesłuszną statuetkę może jednak wielu umknąć fakt, że druga fabuła doświadczonego dokumentalisty i operatora jest w istocie bardzo interesującym i spełnionym projektem, najlepszym podejściem naszego kina do tematyki wojennej od wielu lat.

Powstawanie Orła w pewnym momencie zaczęło przypominać serial. Projekt filmowego powrotu do najbardziej znanej, tajemniczej i sławnej polskiej jednostki podwodnej otrzymał dofinansowanie od PISF podczas tej samej sesji co m.in. Sztuka kochania (premiera w styczniu 2017), a wcześniej niż chociażby Zimna wojna (premiera maj 2018). Tempo pracy spowalniał skromny budżet – gdy film w 2016 roku zdobył aprobatę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, szacowany koszt produkcji wynosił ledwie 8 000 000 złotych. Oczekiwanie, ale i obawa co do jakości tego projektu były spore; współczesne polskie produkcje historyczne nie bez przyczyny kojarzymy raczej z absolutnymi katastrofami artystycznymi – od początku prac nad Orłem publika i krytyka zostały wszak skrzywdzone premierami: Historii Roja, Kuriera, Legionów, Piłsudskiego, Obywatela Jonesa, Mistrza czy armady klęsk TVP.

Jeśli o serialach mowa, to zresztą opowieść o ORP „Orzeł” starczyłaby na kilka sezonów. Najpierw skandale przy przetargu i problemy z finansowaniem (pewne rzeczy w Wojsku Polskim są niezmienne), nieznająca nowej jednostki załoga zaskoczona przez wojnę, klęska planu „Worek” dopełniona odmową wykonania samobójczego rozkazu przez kapitana, wielka odyseja związana z chorobą owego dowódcy, internowaniem w Tallinnie i ucieczką z niego. Potem brawurowe przedostanie się na Morze Północne bez odpowiednich map nawigacyjnych, pełna sukcesów służba w ramach Royal Navy, a w końcu tajemnicze zaginięcie – odebranie rozkazów trzeciego i czwartego czerwca po to, by nigdy więcej nikt nie usłyszał ani nie zobaczył Orła i jego załogi.

Jacek Bławut postanowił skupić się właśnie na tym ostatnim, najbardziej tajemniczym z epizodów. Zamiast konwencjonalnego, narodowo-buńczucznego kina dla szkół sięgnięto po konwencję gatunkową, ekwilibrystyczne połączenie zadowalającego ministerstwo kina historycznego z horrorem psychologicznym. Głównym bohaterem w tym projekcie nie jest statek, załoga czy jakiś pojedynczy marynarz – jest nim niewiedza. Tak, jak nikt nie wie, co się zdarzyło na Orle, tak samo uwięzieni pod ziemią marynarze błądzą we mgle. Niejasne rozkazy wciąż zmieniane przez dowództwo, polująca Kriegsmarine, napięcia między samymi wojskowymi.

Ta dominacja niewiedzy w metaforycznym ujęciu ustanawiającym zostaje zaprezentowana już w scenie otwierającej. Głosy dochodzą gdzieś z oddali, dźwięki i dialogi załogi zlewają się w niezrozumiałe szepty spod powierzchni, dodatkowo obiektyw zdaje się być jakby za szybą, światło nie rozchodzi się naturalnie, wyraźnie widoczne są rysy i zabrudzenia na szkle między okiem a sielankową jeszcze rzeczywistością „Orła”. Zabieg ten, w wielu tekstach na wyrost porównywany do twórczości Grzegorza Królikiewicza, w nieco brechtowski sposób wprowadza widza w seans, pokazując umowność i nierzeczywistość przedstawianej wizji. Przywodzi to na myśl legendarne otwarcie growego Bioshocka, gdzie protagonista po katastrofie, walcząc o przetrwanie w morskich toniach, dostrzega coś niemożliwego – latarnię morską pośrodku oceanicznej pustki. Tę fantazyjno-steampunkową konotację podkreśla także paleta barw otwarcia seansu – wszystko tonie w odcieniach błękitu, lecz niczym promienie twórczej wolności przedostają się gdzieś z góry pojedyncze ciepłe barwy, a przy tym wszystkim odznacza się miedź wizjera peryskopu.

Budując narrację ciągłego zagrożenia i niepokoju, Bławut wciąż sugeruje kolejne tajemnicze wątki mogące być przyczynkiem do późniejszych tragicznych wydarzeń. Obsesyjne szepty odpowiadającego za nasłuch bosmana Koteckiego (Adam Woronowicz), agresja i sugestia zła drzemiącego w podchorążym Klopsie (Rafał Zawierucha), rywalizacja tego ostatniego z porporucznikiem Jerzym Sosnowskim (Filip Pławiak) o nieokreśloną kobietę, ciągłe podkreślanie potencjalnych tragicznych efektów i halucynacji związanych z potencjalnym wzrostem poziomu dwutlenku węgla, niewiedza co do prawdziwego celu patrolu, tajemnicze obserwowanie imprezy na jachcie w holenderskim porcie, gdzie jeden z marynarzy dopatruje się obecności swojej córki, czy w końcu fatalny gust filmowy porucznika Andrzeja Piaceckiego (Mateusz Kościukiewicz), który nazywa Przeminęło z wiatrem „straszną nudą”. A to dopiero początek długiej listy strzelb przygotowantych przez twórców filmu, które mogą, lub nie, wypalić w pewnym momencie.

Wciąż powraca także wspomniana wcześniej szyba, brudna tafla, w której przeglądają się załoganci, jakby we własnej duszy. Głównym orężem twórczym Orła jest jednak wybitna reżyseria dźwięku, ciągłe odgłosy działania okrętowej maszynerii, uderzenia deszczu i wzburzonych fal, szepty, doniesienia z radiostacji, dźwięki sonaru układają się w swoistą symfonię muzyczną, nadrozorwaną i dopełnianą przez tajemniczego, debiutującego kompozytora pod pseudonimem Tumult. Inspiracje artystyczne Dunkierką Christophera Nolana (NASZA RECENZJA) są tu więcej niż ewidentne. Podobnie jak w ostatnim spełnionym projekcie Anglika kluczową rolę odgrywa tu nierzeczywista groza konfliktu napędzana montażem i dźwiękiem. W pierwotnej wersji scenariusza w filmie miała nawet pojawić się scena bezpośredniego starcia przeciw niemal niewidocznemu wrogowi. W tym wszystkim świetnie czuje się czołowa polska operatorka, Jolanta Dylewska, która już chociażby w Ajce Siergieja Dworcewoja (NASZA RECENZJA) pokazała, jak dobrze sprawdza się z kamerą blisko krytycznych sytuacji, reżyserując grozę drzemiącą w ludziach.

Orzeł w parze z Io niesie ze sobą jednak smutną konkluzję, że najbardziej energetyczne i pełne młodzieńczej energii w koncepcie i reżyserii filmy w Polsce tworzą w tym momencie nestorzy kina. Przeszło siedemdziesięcioletni Jacek Bławut w swoim obrazie pokazuje twórczą świeżość, jakiej próżno szukać u jakiegokolwiek z polskich młodych filmowców od czasu premiery Wieży. Jasnego dnia (NASZA ANALIZA) Jagody Szelc w 2017(!) roku. Próżno szukać w Orle. Ostatnim patrolu jakiejś wiedzy historycznej, oczekiwanie od fabularnego filmu odpowiedzi na jedną z największych polskich tajemnic II wojny światowej byłoby zresztą zabawne i naiwne. W kraju ślepców jednooki królem jest, więc w artystycznej marnocie tego roku w polskim kinie obraz Bławuta niewątpliwie stanowi perłę. 

Marcin Prymas
Marcin Prymas

Orzeł. Ostatni patrol

Rok: 2022

Kraj produkcji: Polska

Reżyseria: Jacek Bławut

Występują: Tomasz Ziętek, Mateusz Kościukiewicz, Antoni Pawlicki i inni

Dystrybucja: Kino Świat

Ocena: 3,5/5

3,5/5