Rzeka życia – recenzja filmu „Mekong 2030” – Pięć Smaków

Rzeka życia – recenzja filmu „Mekong 2030” – Pięć Smaków

W sekcji Podróż do Azji organizatorzy Festiwalu Filmowego Pięć Smaków oferują „szansę na odwiedzenie zakątków, o których nie wspominają żadne przewodniki, i spotkanie z ludźmi, których życia nie dokumentują kolorowe magazyny”. Nowelowy „Mekong 2030” jawi się jako istna kumulacja tej obietnicy programowej i bardzo kusząca propozycja dla wszystkich, którzy przez pandemię swoje wyprawy musieli odłożyć na nieokreślony czas. Czy sam film spełnia te obietnice?

Pomysł na realizację projektu Mekong 2030 powstał podczas festiwalu Luang Prabang Film Festival. Jeszcze w trakcie trwania imprezy, znaleziono „zaniepokojonych stanem życiodajnej rzeki” i chętnych do kręcenia nowel o futurystycznej perspektywie osadzonych w krajach leżących nad Mekongiem. Jak ważna dla regionu to rzeka, niech podpowie fakt, że jest ona najdłuższa na Półwyspie Indochińskim, a z jej wód korzysta ponad 60 milionów ludzi. Nie bez kozery do filmu zaproszono tylko filmowców z pięciu krajów, zaś szósty – Chiny celowo pominięto. To Państwo Środka od lat próbuje zawłaszczyć Mekong z racji tego, że jego źródło znajduje się na ich terytorium, w górach Tangla na Wyżynie Tybetańskiej (więcej o zakusach Pekinu TUTAJ).

Pierwsza z nowel, Rzeka duszy, została wyreżyserowana przez Kulikar Sotho z Kambodży, którą wierna pięciosmakowa publiczność może pamiętać jako autorkę Ostatniego aktu z 9. edycji festiwalu. W przerzedzonym przez nieznaną nam katastrofę lesie myśliwy Sok znajduje zakopaną drogocenną figurę Buddy. Nie jest jednak jedynym, który na tym pustkowiu ma chęć na szybki zarobek. Poprawy swego losu pragnie również miejscowy ochroniarz. Mimo początkowej niechęci między tymi dwoma ludźmi nawiązuje się nić porozumienia. Jest to raczej pragmatyczny sojusz, bo żaden nie wywiózłby khmerskiego posągu sam. Trzecią osobą dramatu staje się żona Soka, która najchętniej porzuciłaby znalezisko, a następnie wróciła do wioski rybackiej, którą opuścili, gdy w okolicy wyginęły wszystkie ryby. Cała trójka wsiada na łódź, na której mieszka małżeństwo, i wyrusza w podróż po rzece Mekong – to na jej wodach rozegra się finał tej historii. Kulikar Sotho nie porywa się na zbytnią oryginalność, zauważa bowiem, że nawet w postapokaliptycznym świecie ludźmi nie przestają kierować chciwość i żądza dominacji. 

Szansy na powiedzenie czegoś więcej niż truizmów nie wykorzystuje też Laotańczyk Anysay Keola. Jego nowela zatytułowana Brat Che ukazuje historię młodego studenta, który powraca niespodziewanie do domu i zastaje wszystko postawione na głowie. Jako że w 2030 roku świat trapi nieznany wirus, a matka chłopaka należy do 1% populacji odpornej na działanie choroby, staje się ona łakomym kąskiem dla starszego brata bohatera, który zamierza sprzedać jej osocze koncernom farmaceutycznym. Jeśli ta telenowelowa zagrywka wydaje się czymś przesadnym, to ostrzegam, że to dopiero początek atrakcji. Dla pochodzącego z Laosu twórcy oprócz przedstawienia wątku ekologicznego film służy też do ukazania przezabawnej przemiany bohatera: z idealistycznego wyznawcy marksizmu w pragmatyka świadomego zagrożeń, jakie stawia przed nim życie. Choć nowela jest dość kuriozalna, trudno odmówić jej aktualności, wszak sami żyjemy teraz w pandemicznej rzeczywistości i aż za dobrze znamy noszenie maseczek, oczekiwanie na szczepionkę czy nieufność wobec bliźniego.

Trzecia z odsłon, Zapomniane głosy Mekongu, została stworzona przez Sai Naw Khama z Mjanmy. Sięga on po najbardziej klasyczny zabieg w tego typu dziełach. Obrońcami natury są zatem mieszkańcy małej społeczności żyjącej w głębi dżungli, zaś naprzeciw nich staje skorumpowany polityk (nowo wybrany szef wioski) oraz przedstawiciele wielkiego biznesu. Do buntu nawołuje najstarsza kobieta z plemienia, która sprzeciwia się planom budowy kopalni złota, widząc w nich klęskę wielowiekowego rolniczego charakteru tej okolicy oraz niebezpieczeństwo dla czystości rzeki Mekong. Reżyser, aby podkreślić ten konflikt cywilizacji i tradycji, wybrał do noweli, nieznane dobrze nawet w jego ojczyźnie, plemię Akha. Przypomina to oczywiście sytuację wyjściową z pokazywanego w konkursie głównym Nowych Horyzontów To nie pogrzeb, to zmartwychwstanie (NASZA RECENZJA), gdzie stojąca nad grobem protagonistka starała się uratować swoje siedlisko przed rządowymi zakusami. Film z Lesotho udowodnił, że nawet tak ograny przez sztukę temat można opowiedzieć w sposób świeży, niestety Sai Naw Kham nie może powiedzieć tego samego o swoim dziele. 

Za nowelą numer cztery (Granica) stała najbardziej znana reżyserka z tego grona, czyli Anocha Suwichakornpong. Tajska twórczyni była bohaterką retrospektywy podczas 4. edycji Festiwalu Filmowego Pięć Smaków. W roku 2010 Zwyczajna historia otrzymała Grand Prix konkursu międzynarodowego Nowych Horyzontów. W tym roku publiczności wrocławskiej imprezy zaprezentowano projekt, który nakręciła wraz z Benem Riversem, czyli Krabi, 2562 (NASZA RECENZJA). Suwichakornpong w swojej części Mekongu 2030 koncentruje się, w odróżnieniu od kolegów z Kambodży, Laosu i Mjanmy, nie na wiejskich okolicach, ale na wielkim mieście, Bangkoku. Bohaterami nie są zaś wieśniacy czy rybacy, ale grupa osób związanych z instytucją kultury, konkretnie z galerią sztuki. To tam powstaje dzieło poświęcone umieraniu rzeki Mekong. Zaglądamy więc za kulisy tworzenia przekazu o charakterze artystycznym, ale przez wybór tematyczny sięgającym o wiele szerzej: do ekologii, filozofii czy politologii. Jednak czy video art i oprowadzanie kuratorskie mogą cokolwiek pomóc w cieniu nadchodzącego kryzysu? Autorka Gdy zapadnie zmrok nie tylko nie udziela odpowiedzi, nie od tego jest zresztą kino, ale nie nadaje zbyt wielu frapujących pytań. Jej fragment filmu jest estetycznie nakręcony, ale mimo cytatów z Bergsona czy przebitek, jak mogłaby wyglądać podobna wystawa, wydaje się nieco płytki, wręcz powierzchowny względem stawianego zagadnienia.

Ostatnią i w moim odczuciu najbardziej spełnioną ze wszystkich nowelą okazała się być Rzeka niewidziana autorstwa Wietnamczyka Pham Ngoc Lan. Już wybór środków wyrazu, poczynając od wąskiego kadru, w jakim zamyka wydarzenia, na tempie opowieści i ilości wypowiadanych przez postaci słów kończąc, są diametralnie odmienne od tych używanych przez resztę filmowców. W okolicach wielkiej tamy na Mekongu dochodzi do kilku spotkań, kobieta odnajduje swego dawnego kochanka, który trudni się rybołówstwem, a para dwudziestokilkulatków przybywa po błogosławieństwo do buddyjskiego klasztoru mieniącego się neonowymi barwami z kiczowatych wizualizacji. Nie mamy tu do czynienia z jasno określoną fabułą, ale raczej poetycką i dość enigmatyczną impresją o melancholijnym zabarwieniu. To widz zdecyduje, jak te obrazy zinterpretuje – czy będą ostrzeżeniem, czy może pokrzepieniem.

Mekong 2030 cierpi na schorzenie podobnych przedsięwzięć o ambitnym założeniu i nowelowej formule. Większość z segmentów została zrealizowana sztampowo i niezbyt zajmująco, a reżyserzy nie wspięli się w nich na wyżyny swoich możliwości. Odnosi się to zwłaszcza do trzech pierwszych historii, które w gruncie rzeczy opowiadają o tym samym, dlatego rezygnacja z którejś nie zaszkodziłaby całości projektu. Jedynie wietnamski debiutant udowodnił, że utrzymując ekologiczny przekaz, można opowiadać po swojemu i z pomysłem. Abstrahując jednak od poziomu artystycznego poszczególnych nowelek, trzeba oddać, że podstawowe zadanie, jakim było nagłośnienie problematyki związanej z zagrożeniami płynącymi z rabunkowej polityki Chin względem życiodajnej rzeki, zostało spełnione. Kino nie może zmieniać rzeczywistości, ale może alarmować i budzić z letargu.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
Mekong 2030 plakat

Mekong 2030

Rok: 2020

Gatunek: nowelowy, sci-fi

Kraj produkcji: Kambodża, Laos, Mjanma, Tajlandia, Wietnam

Reżyseria: Anocha Suwichakornpong, Kulikar Sotho, Sai Naw Kham, Pham Ngoc Lan, Anysay Keola

Występują: Minh Chau, Hoang Ha, Rous Mony i inni

Ocena: 2,5/5