Panta rhei – recenzja filmu „Poprzednie życie” – Berlinale 2023

Dynamika miłosnego trójkąta to temat ciągle iskrzący twórców: od klasycznego Julesa i Jima (1962) François Truffauta, przez współczesne komedie romantyczne pokroju Dziennika Bridget Jones (2001) Sharon Maguire, po nieoczywiste thrillery jak Płomienie (2018) Lee Chang-donga czy wariacje z rozdwojeniem jaźni od Davida Finchera w Podziemnym kręgu (1999). Debiutująca pełnym metrażem Celine Song swój romans z kinem również zaczyna od przyjrzenia się relacji łączącej trójkę bohaterów, wykorzystując ją jako pretekst do rozważań na temat natury wyborów i ich konsekwencji.

Akcja filmu podzielona jest na trzy segmenty czasowe. Pierwszy rozgrywa się w Korei Południowej i przedstawia dwunastoletnich Norę (Moon Seung-ah) i Hae Sunga (Leem Seung-min). Łączy ich szkolna przyjaźń, z czasem zaczynająca nosić coraz większe znamiona serdeczności. Pojawia się pierwszy dotyk i romantyczne marzenia o późniejszym małżeństwie, przerwane emigracją dziewczynki do Kanady. Następnie reżyserka przestawia narracyjny zegar o 12 lat. Dorosła Nora (Greta Lee) mieszka w Nowym Jorku i marzy o karierze pisarki. W czasie rozmowy z matką przypomina sobie o szkolnej miłości. Przeszukiwanie portalu społecznościowego przynosi zaskakujące znalezisko: Hae Sung (Teo Yoo) również szukał swojej dawnej przyjaciółki. Oddzieleni od siebie oceanem, z powodu obowiązków studenckich i zawodowych niemogący się natychmiast odwiedzić, każdą wolną chwilę spędzają na Skypie, zasypiając się i budząc z otwartymi laptopami. Nakarmiony emocjami umysł nie jest jednak w stanie w nieskończoność zaspokajać głodnego ciała. Wymuszona przez jedną ze stron „przerwa” oraz pojawienie się tego „trzeciego” zamyka drugi rozdział historii, żeby przenieść nas o kolejne 12 lat w przyszłość, gdzie Nora wiedzie szczęśliwe życie u boku Arthura (John Magaro), pisarza poznanego w trakcie stypendium. Niespodziewanie, niczym duch, w jej życiu znowu pojawia się Hae Sung, tłumacząc swoją podróż do Ameryki zaplanowanymi wakacjami, jednak jego intencje stają się bardzo szybko dla kobiety – i jej męża – jasne.

Właściwa akcja dzieje się w ostatnim segmencie, którego przedsmakiem jest scena otwierająca film, z Norą, Hae Sungiem i Arthurem siedzącymi przy barze oraz głosami z offu należącymi do przypadkowych obserwatorów, zastanawiających się nad naturą relacji łączącej te trzy osoby. W pewnym momencie kobieta prowokacyjnie spogląda w oko kamery, a przełamanie czwartej ściany ma zarówno zasiać w nas ziarno ciekawości, jak i nadać wagę opowiadanej historii. O ile nastoletnie, miłosne podrygi czy skajpowanie do białego rana mogą usypiać tempem i dialogami, o tyle w część trzecią wkrada się w końcu koloryt i jakiekolwiek napięcie. Z jednej strony mamy tu postać Nory, rozerwanej między sentymentalnym wspomnieniem, noszącym znamiona wiecznego niespełnienia, a teraźniejszą namacalnością, wypełnioną ciepłotą drugiego ciała. Z drugiej zaś starcie męskich pierwiastków, podkręcone zręcznym humorem, wyzbyte jednocześnie przesadnej samczej rywalizacji i zaznaczania terenu. Nie one zresztą są tematem rozważań reżyserki.

Poprzednie życie

Celine Song w usta Hae Sunga wkłada przypowieść o warstwach, z których złożona jest ludzka natura. Każda z nich ma swój czas i miejsce – raz „zrzucona”, nie może odrodzić się w tej samej formie w innych okolicznościach, nawet przy największych chęciach. Jak powiedział klasyk „Niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki”. Twórczyni przygląda się relacji Nory i jej high school sweetheart, pytając, czy to czas był zły, czy jednak człowiek? Co decyduje o tym, że wiążemy się z konkretnymi osobami? Czy przy zmianie scenerii, okazja będzie czynić złodzieja? W tym wszystkim nie zapomina o zaufaniu jako fundamencie związku. Spektakl przyciągania i odpychania tej trójki nie ma nic wspólnego ze zdradą sensu stricto, ale też nie zatrzymuje się na pojęciu przywiązania i zobowiązania – wykracza poza nie, traktując partnerską relację jako etap życia oddany drugiemu człowiekowi, w którym nikt nie jest nikomu nic winny, a jednocześnie winny jest wszystko.

Past Lives zostało przyjęte ciepło na festiwalu w Sundance, gdzie miało swoją światową premierę. Również w Berlinie cieszy się przychylnymi opiniami krytyków i sympatią publiczności. Niezaprzeczalnym atutem filmu jest formalna zgrabność zdjęć autorstwa Shabiera Kirchnera, operatora pochodzącego z Karaibów, znanego chociażby z serialu Mały Topór (2020) Steve’a McQueena czy filmu Tylko Ty (2018) Harry Wootliff. Sam koncept, słuszny i ciekawy, ma jednak smak rozgotowanego makaronu. Strukturze opowieści bliżej do komedii romantycznej niż pełnokrwistego dramatu o tym, że niektóre rzeczy musimy zostawić w przeszłości czy niespełnieniu. Mało wyszukanych dialogów nie ratuje nawet szczypta dobrego humoru. Ktoś powie, że to minimalizm, ja powiem, że jednak narracyjna miałkość kręcąca się w kółko, żeby finalnie zostawić nas z banałem. Brakuje tu także intymności i zmysłowości na miarę Wong Kar Waia, umiejącego ugryźć sedno bliskości i erotyzmu bez seksualizowania relacji. Postaci są jak wycięte z tektury – niby chodzą, mówią, oddychają, ale nie ma w nich życia i emocji. Song, która sama wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych z Korei Południowej w wieku 12 lat, starała się w swoim debiucie zsyntetyzować obydwie narodowe mentalności. Niestety więcej tu amerykańskiej powierzchowności i asekuracyjności niż koreańskiej świeżości. Pytaniem pozostaje jaki jest sens w 2023 roku, podczas jednego z największych festiwali filmowych na świecie, serwowanie oczywistości, pozbawionych jakichkolwiek elementów eksperymentu, czy to na poziomie narracyjnym, czy formalnym oraz własnego, artystycznego języka, słowem czegokolwiek, co wyróżniłoby ten tytuł i spowodowałoby, że nie zatrze się on w pamięci po tygodniu od seansu?

Agnieszka Pilacińska
Agnieszka Pilacińska

Poprzednie życie
Tytuł oryginalny:
Past Lives

Rok: 2023

Kraj produkcji: USA

Reżyseria: Celine Song

Występują: Greta Lee, Teo Yoo, John Magaro

Dystrybucja: Gutek Film

Ocena: 2,5/5

2,5/5