Nie dokarmiać dzikich zwierząt – recenzja filmu „Ostatnia krew wilków” – Pięć Smaków

Nie dokarmiać dzikich zwierząt – recenzja filmu „Ostatnia krew wilków” – Pięć Smaków

Kazuya Shiraishi – wszechstronny reżyser głównego nurtu, na własny sposób interpretujący rozliczne gatunki filmowe (od komedii do tragedii, przez science fiction po kryminał) – po trzech latach powrócił do świata yakuzy w brawurowej kontynuacji Krwi wilków według scenariusza Junyi Ikegamiego. Nowe dzieło tego duetu można było zobaczyć podczas 15. Azjatyckiego Festiwalu Filmowego „Pięć Smaków”.

Uhonorowana czterema nagrodami Japońskiej Akademii Filmowej produkcja z 2018 roku opowiadała o krwawej walce policjantów z gangsterami o panowanie nad ulicami Hiroszimy w 1988 roku. Trzy lata później dni yakuzy są już policzone: wkrótce wejdzie w życie prawo wymierzone w przestępczość zorganizowaną. W międzyczasie detektyw Shūichi Hioka (Tōri Matsuzaka), wykorzystując oryginalne metody swego poprzednika Ōgamiego (Kōji Yakusho), nabrał rezonu i zaprowadził jako taki porządek w mieście. Jednak wszystko, co dobre, kiedyś się kończy: gdy z więzienia wychodzi desperat Shigehiro Uebayashi (Ryōhei Suzuki), kruchy pokój między policją a yakuzą zostaje zachwiany. A ściślej mówiąc: rozczłonkowany, zdekapitowany, przejechany i zgwałcony, bo Uebayashi to okrutnik pierwszej wody, a i Hioka coś niecoś nauczył się pod skrzydłami legendarnego Ōgamiego. Szybko okazuje się, że gangsterzy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa w temacie tortur i zastraszania, za to nasz detektyw nie tylko wplątał się w niezłą chryję z komendantem w roli głównej, ale też niedostatecznie zagłuszył własne sumienie, na skutek czego zaczyna się zastanawiać nad słusznością podjętych decyzji (szczególnie że – jak na złość – wszystkie obracają się przeciwko niemu). Starcie jest nieuniknione i tylko od wytrzymałości systemu, w jakim muszą obracać się bohaterowie, zależy, czy silniejsze okażą się stalowe nerwy, czy żelazna pięść. A w ruch pójdą także pistolety, samochody, noże oraz szpikulce do papieru.

Krew wilków (NASZA RECENZJA) była ekranizacją powieści Yūko Yuzuki i choć jej nazwisko widnieje również w napisach końcowych Ostatniej krwi wilków1, to scenarzysta Junya Ikegami korzysta jedynie ze stworzonych przez pisarkę postaci, kreśląc intrygę po swojemu. Przede wszystkim udaje mu się wykreować autentycznie niepokojący świat okrucieństwa i przemocy – zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Przemoc jest integralną częścią życia bohaterów: jedni są jej ofiarami, inni z przyjemnością ją zadają, a niektórzy miotają się między odrazą a koniecznością uczestniczenia w krwawym spektaklu (nad)użycia władzy. Ikegami kontynuuje refleksje snute w poprzednim filmie, a głównym tematem czyni przekraczanie granic. Postępowanie protagonistów każe zastanawiać się, gdzie i czy w ogóle takie granice istnieją w sytuacji funkcjonowania w hierarchicznym systemie opartym na podporządkowaniu, gdzie władza jest jak narkotyk: w odpowiednich dawkach zapewnia komfort psychiczny, ale z łatwością można ją przedawkować. Moralność w tym układzie stanowi tylko przeszkodę.

Detektyw Hioka rozstawia po kątach krnąbrnych gangsterów i choć formalnie jest funkcjonariuszem państwa strzegącym bezpieczeństwa i porządku publicznego, nie rozumie, że destabilizuje tenże układ: okrajając yakuzę z kolejnych przywilejów (postrzeganych jako synonim klasowej godności), generuje poczucie krzywdy, narastające aż do osiągnięcia krytycznego poziomu. Jednocześnie Hioka zwodzi i wykorzystuje młodziutkiego Kōtę (Nijirō Murakami), policyjnego agenta w szeregach yakuzy: zdobywa jego zaufanie (oraz siostrę) i naciska go tak bardzo, że chłopak staje się nieprzewidywalny. Policjant nie idzie jednak na całego: zachowuje resztki sumienia i skrupułów, co czyni go wrażliwym celem dla recydywisty Uebayashiego. Opuściwszy więzienie, trafia on do świata zupełnie innego niż ten, który zapamiętał. Nauczony żyć w systemie, którego już nie ma, jest jak zwierzę na granicy wymarcia. Wychowany wedle sztywnych reguł – za wierność oraz bezwzględne posłuszeństwo należy się nagroda, a prestiż rośnie w ramach wykonywania kolejnych zadań – zderza się z nowym układem sił i interesów, a także pragmatyzmem zwierzchników, interpretowanym jako słabość. Zamiast spróbować przyswoić nowe wartości, kieruje się raz wyuczonym kodeksem, wykorzystując powstałą niszę do budowania własnej pozycji, jaka gwarantowałaby mu przetrwanie. Nikomu nie ufa, w każdym widzi przeciwnika: z raz obranej ścieżki zawrócić nie może.

Hioka znajduje ukojenie w towarzystwie kolegi po fachu, cichego i skromnego Seshimy (Baijaku Nakamura II). U jego boku przypomina sobie, czym kierował się, wstępując do służby, trochę się uspokaja, ma nawet czas na refleksje. Okazuje się jednak, że osoba obdarzona zaufaniem potrafi ranić najdotkliwiej. Rozgoryczenie obu głównych bohaterów – stojących przecież po dwóch stronach barykady – jest zrozumiałe i zbliża ich do siebie bardziej, niż chcieliby przyznać. Są nie tyle przeciwieństwami, co odpowiednikami w dwóch alternatywnych światach: policjantów i złodziei. Obaj aspirują do miana drapieżnika alfa, tytułowego ostatniego spośród wilków; obaj pragną wyzwolić się spod kontroli innych, nie dają się ujarzmić za kratami, zajadle wchodzą po kolejnych szczeblach kariery, nawet jeśli kosztuje ich to coraz więcej. W Hiroszimie nie ma jednak miejsca dla dwóch wilków – walka o rewir jest więc kwestią doboru naturalnego: wygra najsilniejszy. Ale czy uda mu się przeżyć?

Ostatnia krew wilków

W Kraju Kwitnącej Wiśni nie ma już tych szlachetnych drapieżników: endemiczny karłowaty wilk japoński wyginął najprawdopodobniej w 1905 roku (a jego kuzyn, wilk Ezo, nawet wcześniej), jednak do dziś wilk jest symbolem żywym w japońskiej kulturze. Przywędrował do niej z mitologii, gdzie reprezentował posłańca bogów, samotnego strażnika pierwotnych gór i lasów, który potrafił niepostrzeżenie chronić człowieka, mimo że naruszenie jego rewiru mogło być niebezpieczne (jak w Księżniczce mononoke Hayao Miyazakiego). W filmach oznaczać może bezpowrotnie utraconą przeszłość, wpływ człowieka na środowisko przyrodniczo-kulturowe (Pętla czasu Masakazu Kaneko), akceptację innego, otwarcie na własną odmienność warunkowaną relacjami z otoczeniem (Wilcze dzieci Mamoru Hosody), ale najczęściej symbol wilka można odczytywać jako indywidualizm naznaczony tragedią, siłę woli, wierność zasadom i determinację o znamionach destrukcyjnych, walkę o straconą sprawę, a jednak honorową i godną szacunku – taka interpretacja (zapożyczona z mangi Kazuo Koike i Gōsekiego Kojimy) pojawia się w serii Samotny wilk i szczenię2.

W tym społecznym przeciąganiu liny istnieje dodatkowo czynnik kontrolny – prasa reprezentowana przez dziennikarza Takafumiego Kōsakę (Shidō Nakamura II). Jednak reporter dba przede wszystkim o własne interesy, pomagając wymiarowi prawa, tylko jeśli zyskuje coś w zamian, a częściej cynicznie grając na dwa fronty, byle mieć o czym pisać. Wie jednocześnie, jaką siłę ma opinia publiczna, stara się zatem tak manewrować między obiema stronami konfliktu, by w razie czego czmychnąć w bezpiecznie miejsce.

Ostatnia krew wilków

Portret społeczeństwa, jaki malują twórcy, jest więc z gruntu pesymistyczny: przemoc zespala się w nim z hierarchią społeczną i zawodową, a rozdźwięk między pozycją faktycznie posiadaną a tą pożądaną rodzi frustrację, którą rozładować można na dwa sposoby: poza istniejącym systemem (ryzykując reperkusje nakładane ze skutecznością zależną od jego kondycji) lub w jego ramach (a raczej w szarej strefie nadużyć otoczonych okazjonalnym pokrzykiwaniem, a częściej ciszą, wstydem, odwracaniem wzroku).

Obok takich całkiem poważnych refleksji znajduje się w Ostatniej krwi wilków sporo miejsca na rozrywkę: staromodną, szczerą i bezkompromisową. W tym aspekcie Shiraishi pokazuje, na co go stać: z wyczuciem dynamizuje ponurą opowieść, a konwencje kina gangsterskiego i policyjnego obudowuje komiksową wrażliwością. Przezwycięża tym samym problemy, z jakimi zmagał się w poprzednich dziełach, czyli nieproporcjonalną budowę poprzez męczące rozwleczenie drugiego aktu (Jedna noc, Krew wilków) czy chaos w finale (Bezimienne ptaki). Ostatnia krew wilków wchodzi na wysokie obroty jeszcze chętniej niż jej poprzednik, zachowując przy tym zarówno żwawość, jak też odpowiedni gatunkowy ciężar. Nieprzewidywalna historia przedstawiona jest klarownie, bez spowalniającego akcję rozwiązywania tajemnic tkwiących w przeszłości protagonistów, za to z fantazją inscenizacyjną: kojące rozmowy odbywają się w przytulnym cieple zachodzącego słońca, a decydującym pojedynkom towarzyszy oberwanie chmury; pstrokate kostiumy i obficie udekorowane wnętrza potęgują wrażenie życia na pokaz, w którym wewnętrzna racja wydostawać się musi na zewnątrz pod postacią krzykliwego ubioru, groźnej intonacji i prowokacyjnych gestów, a różnorodne gadżety przeznaczone są do zadawania bólu.

Ostatnia krew wilków

Seria Krew wilków to autorskie spojrzenie na yakuzę, mocno zakorzenione w historii, ale dalekie od odtwórczej nostalgii. Stanowi swoiste uzupełnienie bardziej realistycznych i stonowanych, skądinąd udanych filmów: Pod otwartym niebem Miwy Nishikawy (NASZA RECENZJA) oraz Yakuza i rodzina Michihito Fujiiego. Shiraishi daje upust swojej sympatii do klasycznego B-klasowego kina gatunkowego: lata 90. stylizuje na lata 70. spod znaku studia Toei, a samą skalą opowieści, okazjonalną narracją z offu i elegancką sekwencją wprowadzającą planszę tytułową składa hołd słynnej serii jitsuroku eiga Jingi naki tatakai i takim reżyserom, jak Kinji Fukasaku, Teruo Ishii czy Sadao Nakajima. Jednocześnie ostatnia dekada XX wieku w ujęciu Shiraishiego jest już świadomie przefiltrowana przez wrażliwość znaną z produkcji ze złotej ery wideo (jap. V-cinema), czyli filmów gokudō takich twórców jak Takashi Miike (Shinjuku autoroo, Shinjuku kuroshakai: Chaina mafia sensō, Jingi naki yabō), Rokurō Mochizuki (Shin kanashiki hittoman, Onibi), Tatsuoki Hosono (Shabu gokudō), Banmei Takahashi (dyptyk Neo chinpira). Natomiast obsadzenie w jednej z ról Rino Katase to nawiązanie do zapoczątkowanej w 1986 roku serii Gokudō no onna-tachi (choć trzeba przyznać, że akurat postacie kobiecie wypadają blado). Zdjęcia, utrzymane w tonacjach złoto-brązowych oraz okazjonalnych zimnych błękitach, ilustrowane są eklektyczną muzyką Gorō Yasukawy, operującą rockowym instrumentarium łączącym psychodeliczną rytmikę z post-punkowym mrokiem.

Po wyśmienitym występie Kōjiego Yakusho, który z nonszalancją zrzucił przykurzony kostium salarymana, wcielając się w rolę niebezpiecznego detektywa bez skrupułów, największe wyzwanie spadło na barki Tōriego Matsuzaki. Na szczęście młody aktor odnalazł się w roli Hioki znakomicie: choć odgrywa postać znacznie bardziej groźną, doświadczoną i pewną siebie niż nieopierzony praktykant w pierwszej części, to nadal pod skorupą ostrego stróża prawa ukrywa się człowiek z krwi i kości, zbudowany ze słabości, wątpliwości, wyrzutów sumienia. Postać Uebayashiego jest już mniej zniuansowana, a ludzkie rysy nadano jej dzięki odpowiedniemu zarysowaniu biografii; tym bardziej udana wydaje się kreacja Ryōheia Suzukiego, tworzącego przekonującą postać zajadłego młodego wilczka. Drugi plan zaludniony jest mocno zarysowanymi postaciami o rodowodzie wyprowadzonym z mangi bądź B-klasowego kina gatunkowego. Prym wiedzie stara gwardia Jinsei-kai: Watafune (Kōtarō Yoshida) oraz Ukaji (Akira Mizoguchi) rozpisani są na pograniczu grozy i szyderstwa; po drugiej stronie barykady warto zwrócić uwagę na role Baijaku Nakamury II (detektyw Seshima) i Kenichiego Takitō (komendant Saga).

Autor Świtu kociaków w kinie gangsterskim odnalazł się wyjątkowo dobrze i wydaje się, że gdyby tylko chciał, mógłby w pojedynkę (z pomocą zdolnego scenarzysty i zapleczem wielkiego studia) zainicjować mały renesans takiej brutalnej rozrywki z solidnym dramaturgicznym fundamentem. Ostatnia krew wilków stanowi ponadto rzadki w japońskiej kinematografii ostatnich lat przykład udanego sequela (w dodatku będącego praktycznie dziełem oryginalnym, skojarzonym z powieścią raczej ze względów marketingowych). Nic dziwnego zatem, że widzowie pragną więcej. Shiraishi przyznaje w wywiadach, że perspektywa powrotu do postaci Hioki jest kusząca. Pozostaje nam cierpliwie czekać.

1 Tytuł polski nadano dość niefortunnie: oryginalnie film nazywa się Korō no chi: Level 2, tytuł anglojęzyczny brzmi Last of the Wolves (Ostatni spośród wilków), co ma znacznie większy sens w odniesieniu do fabuły, a cykl Yūko Yuzuki liczy póki co trzy książki. Możemy zatem spodziewać się kolejnych „ostatnich” krwi wilków.
2 Oprócz serii Samotny wilk i szczenię (1972-1974, reż. Kenji Misumi, Buichi Saitō, Yoshiyuki Kuroda) symbol wilka był już wcześniej łączony z rōninami lub yakuzami (por. Tenpō rokkasen: Yakuza ōkami, 1953, reż. Ryō Hagiwara; Ōkami to buta to ningen, 1964, reż. Kinji Fukasaku; dyptyk Kiba Ōkaminosuke, 1966-1967, reż. Hideo Gosha; Hitori ōkami, 1968, reż. Kazuo Ikehiro; Shussho iwai znany pod anglojęzycznym tytułem The Wolves, 1971, reż. Hideo Gosha; dyptyk Ōkami yakuza, 1972, reż. Ryūichi Takamori i Buichi Saitō).

Wojciech Koczułap
Wojciech Koczułap
Ostatnia krew wilków plakat

Ostatnia krew wilków

Tytuł oryginalny:
Korō no chi: Level 2

Rok: 2021

Kraj produkcji: Japonia

Reżyseria: Kazuya Shiraishi

Występują: Tōri Matsuzaka, Ryōhei Suzuki, Nijirō Murakami i inni

Ocena: 4/5