Własnymi ścieżkami – recenzja filmu „Mikrosiedlisko” – Pięć Smaków

Własnymi ścieżkami – recenzja filmu „Mikrosiedlisko” – Pięć Smaków

W sekcji Parasites organizatorzy Festiwalu Filmowego Pięć Smaków inspirując się fenomenem filmu Bonga John-ho, zgromadzili inne dzieła zgłębiające społeczną problematykę w Korei Południowej. Jednym z filmów z programu, który pochyla się nad przedstawicielami niższych klas i ich perypetiami, a przy tym nie zamienia się w obraz nędzy i rozpaczy oraz osadza ich zmagania w szerszym kontekście, jest Mikrosiedlisko w reżyserii Jeon Go-woon.

Fasadowy dobrobyt wspierany przez czebole i aparat państwowy przesłaniał przez długie lata autentyczne oblicze tego kraju, w rzeczywistości trawionego przez korupcję policji, skandale polityczne, nierówności społeczne, szklany sufit w korporacjach czy rosnące znaczenie sekt religijnych. W ostatnim czasie w kinie koreańskim zaczęły powstawać kolejne obrazy skupione na analizowaniu właśnie tych zagadnień. Nakręcone w 2017 roku Mikrosiedlisko dotyka kilku problemów z długiej listy koreańskich bolączek: fatalnych warunków bytowych najbiedniejszych obywateli wielkich miast, szalejących cen, klasowej pogardy.

Akcja filmu rozpoczyna się pod koniec roku 2014 w Seulu. Bohaterka imieniem Mi-so (po koreańsku „uśmiech”) jest sprzątaczką w domach bardziej majętnych ludzi. Choć na oko nie ma jeszcze trzydziestki, jej grzywka skrzy się już siwizną. By w zupełności nie pokryła się srebrem, dziewczyna regularnie łyka garść leków. Z niewielkiej pensji (dziennie zarabia 45 tys. wonów = ok. 150 zł) stać ją tylko na ciasną klitkę z popsutym ogrzewaniem w marnej dzielnicy. A w końcu musi jej starczyć jeszcze na używki, bez których nie wyobraża sobie życia – papierosy i szklaneczkę whisky wypijaną z nabożeństwem w barze. Jej hobby może wydawać się niektórym dysfunkcyjne czy wręcz patologiczne. Z tych codziennych przyjemności nie może zrezygnować nawet w obliczu noworocznej podwyżki ceny papierosów (z 2500 do 4500 wonów za paczkę) zbiegającej się ze wzrostem czynszu mieszkania. Mi-so pakuje cały dobytek do walizki i opuszcza dotychczasowe lokum. Staje się de facto bezdomna, ale i tak nadal pali jak smok i nie odmawia sobie codziennego łyczka złotego trunku.

Skoro została bez dachu nad głową, może zatem zatrzymałaby się u swojego chłopaka? No niestety, nic z tych rzeczy. Młodszy od niej Han-Sol to mieszkający w akademiku student, którego pasją jest rysowanie manhwy (czyli koreańskiego komiksu) i wojskowość. Mi-so już podczas wyprowadzki wpada na inny koncept. Niczym bohaterka Happy Old Year Nawapola Thamrongrattanarita przegląda zakurzone pamiątki, a pośród nich znajduje zdjęcie z okresu studenckiego, gdy grała z przyjaciółmi w zespole muzycznym. Czy w jej głowie rodzi się już wtedy plan, by przekimać, choćby na podłodze, po kolei u każdego z nich? A może jednak liczy, że już pierwsza osoba przygarnie ją do siebie na dłużej? Reżyserka nie odpowie nam nigdy na te pytania, ale szybko domyślamy się, że traktuje wizyty protagonistki w pięciu różnych domach jako swoisty przegląd społeczeństwa koreańskiego.

Mikrosiedlisko

Podobnie jak Agnès Varda w Bez dachu i praw (NASZA ANALIZA), także koreańska twórczyni używa swojej bohaterki niczym papierka lakmusowego. W odróżnieniu od protagonistki nagrodzonego Złotym Lwem filmu, bezimiennej kloszardki spotykającej na drodze zupełnie obcych ludzi, Mi-so odwiedza jednak osoby dobrze sobie znane i zaprzyjaźnione. Więzy co prawda osłabły, nie widziała się z kompanami z kapeli od wielu lat, ale liczy, że dawna zażyłość ich jakoś połączy. Jej wyprawa po Seulu nie ma znamion niebezpiecznej ekspedycji, raczej przypomina podróż do przeszłości czy terapeutyczny seans.

Jeon Go-woon już na wstępnie ukazuje nam pewną dość niepojętą dla nas, z uwagi na kulturową odmienność, czynność. Otóż nasza bohaterka wpraszając się do kolejnych domostw nie przychodzi z pustymi rękami, każdemu z gospodarzy wręcza wytłaczankę jajek. Ten podarek to nie tylko wkupne i miły gest od gościa, ale rodzaj tradycyjnego układu towarzyskiego w Korei Południowej. Mi-so darowując upominek ma prawo oczekiwać odwzajemnienia tego gestu w postaci przysługi bądź prezentu.

Podróż bohaterki wiedzie przez różne domy, co skutkuje efektem kontrastu jeszcze ciekawszym niż w Parasite Bonga John-ho (NASZA RECENZJA). Reżyserka przeciwstawia ruderę, w jakiej mieszka początkowo Mi-so oraz jeszcze szpetniejsze lokacje, które później bezskutecznie próbuje wynająć, tym siedliskom, do których puka w potrzebie. Do jednego z nich nigdy nie dociera, bo pierwsza z koleżanek (w zespole grała na gitarze basowej) to zafiksowana na karierę korpo-szczurzyca, niemająca czasu na nic poza pracą – za dobroczynność nie dostaje się przecież awansu. W drugim domu widzimy typowy koreański układ: kumpela (dawniej grająca na klawiszach) żyje pod jednym dachem z mężem oraz (tak jak nakazuje koreańska tradycja w przypadku najstarszego syna) jego rodzicami. Jest tam ciasno i panują konserwatywne relacje, a ona pełni rolę niewolnicy dla reszty domowników. Przystanek numer trzy to przytulne i nowoczesne trzypokojowe mieszkanie, w którym mieszka dawny perkusista, dziś pracujący w usługach. W tym domostwie panuje jednak okropny bałagan. Walające się na podłodze opakowania po ramyunach i innych daniach błyskawicznych odzwierciedlają zagubienie i pustkę w życiu tego samotnego obecnie mężczyzny, który dopiero co rozstał się, po krótkim małżeństwie, z żoną.

W domu czwartym Mi-so sama staje się celem matrymonialnej pułapki. Mieszka tu bowiem inny kolega (wokalista), który nadal, ku rozpaczy rodziców, nie znalazł sobie odpowiedniej partii. To lokum to dostatnia przystań, gdzie już na starcie kobieta zostaje podjęta wielką ucztą i przyjęta z (przesadną) życzliwością  – nikt tu nie ukrywa, że nie wchodzi w rachubę tymczasowy pobyt, to są gody, które mają się skończyć dla Mi-so zamknięciem w złotej klatce. Reżyserka podkreśla tę sceny dozą groteski, grozy i cringe’u. Piątą i ostatnią wizytą jest ta w gigantycznym apartamencie, który z bogatym mężem zajmuje ex-gitarzystka. Niby żyje jak księżniczka, ma służbę, bogate wnętrza, taras z zapierającym dech widokiem na Seul, niedawno urodziła też dziecko, ale to być może ona jest najmniej swobodna i zdolna do współczucia. Pod żadnym z tych adresów bohaterka nie odnajduje modelu, jaki by ją zadowolił, każdy ma jakieś wady i wymaga postępowania w ramach społecznych ram, pewnej elastyczności czy wręcz uległości. Mi-so swoją decyzją o bezdomności za cenę zachowania dotychczasowego stylu życia wyraża sprzeciw wobec konwenansów, w tej dysfunkcji widzi metodę na przetrwanie. W buncie względem koreańskiej tradycji jej orężem są używki – papierosy i whisky.

Mikrosiedlisko

W Korei Południowej zwyczajowo uważało się palące kobiety za damy lekkich obyczajów, choć stereotyp ten powoli umiera, to jednak wciąż według statystyk Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju współczynnik palących obywateli płci męskiej jest największy ze wszystkich krajów, a wśród płci żeńskiej – najmniejszy. Dane te są najprawdopodobniej w przypadku kobiet niedoszacowane, bo wciąż używanie wyrobów tytoniowych przez Koreanki jest stygmatyzujące i wiele z nich ukrywa ten fakt. Potwierdziły to zresztą badania dokonane z pomocą metod stężenia kotyniny w moczu (UCC), z których wynika, że wskaźnik palących kobiet jest dwa razy wyższy niż ten deklarowany. W Mikrosiedlisku jedna z koleżanek Mi-so nie tylko dziwi się, że ona tak otwarcie przyznaje się do nałogu, ale też nerwowo reaguje, gdy pada pytanie, czy jej się nie zdarza zrobić sobie przerwy na dymka. Tymczasem w innej sytuacji, w domu wokalisty przywilej palenia „w każdym zakątku” zostaje ukazany jako następna pętla na szyi dziewczyny postrzeganej przez gospodarzy jako przyszła synowa.

Warto zwrócić też uwagę na alkoholową fascynację Mi-so i kontekst kulturowy, jaki się z nim wiąże. Zgodnie z zasadami konfucjanizmu picie napojów wyskokowych jest przeznaczone wyłącznie dla mężczyzn. Niegdyś istniała instytucja tzw. „jik-up yeosung”, czyli dosłownie: „kobiet, które zarabiają pieniądze, zabawiając mężczyzn na przyjęciu z alkoholem”. Choć zawód tej wysoko opłacanej hostessy nadal istnieje, to obecnie także kobiety mogą bez przeszkód pić, nie narażając się na społeczne odium. Według statystyk zebranych w pracy Women’s Alcohol Use and Alcoholism in Korea przez Kim Woo-soo z uniwersytetu w Buffalo i Kim Sung-jae z uniwersytetu w Seulu spożycie trunków wzrosło prawie dwukrotnie (1993 – 33%, 2001 – 59,5%). Ich badania udowadniają też, że większość młodych studiujących Koreanek sięga po tę używkę, czynią to też te z nich, które pracują w korporacjach i muszą uczestniczyć w libacjach z powodów zawodowych, ale już wraz z wyjściem za mąż i urodzeniem pierwszego dziecka w większości oficjalnie rezygnują z podobnych uciech – co jednak nie znaczy, że nie piją po kryjomu, gdy zostają same.

Mi-so jest dość wyjątkowym przypadkiem, bo nie tylko nie jest już w wieku studenckim, ani nie sięga po kieliszek w biznesowych celach, ale też chodzi do baru sama i spożywa whisky publicznie, bez żadnego wstydu. Nasuwa to rzecz jasna też inną kwestię – mianowicie to, że wizyty protagonistki mające charakter cykliczny mogą sugerować początkową fazę alkoholizmu. Z drugiej strony wydaje się to modelowym przykładem niezależności Mi-so, czymś, co jest oddechem od trudnych warunków materialnych, odpoczynku po całodziennym znoju w kiepsko opłacalnej pracy, czymś, co ją chroni przed totalnym upadkiem i szaleństwem. Tam, gdzie lekarz zobaczyłby przypadek kliniczny i skierowałby pacjentkę na obserwację, ktoś inny może dostrzec jedyną szansę na zdrowy rozsądek i utrzymanie się na powierzchni. Bohaterka samym doborem trunku wysyła także buńczuczny sygnał do reszty społeczeństwa, znak, że nie chce żyć według zastanych reguł. Nie pija bowiem soju czy wina ryżowego, ale sięga po kojarzącego się raczej z kulturą zachodnią, whisky.

Andrzej Badek z Filmawki sugerował odczytywanie Mikrosiedliska jako koreańskiego wcielenia Opowieści wigilijnej. Jeśli odnosić powieść Charlesa Dickensa do treści filmu Jeon Go-woon to Mi-so pełni tu raczej rolę duchów, które obudziły humanistyczne odruchy w skąpcu Ebenezerze Scrooge’u. Wszak to ona wędruje od domu do domu swych dawnych przyjaciół, szukając schronienia, ale nie zmieniając swego światopoglądu. Oni natomiast na skutek spotkania z nią mniej lub bardziej zaczynają się zastanawiać nad dotychczasową egzystencją. Bo czy Ci ludzie są rzeczywiście spełnieni i szczęśliwi, czy może po prostu robią złą minę do złej gry, bo inaczej nie da rady w obecnym układzie. Czy Gitara basowa odnajduje się rzeczywiście w wyścigu szczurów? Czy Klawisze na pewno chce dalej usługiwać teściom i mężowi? Czy zapijając w soju smutki po rozwodzie Perkusja nie marnuje sobie życia? Czy Wokal mógłby uciec od rodziców i poszukać żony mniej inwazyjnie? Czy zupełne skrępowana przez małżonka Gitara może uwolnić się spod jego kurateli? Reżyserka zostawia wszystkim postaciom furtkę do refleksji i do zmiany, czyli dokładnie do tego, na co zdecydowała się Mi-so. Choć jej przykład wydaje się z perspektywy naszych ciepłych mieszkań bardzo jaskrawy i radykalny to dzięki niemu dokonał się szalenie interesujący eksperyment społeczny, który po seansie wywołuje wielogodzinne dyskusje i  rozmyślania.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
Mikrosiedlisko plakat

Mikrosiedlisko

Tytuł oryginalny: „So-gong-nyeo”

Rok: 2017

Gatunek: dramat

Kraj produkcji: Korea Południowa

Reżyseria: Jeon Go-woon

Występują: Esom, Jae-hong Ahn, Duk-moon Choi i inni

Ocena: 4/5