Underground – recenzja filmu „Parasite”

Underground – recenzja filmu „Parasite”

Choć powszechnie uważa się, że pasożyty stanowią element wrogi dla środowiska, to istnieją teorie, które przypisują im ogromną rolę w procesie ewolucji i kształtowania życia na Ziemi. Naukowcy nadal badają manipulacyjne wpływy szkodnika na żywiciela i ich wzajemne zależności. W “Parasite” parazytologiem jest Bong Joon-ho, a ekosystemem rozwarstwiona społecznie Korea Południowa. Choć w gruncie rzeczy to historia wyjątkowo uniwersalna, wszak pasożytnictwo występuje pod każdą szerokością geograficzną. Pytanie tylko, kogo możemy uznać za owego szkodnika?

Pierwsze sceny wskazują na rodzinę Kimów, nie bez kozery nazwanej najpopularniejszym koreańskim nazwiskiem. Reprezentują oni niziny społeczne w sensie dosłownym. Mieszkają w ciasnej suterenie, gdzie podstawowym oknem na świat jest kradziony od sąsiadów sygnał Wi-Fi, a to prawdziwe z rzadka skupiające promienie słoneczne, stało się toaletą dla lokalnych obszczymurków. Po powierzchownym zapoznaniu bohaterów można mieć wrażenie, że oglądamy azjatycką wariację na temat “Świata według Kiepskich”. Bohaterowie jawią się jako oportuniści, którym wrodzone kombinatorstwo nie pozwala zająć się “uczciwą pracą”. Ale czy tak naprawdę mieli kiedykolwiek szansę takową podjąć?  W końcu patrząc z góry, ludzie zawsze wydają się mniejsi niż w rzeczywistości. Osobą, która jako pierwsza wyciąga pomocną dłoń, jest kolega ich syna. Proponuje, żeby Ki-woo zastąpił go w roli korepetytora języka angielskiego, ucząc licealistkę Da-hye, córkę wyjątkowo zamożnej rodziny Parków (kolejne często występujące nazwisko). Okazuje się, że o dziwo posiada on odpowiednie umiejętności, a brak kwalifikacji załatwi talent jego siostry Ki-jung do fałszowania dokumentów. Chłopak szybko zdobywa zaufanie i sympatię przemiłej, lecz naiwnej Pani domu, co pozwala mu wkrótce zarzucić sieć manipulacji i w rezultacie podstępem nakłonić do zatrudnienia kolejnych członków rodziny.  

Choć początkowo nic nie wskazuje na konflikt, a Kimowie szybko owijają sobie Parków wokół palca, Bong nie byłby sobą, gdyby nie postanowił dość przewrotnie przerwać tej sielanki. Więcej nie zdradzę, choćby ze względu na prośbę padającą z ust samego reżysera, wyświetloną przed kinowym seansem. Fascynujący jest jednak fakt, że “Parasite” z wielką płynnością przechodzi od komedii obyczajowej z elementami heist movie, stopniowo nasycanej coraz czarniejszym humorem, do trzymającego w napięciu thrillera. Choć entuzjaści nowego kina koreańskiego powinni być do takich hybryd przyzwyczajeni (wystarczy wspomnieć chociażby “Lament” Na Hong-jina), to dla sporej części widzów sprawna żonglerka tonacjami może stanowić pewne nowum. Choć film u swoich podstaw jest przede wszystkim świetnie zrealizowanym kinem rozrywkowym, wpisuje się w ogólnoświatową tendencję, żeby pod gatunkowym kostiumem ukryć palące społeczne kwestie, co niedawno zrobił też Lee Chang-dong, opakowując je w kryminalną intrygę, w jednak znacznie bardziej wyciszonych “Płomieniach”. Pod tym względem bliski perfekcji był też niedawno Jordan Peele, który w filmie “To my” za pomocą horrorowych środków wyrazu ukazał wykluczonych jako żyjące pod ziemią ofiary nieudanego eksperymentu. 

Bong stosuje podobną analogię, a w przeciwieństwie do “Snowpiercera”, w którym pociąg był alegorią społeczeństwa, w “Parasite” to wertykalizm jest jego ulubioną kompozycyjną zasadą. Większość akcji filmu ma miejsce w domu rodziny bogaczy, który wyraźnie dzieli się na trzy kondygnacje – piwnicę, parter i piętro. Każda symbolizuje różne szczeble hierarchii, a bohaterowie wyjątkowo często korzystają ze schodów. Nawet sama posiadłość Parków leży w górnej części miasta, podczas gdy, żeby dostać się do sutereny Kimów, trzeba pokonać długą drogę w dół, między innymi zejście z wiaduktu. Jak twierdzi reżyser, pomysł ze schodami został zaczerpnięty m.in. ze słynnej “Pokojówki” Kim Ki-younga, (która została na naszych łamach szczegółowo zanalizowana TUTAJ). Widać też różnice w kadrowaniu wnętrz. U Kimów pomieszczenia są ciasne i zagracone, za to w długich ujęciach minimalistycznie urządzonej posiadłości zastosowano szerokokątne obiektywy potęgujące wrażenie otwartej przestrzeni.

Interesująca jest sprawa kamienia, który Ki-woo dostał w prezencie na początku filmu. Ze wszystkich członków rodziny to właśnie chłopak jest największym optymistą i święcie wierzy w awans społeczny, a jego talizmanem ma być minerał przypominający jaspis pejzażowy. W litoterapii przypisuje mu się właściwości wzmacniające dążenie do celu, upór oraz wytrwałość i poleca przedsiębiorcom. Być może kamień symbolizuje determinację i dążenie do zmiany statusu całej jego familii. W tej interpretacji totemem Parków mogłaby być woda, nad którą zdają się panować. W przeciwieństwie do Kimów, na których deszcz spada niczym kara boska i oznacza kłopoty, bogacze zawsze znajdą sposób, żeby się przed nim schronić. Jako klasa uprzywilejowana są w stanie ujarzmić żywioł, przechowując go w dużych ilościach w lodówce.

Zdobywca tegorocznej Złotej Palmy właściwie od początku kariery uczulony był na społeczną niesprawiedliwość. Jednak o ile zrealizowane w koprodukcji z Hollywood “Snowpiercer: Arka przyszłości” i “Okja” nie grzeszyły subtelnością w ocenie moralnej bohaterów, tak w “Parasite” reżyser wraca do niejednoznaczności z czasów “Zagadki zbrodni” lub “Matki”. Choć sumienie wszystkich postaci jest w mniejszym bądź większym stopniu obciążone, każdy z nich poniekąd zasługuje na współczucie, czy sympatię. 

Pani Park, choć nad wyraz uprzejma, jest małostkowa i bezmyślnie zapatrzona w USA, co objawia się m.in. nieudolnymi wtrąceniami angielskich fraz w wypowiedzi, czy gloryfikowaniem zachodnich imion (Ki-woo i Ki-jung to dla niej odpowiednio Kevin i Jessica). Wydaje się też bezwzględnie podporządkowana swojemu zafiksowanemu na pracy mężowi, który podejrzanie unika jednoznacznej odpowiedzi zapytany o uczucia względem żony. Oboje, choć pozornie szanują swoich wieloletnich pracowników, nie omieszkają pozbawić ich pracy wyłącznie na podstawie poszlak o rzekomych przewinieniach. Odklejeni od rzeczywistości, skoncentrowani na sobie, nie zdają sobie sprawy, że prawdziwą panią domu jest u nich gosposia. Klasizm z ich strony jest podskórny, sprowadza się do małych gestów i rzuconych mimochodem niestosownych komentarzy. Przewrotnie, właśnie ich można określić pasożytami, jeśli uznamy, że wszystko, co mają zawdzięczają bogatemu urodzeniu, a bez ciężkiej pracy podwładnych nie byliby w stanie nawet zająć się domem. Problem w tym, że niekoniecznie sami są temu winni. 

Kimowie natomiast, choć regularnie działają poza prawem, a poszanowanie cudzej własności mają za nic, mogą polegać na sobie nawzajem, niczym tytułowe “Złodziejaszki” z filmu Hirokazu Koreedy. Być może płynięcie z prądem i oportunizm są jedynymi sposobami, aby nie utonąć. Jak mówi ojciec rodziny, Ki-taek: brak planu na życie pomaga uniknąć rozczarowań. A co, jeśli obie strony są tu ofiarami, a wszystkiemu winny jest system pogłębiający klasowe podziały. Jednych skazuje na hiperpasożytnictwo, ostracyzm oraz życie pod powierzchnią jak karaluchy żerujące na resztkach z pańskiego stołu, a drugich zamykający we własnej bańce. Tragizm sytuacji polega na tym, że choć wzajemnie zależni, stanowią dwa odrębne światy. 

Największą siłą filmu jest zaś fakt, że Bong mówi o tym wszystkim z nadzwyczajną lekkością i sprawnością gatunkową. W momencie, kiedy piszę te słowa, obraz już okazał się frekwencyjnym hitem. Trudno się dziwić, jest bowiem najbardziej przystępną dystrybuowaną w Polsce azjatycką produkcją od czasu “Oldboya”. Nieistotne, czy w “Parasite” bardziej trafią do Was niezaprzeczalne walory rozrywkowe, czy społeczna diagnoza. Po prostu trzeba go zobaczyć.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny
Parasite

Parasite

Tytuł oryginalny: „Gisaengchung”

Rok: 2019

Gatunek: komedia, dramat, thriller

Kraj produkcji: Korea Południowa

Reżyser: Bong Joon-ho

Występują: Song Kang-ho, Lee Sun-kyun, Jo Yeo-jeong  i inni

Dystrybucja: Gutek Film

Ocena: 4,5/5