Na krańcu Europy – recenzja filmu „Tranzyt”

Na krańcu Europy – recenzja filmu „Tranzyt”

Christian Petzold, autor “Barbary” i “Feniksa”, nie bierze jeńców. Na festiwal w Berlinie przyjechał z filmem o ucieczce przed nazistowską obławą z melodramatem w tle, który jednocześnie stanowi komentarz do napiętej sytuacji migracyjnej w Europie. W dodatku, o zgrozo, posłużył się anachronizmem przenosząc wydarzenia z II wojny światowej do naszych czasów, a całość osadził w tyglu narodów, czyli portowej Marsylii. Czy Niemcowi udało się pożenić z sukcesem wiele estetyk i porządków czasowych?

Wydarzenia z filmu luźno oparto na powieści niemieckiej pisarki Anny Seghers o tym samym tytule. Znana działaczka lewicowa (przez lata przewodnicząca Związku Literatów NRD) sama odbyła niegdyś podobną podróż co bohater. Uciekając z Paryża przed nazistami, zbiegła do Marsylii, by potem udać się w długi rejs do Meksyku. Tam założyła zresztą antyfaszystowską organizację Heinrich-Heine-Klub i wydawała gazetę Freies Deutschland. Jeszcze podczas wojny w Hollywood Fred Zinnemann nakręcił adaptację jej najbardziej znanej książki, czyli “Siódmego krzyża”. Stanowiła ona jeden z kamieni milowych wiedzy o niemieckich obozach zagłady w kulturze popularnej.

Na kartach “Tranzytu” Seghers, a w ślad za nią Petzold, odmalowała mniej dramatyczną, ale dojmującą historię, w której niepoślednią rolę odegrały jej własne doświadczenia z okresu II wojny światowej. Psikus adaptacji niemieckiego reżysera zbudowany jest jednak na anachronizmie. Przenosi on bowiem wydarzenia opisane w książce do obecnej rzeczywistości, uzyskując w ten sposób zderzenie dwóch tragedii. Tułaczka i prześladowania Żydów zostają więc porównane z gorzkim losem uchodźców we współczesnej Europie. Bardziej od historycznych faktów interesuje się prawdą psychologiczną, doświadczeniem wygnania i beznadziei.     

Georg – główny bohater i narrator (w filmie zostaje ograbiony z tej drugiej funkcji) – musi zbiec z zajmowanego właśnie przez Wehrmacht Paryża. Możemy tylko się domyślić, bo nie pada to nigdy z ekranu, czemu przytulne schronienie we francuskiej stolicy przestaje być bezpieczne. Najpewniej jest on niemieckim Żydem, który wyemigrował do Francji po dojściu do władzy Hitlera i jego popleczników. Zatem spotkał go podobny los jak Ravica z “Łuku triumfalnego” Ericha Marii Remarque’a, innego wygnańca, którego dopadły demony przeszłości. Dla takich nieszczęśliwców nigdy nie ma ratunku, ale i tak podejmują próbę ucieczki, zmiany swego losu, walki do końca.

Georg (znany z “Happy Endu” i “Victorii” Franz Rogowski) czmycha więc na południe Francji, na tereny zajmowane przez świeżo utworzoną Republikę Vichy (marionetkowy rząd zależny od III Rzeszy). Wsiada z rannym przyjacielem Heinzem do jadącego do Marsylii pociągu (skojarzenia z bydlęcymi wagonami są oczywiste, choć dla nich oznaczają akurat swobodę), a za pazuchą wiezie papiery, które mogą nieoczekiwanie dać mu drugą szansę. Ukryty tam pakiet to własność pisarza Weidla, jego niedokończona powieść oraz listy od żony i od konsula Meksyku z obietnicą wizy. Literat popełnił właśnie samobójstwo, więc i kobieta, i bilet do raju są przynajmniej teoretycznie w zasięgu posłańca.

Marsylia – wielki port, który oznaczać może zarówno wolność, utożsamiana z ucieczką z pogrążonej przez wojnę Europy, ale też ze swoistą Wieżą Babel stworzoną tutaj po II wojnie światowej (odsetek ludności z byłych kolonii w Afryce jest tu największy we Francji, a aż ⅓ mieszkańców wyznaje islam). Z tych samych powodów jawić się może jako przedsionek piekła. Współcześnie tysiące uchodźców dobija się do  bram dostatniej Unii Europejskiej – każdy, kto próbuje dostać się na kontynent, igra z ogniem. Gros utonie podczas piekielnie męczącej i niebezpiecznej przeprawy przez Morze Śródziemne (do tego także nawiązuje Petzold), inni zostaną złapani przez żandarmów i celników, by trafić do obozów, z których zazwyczaj z wilczym biletem zostaną odesłani do swoich ojczyzn. Zaledwie odsetek z nich będzie miał takie szczęście jak bohater “Eden jest na zachodzie” Costy-Gavrasa, by spróbować swoich sił na francuskiej ziemi.

Czystki, o jakich wspominają kilkukrotnie bohaterowie, to wydarzenia historycznie. Obławy na ludność żydowską władze Francji Vichy podejmowały bez przymusu ze strony niemieckiego okupanta. Najsłynniejszym aresztowaniem na masową skalę była akcja Vel d’Hiv, podczas której 9 tysięcy funkcjonariuszy aresztowało przeszło 13 tysięcy Żydów, a za gigantyczny areszt posłużył nieistniejący już Vélodrome d’Hiver, czyli kryty tor kolarski. Protagonista nie ma zatem czasu do stracenia, siepacze utożsamiani w filmie z uzbrojonymi po zęby siłami specjalnymi policji są coraz bliżej wybrzeża. W wyniku qui pro quo zostaje uznany za Weidla, tym samym zyskując autentyczną szansę na wyjazd do Meksyku.

Mimo że bilet na statek czeka, nikt Georgowi nie poda reszty na złotej tacy. Poznaje na własnej skórze uroki biurokracji, tony formularzy, wielogodzinnych kolejek, zatęchłych poczekalni zaludnionych przez ludzi pokroju podróżującego do Caracas dyrygenta czy opiekunki rasowych psów. Podczas batalii o wizy tranzytowe mężczyzna spotyka żonę Weidla, Marie (idealnie pasująca do roli Paula Beer, niedawno nosiła żałobę po “Frantzu” u François Ozona). Kobieta wyczekuje wieści, promyczka nadziei, że mąż do niej wróci. Jednocześnie pozostaje w miłosnej relacji z lekarzem Richardem i nie omieszka zamącić w głowie przybyszowi. Nie dziwota, że mając takie widoki nasz bohater bez większych skrupułów wchodzi w skórę zmarłego literata. Korzysta z jego pieniędzy (sceny pałaszowania pizzy neapolitańskiej i raczenia się winkiem kontrastują z jego pustym brzuchem i portfelem z początku), wpływów i koneksji, a wobec ślicznej wdowy ma poważne plany.

Trzeba oddać Christianowi Petzoldowi, że nie boi się ryzykować. Miesza przynajmniej dwa porządki czasowe – drugowojenną zawieruchę oraz współczesne podminowanie kwestiami terroryzmu i migracji. Potrafi znienacka wrzucić do dialogów “Świt żywych trupów” George’a A. Romero, gdzie – przypomnę – zombie szturmowały supermarket, by zakpić z konsumpcjonizmu naszych czasów. W nieco doklejonym, nazbyt słodkim wątku, w którym Georg wykazuje zainteresowanie rodziną Heinza, jego żona okazuje się być pochodzenia arabskiego, a ich synek dzięki międzynarodowemu językowi futbolu, umie pochwalić niemieckich golkiperów i kojarzy Borussię Dortmund.

Eklektyczna struktura i pojemna metafora, dzięki której udaje się Niemcowi dostrzec paralele losu Żydów i uchodźców, ma także swoje minusy. Z całą pewnością dyskomfort poznawczy może spowodować fakt, że wydarzenia, jakie widzimy na ekranie, zostają pozbawione kostiumu historycznego. W moim odczuciu wzmacnia to tylko wymiar uniwersalny poruszanego zagadnienia, ale wierzę, że ten element może być trudny do przełknięcia. Chwilami przeszkadza też to, że mimo wprowadzenia wielojęzyczności, nagle wszyscy urzędnicy w konsulatach w południowej Francji używają języka niemieckiego. Zabiegiem, który osobiście mnie ubódł, jest nadużywany komentarz z offu. Im dalej w las, Petzold coraz więcej ratuje się słowem zamiast operować obrazem, zamiast wierzyć w inteligencję widza dopowiada niuanse. W dodatku zmienia osobę, która jest narratorem (zobaczycie sami). Widać literacki pierwowzór mocno ciążył autorowi “Barbary”.

Niemiecki reżyser porusza wiele kwestii, chwilami gubiąc się przez ich mnogość.  Przewodnim wątkiem, tak jak w nagrodzonym w San Sebastián “Feniksie”, pozostaje jednak tożsamość. W pierwszych minutach Georg wydaje się “człowiekiem bez właściwości”, przezroczystym, nijakim. Charakterystyczne, że nic o nim nie wiemy, niby ma ciągoty technologiczne, mówi nawet, że za oceanem będzie serwisantem RTV, ale nie musiał się przed wojną tym parać. Podobnie jak Don Draper (czy właściwie Dick Whitman) wskakuje na wyższy pułap dzięki czyjejś krzywdzie, ale sam jej nie powoduje. Podobnie jak geniusz reklamy z serialu “Mad Men” potrafi po prostu poprzez mistyfikację odmienić swój los. Jest osobą, która korzysta z szansy, pomaga szczęściu, wyraża siebie poprzez działanie. Petzold nie byłby sobą, gdyby mimochodem nie rzucił w kierunku protagonisty oskarżenia o to, czy nie jest jednym z tych, którzy zarabiają na przewozie uchodźców, a rozszerzając kontekst o drugi okres historyczny – czy nie jest szmalcownikiem? Właśnie z tą ponurą konstatacją nas pozostawia…

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
Tranzyt plakat

Tranzyt


Rok: 2018

Gatunek: Dramat

Reżyser: Christian Petzold

Występują: Franz Rogowski, Paula Beer i inni

Ocena: 3/5