Życie jest gdzie indziej – recenzja filmu „Najgorsze wiersze świata” – Wiosna Filmów 2020

Życie jest gdzie indziej – recenzja filmu „Najgorsze wiersze świata” – Wiosna Filmów 2020

W opinii Milana Kundery, poezja to taka nieopierzona, infantylna siostra prozy — zamiast widzieć język jako medium pozwalające wyrazić zawiłości rzeczywistości społecznej, liryka kłania się ku jego warstwie estetycznej, zainteresowana głównie samą sobą i swoim podmiotem czującym. Pisał o „wieku lirycznym”, czyli tej głupiej, irracjonalnej młodości, gdy wydaje nam się, że nasze pierwsze rozczarowanie miłosne jest przeżyciem na tyle wyjątkowym i głębokim, że zasługuje tylko na wysoce patetyczne rejestry i nie zrozumie go byle kto. Bohaterowie filmów Gábora Reisza, choć podchodzą pod trzydziestkę, chyba nigdy do końca z tego etapu nie wyrośli.

Jego „Sens życia oraz jego brak” sprzed kilku lat, choć oszczędniejszy w narracyjną dezynwolturę od obrazu pokazywanego na tegorocznej Wiośnie Filmów, opowiadał bliźniaczo podobną historię. Mężczyzna tak daleki od archetypu macho, jak to tylko możliwe, którego przerasta codzienność, zostaje rzucony przez dziewczynę i dlatego postanawia zmienić otoczenie z nadzieją, że tęsknota nie dosięgnie go na drugim końcu Europy. W „Najgorszych wierszach świata” Lizbonę zastępuję Paryż, ale nie jest on tym razem mekką nieporadnego bohatera, a właśnie miejscem, od którego ucieka, z powrotem do „matczynego łona” — do historycznie pamiętliwego Budapesztu, do złorzeczącego na przybyszów znad Bosforu, konserwatywnego ojca.

Nie jest to jednak, w żadnym wypadku, panorama nastrojów społecznych orbanowskich Węgier, choć elementy satyry na zaściankowość też się tu znajdą. Film skupia się przede wszystkim na życiu wewnętrznym (lirycznym?) Tamása (granego przez samego reżysera, oraz trzech innych aktorów w jego dziecięcych „wersjach”), który właśnie zaczyna pracę w dziale marketingowym dużego dystrybutora mięsa drobiowego. Jakkolwiek z pozoru mało to twórcze i spektakularne zajęcie, jest to dla niego jakiś krok naprzód, w stosunku do łóżka z palet i cugu mentalnego samobiczowania po rozstaniu — pewna stabilność. Stabilna, uporządkowana, nudna egzystencja to jednak ostatnie, czego by pragnął dawny Tamás, a właściwie dawni Tamásowie. Tamás-pływak, Tamás-grungowiec, Tamás-poeta (jakkolwiek marny) — to przez nich sądzony jest współczesny Tamás, człowiek bez właściwości, w którym niewiele już pozostało romantycznych rozchwiań i outsiderskiej, rimbaudowskiej duszy. Czy ten chłopiec z początku filmu, który z takim zaangażowaniem lip-syncował „Dziewczynę o perłowych włosach” z latarką zastępującą mikrofon, odszedł bezpowrotnie?

Główny temat filmu, czyli bałagan, jaki ma w głowie bohater, nierozerwalnie łączy się z jego formą. Już pierwsze sceny bezbłędnie ustanawiają słodko-gorzką tonację. Montażowa sekwencja, w której bohater przeskakuje po wspomnieniach z nieudanego związku, próbując odgadnąć, co poszło nie tak (moim zdaniem to musiała być randka na „Szatańskim tangu” Tarra), przypomina „Zakochanego bez pamięci” Michela Gondry’ego puszczonego na przyspieszeniu. Skojarzenia z hipsterskimi komediami romantycznymi czy nawet Wesem Andersonem, będą powracać nieustannie. Przeszłość niepostrzeżenie wkrada się, kontaminuje teraźniejszość i vice versa. Szara rzeczywistość przyjmuje surrealistycznego kopa, powaga ustępuje miejsca grotesce, wzniosłość śmieszności, pospolity krajobraz gruntu ornego ilustracji z harlequina, a młodzieńcza fantazja wizualizuje się jako kiczowaty film pornograficzny z lat osiemdziesiątych. I tak dalej.

Reżyser ma więc nieskończenie wiele pomysłów na podkręcanie i wykpiwanie różnorakich konwencji, nie kryjąc wszakże pod tym pastiszowym sznytem nic wybitnie oryginalnego. Przekazy są banalnie proste: spróbuj pozostać wiernym sobie mimo wszystko, nigdy nie zapominaj o swoim wewnętrznym dziecku i rób to, co sprawia ci radość, nawet jeśli kokosów na tym nie zbijesz, a każde ciepłe słowo o wierszach twojego autorstwa („opublikuj to w gazecie!”), może być poprzedzone wizytą w toalecie, bo od tej grafomanii aż się robi niedobrze. Uroczo naiwne lekcje, których zwieńczeniem jest finał, już zupełnie w duchu komedii romantycznej. Wnioski, do których po wtóry dochodzi Reisz, nie będą zapewne dla nikogo satysfakcjonujące, wszystko to gdzieś już widzieliśmy, ale mimo to ciężko jego filmu nie polubić, a na pewno nie sposób się na nim nudzić. To pocieszająca i nieustannie zaskakująca swoją wyobraźnią przejażdżka po meandrach, nieco przedłużonego, wieku lirycznego.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

Najgorsze wiersze świata

Tytuł oryginalny: Rossz versek

Rok: 2018

Gatunek: komediodramat

Kraj produkcji: Węgry

Reżyseria: Gábor Reisz

Występują: Gábor Reisz, Katica Nagy, Zsolt Kovács i inni

Dystrybucja: Aurora Films

Ocena: 3,5/5