Dekonstruowanie mitu – recenzja filmu „Ucieczka na srebrny glob” – MDAG

Dekonstruowanie mitu – recenzja filmu „Ucieczka na srebrny glob” – MDAG

Mająca premierę podczas Millennium Docs Against Gravity Ucieczka na srebrny glob, drugi pełnometrażowy dokument Kuby Mikurdy, odsłania przed widzami kulisy powstawania i próbę zamordowania przez komunistyczny reżim dzieła Andrzeja Żuławskiego. Jednocześnie twórcy nie poprzestają na badaniu samej legendy, ale starają się osadzić opowieść w ramach epoki i odczytać film w kluczu biograficznym, przez pryzmat walki polskiego reżysera z własnymi demonami. Zmontowany przez Izabelę Pająk i Laurę Pawelę materiał pochodził z ponad 300 godzin archiwaliów oraz zebranych przez ostatnie lata wywiadów z członkami ekipy i innymi gośćmi.

W debiucie reżyserskim Love Express. Zaginięcie Waleriana Borowczyka (NASZA RECENZJA) Mikurda postawił sobie za zadanie rozpropagowanie twórczości zapomnianego w swojej ojczyźnie filmowca. Wyszedł z tego dokument tyleż błyskotliwy, dowcipny i niepozbawiony smutku, co jednak skupiony na edukacyjnym walorze i walczący o miejsce dla autora Bestii w panteonie wybitnych polskich reżyserów. W tej krucjacie pomagali Slavoj Žižek, Mark Cousins, Terry Gilliam czy Bertrand Mandico, ich zachwyty i słowne laurki na temat dorobku Boro miały świadczyć o jego wpływie na światowe kino i przywrócić go na grunt narodowy. Był to więc hołd dla wygnanego z Polski Ludowej artysty, który, choć nie chciał mieszkać i tworzyć we Francji, to tam znalazł przyjazne środowisko dla swojej niezwykłej wyobraźni, wchodząc do kanonu i oddziałując na kolejne pokolenia kinofili.

Mikurda w nowym dokumencie, Ucieczce na srebrny glob, obiera diametralnie inną strategię. Niby bohaterem jest znowu ktoś, kto, choć według własnych, licznych wypowiedzi chciał żyć w Polsce i tutaj kręcić filmy, był przez ówczesny aparat państwowy marginalizowany i zmuszony do kolejnych emigracji. Andrzej Żuławski ze swoim paryskim szykiem i wykształceniem, obyciem salonowym, charyzmą i wrodzoną urodą (co podkreślają w filmie Janusz Zaorski i Krzysztof Zanussi), a nawet kupnem Porsche 911, odróżniał się od reszty nadwiślańskiej branży. Asystentura przy filmach Andrzeja Wajdy i znakomity debiut fabularny szły w parze z powodzeniem na niwie prywatnej, związkiem z piękną i utalentowaną Małgorzatą Braunek. Środowisko patrzyło na niego nieufnie, a po Diable (odesłanym na półkę) na ręce zaczęła mu patrzeć również władza. Mając do czynienia z tak barwną osobowością, Mikurda decyduje się na wybór dużo krótszego wycinka wielkiej historii niż w debiucie, gdzie prowadził nas za rękę po filmografii Borowczyka. Na spotkaniu Q&A po premierowym pokazie filmu reżyser stwierdził nawet, że gdyby chcieć przełożyć na ekran losy kinowego żywota Żuławskiego i historii związanych z tworzeniem jego dzieł, ktoś musiałby wyłożyć potężny budżet na serial telewizyjny.

Koncentruje się więc Mikurda na procesie tworzenia Na srebrnym globie, poszerzając jednak konteksty o wymiar polityczny i biograficzny. Choć pierwotny pomysł zakładał opowieść o kręceniu superprodukcji science fiction, w ostatecznej wersji znalazło się dość mało historii z samego planu; choć wybrzmiewa głos kostiumografów, scenografów, producentów i innych trybików tej kolektywnej inicjatywy. Tym samym Ucieczka na srebrny glob stanowi swoiste domknięcie procesu twórczego, który tak brutalnie został przerwany decyzją wiceministra kultury Janusza Wilhelmiego. Ponadto bardzo solidnie osadzono całość w ramach epoki. Reżyser udowadnia, że zatrzymanie filmu Żuławskiego nie było spiskiem, a raczej częścią procesu. Przygląda się nerwowym ruchom partyjnej wierchuszki czy temu jak reagowało na polityczne zawieruchy kino, m.in. Krzysztof Kieślowski upominający się o zainteresowanie autentycznymi problemami społecznymi, a nie ideologiczną fasadą czy Andrzej Wajda w Człowieku z marmuru, jasno pokazujący, że władza straciła mandat zaufania płynący do kolektywu robotniczego.

Ucieczka na srebrny glob

Mikurda zresztą bardzo chętnie buduje paralele między mistrzem, jakim był wówczas dla środowiska Wajda i wchodzącym buńczucznie do tego świata Żuławskim. Dodajmy do tego, że ten ostatni po seansie Kanału zamarzył o karierze reżyserskiej, a później nie tylko asystował autorowi Wesela, ale nawet zaczął ubierać się podobnie do niego i kopiować jego gesty, wyrażenia, maniery. Nie dziwi więc cytat z Wajdowskiego Pokolenia w debiucie Żuławskiego, czyli Trzeciej części nocy. Mikurda zgrabnie zderza oba dzieła na jednym ekranie z pomocą split screenu. Krakowskie ulice, grające Lwów, powracają zresztą chwilę później, gdy reżyser podsuwa nam kolejne porównanie, tym razem z Na srebrnym globie, gdzie zostały one zmienione w Miasto Szernów.

Sam dobór rozmówców, mających przybliżać kulisy powstawania filmu, jest symptomatyczny. Ze znakomitej obsady (której gros tworzyli aktorzy, najlepszego wówczas w kraju, Teatru Starego w Krakowie) zaproszono jedynie Andrzeja Seweryna, tylko dlatego, że w Na srebrnym globie odgrywał postać Marka, w której upatrywano alter ego samego reżysera. Natomiast sporą rolę odgrywają goście niezwiązani bezpośrednio z produkcją: wzmiankowany Zaorski czy Maria Konwicka (córka Tadeusza). Ich wypowiedzi nadają odpowiedniego dystansu, byli to albowiem ludzie, którzy znali Żuławskiego, ale obserwowali sam proces twórczy z daleka; mogący coś dodać w kwestii oczekiwań wobec niedokończonego wówczas dzieła czy uwarunkowań politycznych i towarzyskich.

Być może najważniejszymi „gadającymi głowami” są tu jednak brat Żuławskiego, Mateusz i pierworodny syn reżysera, Xawery. Pierwszy dostarczył przede wszystkim masę nieznanych dotąd archiwaliów z domowej kroniki oraz podzielił się z widzami tym, jak mocno autor Trzeciej części nocy przeżył rozstanie z Małgorzatą Braunek, co miał odreagować w scenariuszu Na srebrnym globie (a potem także w Opętaniu). Xawery, sam przecież zajmujący się reżyserią filmową, więc wiedzący, na czym polega specyfika tej pracy, uzupełnia opowieść przede wszystkim o celne diagnozy na temat życiowych („wyjebiste ego”) i zawodowych postaw rodziciela. Jego szczere wypowiedzi pozwalają rozbroić obraz wielkiego reżysera. W ich świetle Żuławski senior jawi się jako człowiek, który niejako stworzył swój wizerunek, ukuł wiele legend wokół własnej kariery, a ponadto nigdy nie porzucając roli demiurga, jakim był zawsze na planie filmowym, rozdawał role swoim najbliższym: Braunek stała się więc kobietą, która go porzuciła, Xawery – wiernym uczniem (wszak to on nakręcił Mowę ptaków według scenariusza ojca), itd. Andrzej Żuławski był zatem osobą nie idącą na kompromisy, chcącą żyć zawsze po swojemu i, według własnych słów, przekraczającą krawędź, na której jego mistrz Andrzej Wajda potrafił zgrabnie balansować. Nie dziwota, że taka persona musiała wejść w konflikt z nieznoszącym sprzeciwu aparatem państwowym i symbolicznie spłonąć w imię własnej wizji sztuki. 

Ucieczka na srebrny glob

Przystępując do realizacji Na srebrnym globie powracał Żuławski z emigracji z tarczą. Nad Sekwaną bowiem nakręcił Najważniejsze to kochać z Romy Schneider, Fabio Testim i Klausem Kinskim. Obraz ten narobił mnóstwo szumu we Francji i na szeroko pojętym Zachodzie, a ekipa Gierka postanowiła wykorzystać ów rozgłos: kolejne dzieło popularnego rodaka miało pójść już na konto Polski Ludowej. Podobne zakusy czyniono też wobec innego złotego dziecka, czyli Jerzego Skolimowskiego, będącego już po Złotym Niedźwiedziu dla Startu i ciepło przyjętym przez brytyjską krytykę Na samym dnie. W odróżnieniu do autora Diabła, jego kolega po fachu, nie zdecydował się wówczas na powrót i kontynuował karierę na Wyspach.

Jak z pewną przesadą słyszymy w dokumencie, Na srebrnym globie byłoby filmem, który, gdyby został ukończony na czas, a nie na lata zastopowany, wyprzedziłby Gwiezdne wojny (1977). Obraz Polaka nigdy jednak nie grał w podobnej lidze co działające na wyobraźnię milionów widzów dzieło Lucasa, mógłby wręcz stanowić krzywe zwierciadło widowiska z Hollywood. Podczas gdy Amerykanin starał się przywoływać ducha kina przygodowego z lat 30. i 40., połączyć nostalgię za nim z atrakcyjnym kostiumem kosmicznym, Polak opierał się na filozoficznym i religijnym fundamencie zaczerpniętym z Trylogii księżycowej, cyklu powieści fantastycznych napisanych przez jego stryjecznego dziadka Jerzego Żuławskiego. Sam zamysł był o wiele bardziej kunsztowny: 160-minutowe dzieło zostało podzielone na trzy części, każdą z nich nakręcono w innej estetyce odpowiadającej charakterowi danej księgi oryginału (szczegółowo opisał to sam reżyser w ​​Żuławski: wywiad rzeka, który przeprowadził z nim Piotr Kletowski i Piotr Marecki).

Zaproszeni do dokumentu przez Mikurdę rozmówcy sugerowali, że praca na planie Na srebrnym globie stała się nie tylko dla Andrzeja Żuławskiego, ale i całej ekipy, rodzajem wakacji od szarości komuny, przygody, która pozwoliła zapomnieć o pustych sklepach i coraz większej biedzie. A rzeczywiście było to przedsięwzięcie ogromnych rozmiarów: ponad 600 dni zdjęciowych na kilku planach w kraju (m.in. Jastrzębia Góra, kopalnia soli w Wieliczce, Panorama Racławicka we Wrocławiu) i za granicą (m.in. pustynia Gobi w Mongolii, wykuty w skale klasztor w Gruzji). Co prawda gospodarka PRL-u niedomagała w takim stopniu, że nierzadko kręcenie trzeba było przerywać na kilka dni, bo np. nie docierały dekoracje, nie było białej farby albo na Pomorzu były tylko cztery drabiny (a tych potrzebowano do finałowej sceny ukrzyżowania). Niemniej w nakręconym materiale (w sumie 73% zaplanowanego) imponuje rozmach inscenizacyjny, pomysły scenograficzne i kostiumograficzne, maestria operatorska (​​Andrzej J. Jaroszewicz), wizyjna ścieżka dźwiękowa (Andrzej Korzyński), a aktorzy, jak to u twórcy Narwanej miłości, grają jak w malignie, wykrzykując dialogi lub strzelając całymi seriami filozoficznych tyrad.

Ucieczka na srebrny glob

Ten niezwykły kolektywny wyczyn ziścił się jednak, co może być nie do zniesienia dla kogoś, kto patrzy na historię kina z obecnej perspektywy, dzięki specyficznym uwarunkowaniom gospodarczo-politycznym (George Lucas orzekł, że ten film nie miałby szans na realizację w kraju kapitalistycznym), ale i modernistycznej, dziś określanej często jako przemocowej, wizji Żuławskiego. Jak deklarowała Maria Konwicka, jako młody chłopak Andrzej naczytał się mnóstwo literatury, w której Bóg jest demiurgiem, ale takim, który chce ciemiężyć człowieka. Formuje go według swojego zamysłu, a jego cierpienie napędza świat. Wydaje się, że autor Wierności wierzył, że może użyć każdego członka ekipy niczym narzędzia do osiągnięcia celu. Relacje z planu, przytaczane również w dokumencie, są klarowne: filmowcy byli przez Żuławskiego wprowadzani w specyficzny trans (hipnozę?), wykazując większy niż zwykle entuzjazm i kreatywność. Wedle słów Andrzeja Seweryna aktorzy musieli dawać z siebie wszystko, tak, by ledwo zipieć, po danej scenie nie mieć już, z wycieńczenia, sił wstać z ziemi.

Mikurda dostrzega zagrożenia i śmieszność takiego podejścia do kręcenia filmów, jednocześnie pozostaje pod wrażeniem tego, co mógł z pomocą tych środków osiągnąć jego bohater. Co prawda dokument rozpoczyna niesamowicie intensywna scena, w której Żuławskiego uwieczniła kamera na planie. Polak kieruje aktorami po francusku, wydaje z werwą komendy, z jego oczu i całego oblicza bije agresja, pasja, ale też jakaś niesamowita siła kreacyjna, ten magiczny składnik odróżniający rzemieślników od prawdziwych wizjonerów. Jest jednak w filmie scena, która budzi kompletnie inne skojarzenie. Oto zostaje przywołane na ekranie nagranie z programu telewizji francuskiej („Le Divan”), w którym reżyser odpowiadał na pytania gospodarza, siedząc na gigantycznej kozetce. Na jego prośbę, aby porozmawiać o czymś poza jego zawodowymi zajęciami, gość gniewnie odrzekł: „Kino to ja, nie mogę go oddzielić od siebie“. Jest w tej odpowiedzi jakaś pretensja i małość, zwłaszcza pamiętając jak autor tych słów potrafił traktować współpracowników. Jak powiedział kiedyś Napoléon Bonaparte: „Od wielkości do śmieszności jest tylko jeden krok”. W Ucieczce na srebrny glob możemy dostrzec, na szczęście, kilka twarzy Żuławskiego: wielkiego reżysera, skrzywdzonego samca, troskliwego ojca, wodza dla swojej filmowej braci, kunktatora-imitatora, wytrawnego intelektualisty, mściwego szamana, wymagającego przełożonego. Te różne wcielenia walczyły w polskim twórcy, a dzięki temu to najpewniej nie ostatni film na temat jego fascynującego życiorysu.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
Ucieczka na srebrny glob plakat

Ucieczka na srebrny glob

Rok:
 2021

Gatunek: dokumenalny

Kraj produkcji: Polska

Reżyseria: Kuba Mikurda

Dystrybucja: Against Gravity

Ocena: 4/5