Ziemia jałowa – recenzja filmu „Tyle co nic” – Gdynia 2023

Wśród tegorocznych laureatów Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych dominowały obrazy opowiadające o losach ludności wiejskiej. Zwycięski Kos oddawał sprawiedliwość inicjatywie niewolników pańszczyzny podczas zrywu kościuszkowskiego, a opuszczający wydarzenie z nagrodami pocieszenia Chłopi zabrali publiczność w malarską podróż do Reymontowskich Lipiec. Najbardziej zaskakującą propozycją okazał się jednak debiut pełnometrażowy Grzegorza Dębowskiego Tyle co nic, niecodzienna w naszej kinematografii przymiarka do realizmu społecznego pozbawiona optyki pogardy wobec mieszkańców prowincji.

Gdzieś na Warmii, pośród podobizn papieża Polaka, breloczków z symbolem PW, łatanych błotem dziur w drogach i potańcówek w remizach, Jarosław Martyniuk (zbieżność nazwisk przypadkowa, choć Zenka posłuchać lubi) walczy o prawdę, godność i o to, by sprawiedliwości stało się zadość. Mężczyzna o, jakby niefilmowej, zwyczajnie zatroskanej twarzy teatralnego aktora Artura Paczesnego niczym ostatni sprawiedliwy w typie Gary’ego Coopera przekona się, że, choć wcale nie brak mu respektu w społeczności i zdolności przywódczych, to najcięższą batalię będzie musiał stoczyć sam. Po tym, jak skrzyknął wieś, by w geście protestu przystroić podwórze niesłownego, niby prorolniczego posła Lesława Kołodzieja (Artur Steranko) górą gnoju, musi zmierzyć się z konsekwencjami swojego czynu – już mniejsza o postrzegany politycznie charakter owego poczęstunku nawozem, gorzej, że w oborniku znalazło się także martwe ciało najlepszego przyjaciela Jarka, któremu to koledze ledwie co spłonął dom.

Mamy więc trochę kina moralnego niepokoju, ukłony w stronę westernu i do tego kryminalną zagadkę. Przede wszystkim jest to jednak klasyczny „społeczniak” w duchu braci Dardenne z kamerą z ręki przyklejoną do wykluczonych bohaterów, która wiernie towarzyszy protagoniście nie tylko, gdy pozostaje wzorcem cnót, ale również w chwilach słabości, kiedy wbrew gustom liberalnej publiki zachowa się niezgodnie z zasadami savoir-vivre i sięgnie po flaszkę czy wiązankę bluzgów. Zgodnie z historycznymi tradycjami filmowego realizmu obraz cechują także zdjęcia plenerowe i partnerujący zawodowym aktorom naturszczycy (często dziecięcy, zresztą całkiem nieźli), wzmacniając jego paradokumentalny charakter. W debiucie Dębowskiego nie brak też elementów wrażliwości poetyckiej, scen na pograniczu snu na jawie, nieśmiałej symboliki (zabawa w kowbojów i Indian, odłamki szkła przypominające o roztrzaskanej na kawałki, niemożliwej do zrekonstruowania prawdzie) czy też turpistycznego estetyzmu. Jednak nie ma tego na tyle dużo, żeby odwrócić uwagę od niemłodej, choć tak naprawdę słabo rozpoznanej w polskim kinie konwencji zadłużonej we włoskim kinie powojennym.

Tyle co nic wyróżnia nieograniczający się do publicystycznych klisz obraz polskiej wsi, w którym, owszem, występują niedostatek, zawiść i nałogi, jednak nie wszystko jest przesiąknięte niesprecyzowaną „patologią”, a mieszkańcy z reguły rozmawiają o czymś innym niż nieopanowanej nienawiści do mniejszości etnicznych czy seksualnych. Główny bohater dba o swoje krówki, jego gospodarstwo wyposażone jest w nowoczesne maszyny, dom ma urządzony po „ikeowsku”, a przy tym troszczy się o bliskich najlepiej, jak potrafi. Pewnie, bywa ciężko, młodzi powyjeżdżali albo planują migrację do Olsztyna czy innej stolicy, bo nie widzą tu perspektyw. Przykładem jest choćby bratanek Jarosława, młody adwokat, który musi wyciągać temperamentnego wujaszka z tarapatów. Koniec końców chyba da się tu jednak żyć. Nie wszystko jest tylko czarne albo białe, o czym film stara się przypomnieć wielokrotnie.

Te pozory niejednoznaczności i unikania podsuwania prostych rozwiązań są jednocześnie największym błogosławieństwem i paradoksalnie największą bolączką Tyle co nic. Jest to z jednej strony opowieść o żarliwym idealizmie jednostki zderzonym ze złożoną rzeczywistością bezlitosnego systemu, z którym trzeba czasem iść na kompromisy, z drugiej – obraz skrajnie defetystyczny w tejże idei, pozostawiający z nadrzędną myślą, że to nie jest kraj dla rolników, kryzys demograficzny zmierza do rychłej zagłady, która nikogo nie oszczędzi, i nic się już nie da z tym zrobić. Z kolei pretekstowa intryga kryminalna, w ramach której protagonista wciela się w domorosłego detektywa, pozostawia wiele niezadanych pytań o motywy i przyczynowo-skutkowość, a pospiesznie napoczynane wątki albo nie znajdują rozwiązania, albo rozwiązanie to jest mniej interesujące niż uprzednie domysły widzów.

W rezultacie otrzymujemy więc dzieło w jakiś sposób wyjątkowe, bo w końcu skutecznie przenoszące elementy stylistyki i wrażliwość społeczną neorealizmu na grunt polski, jednak wciąż niewolniczo lojalne wobec tradycyjnych fabuł i programowego czarnowidztwa. Czy nie wystarczyłby mocny paradokument o rolnikach walczących o swoje prawa? Czy musiał być trup, czy potrzebna była intryga z szemranymi inwestycjami drogowymi, czy nad racjami koniunkturalnego polityka też musieliśmy się pochylić? Zapewne nie, choć ostatecznie trudno zbyt mocno psioczyć na Tyle co nic, kiedy był to w istocie wciąż jeden z najlepszych filmów tegorocznego konkursu głównego gdyńskiego festiwalu, z dobrym uchem do dialogów, zasłużenie doceniony za aktorstwo, daleko odbiegające od gwiazdorstwa na autopilocie z kina głównego nurtu, ze szczególnym uwzględnieniem szczerej, nieefekciarskej, niemal wybitnej kreacji Paczesnego. To film udany, pozbawiony tendencyjności i wysoko stawiający poprzeczkę debiutantowi oraz jego potencjalnym naśladowcom.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

Tyle co nic

Rok: 2023

Kraj produkcji: Polska

Reżyseria: Grzegorz Dębowski

Występują: Artur Paczesny, Monika Kwiatkowska, Agnieszka Kwietniewska, Artur Steranko

Ocena: 3/5

3/5