Obiecajcie, że mnie nie zapomnicie – recenzja filmu „Judy”

Obiecajcie, że mnie nie zapomnicie – recenzja filmu „Judy”

Są postaci, które zapadają w zbiorowej popkulturowej pamięci, ich sława sięga dużo dalej niż ich życie i dużo dalej niż ich twórczość. Stają się symbolami, pomnikami. Jedną z takich postaci jest niewątpliwie Judy Garland, wieczna Dorotka, która nigdy nie uniosła ciężaru nałożonego na jej wąskie barki najpierw przez ambitnych rodziców, a następnie producentów MGM. O ostatnich miesiącach jej życia, lecz nie jej legendy, opowiada „Judy”.

Gdzie nas doprowadzi ścieżka brukowana żółtą kostką? Czy do wymarzonego i obiecującego wolność Szmaragdowego Grodu? A może na manowce osamotnienia, zwłaszcza gdy całe życie będziemy pamiętać, że samodzielnie wybraliśmy tę drogę? Wyczerpująca praca na planie, a potem w ramach promocyjnego tournée Czarnoksiężnika z krainy Oz stworzyły legendę Judy Garland we wszystkich tego słowa znaczeniach. Z jednej strony na wieki unieśmiertelniła młodą dziewczynę w magicznym wykonaniu piosenki Somewhere Over the Rainbow i przyniosła jej sławę, z drugiej jednak wpędziła ją w kompleksy dotyczące wyglądu i tuszy, a także uzależnienie od amfetaminy i barbituranów, którymi wspólnie ze swoim ekranowym partnerem Mickym Rooneyem była karmiona przez szefów MGM. W otwierającej Judy sekwencji despotyczny szef studia MGM Louis B. Mayer każe mającej wątpliwości i tęskniącej za normalnością Garland podjąć decyzję, czy chce dalej kroczyć złotą ścieżką ku aktorskiej sławie i wyjątkowości, czy woli zrezygnować i stać się „zwykłą, grubą kasjerką z prowincji”, a Dorotkę zagra ówczesna największa dziecięca gwiazda Shirley Temple. Podjęta wtedy decyzja na zawsze będzie ekranowej bohaterce towarzyszyć i co rusz powracać w jej myślach. To właśnie przekonanie, że najbardziej bolą decyzje, które samodzielnie podjęliśmy, naznaczy ekranową Garland nie mniej niż to o własnej brzydocie i beznadziejności.

Taco Hemingway jeden z utworów poświęconych własnej karierze i aktualnej sytuacji nazwał Wszystko na niby. To kolejne zdanie, które wybrzmiewa w Judy w donośny sposób. Bohaterka grana przez Renée Zellweger jest pełna paradoksów: z jednej strony silna i porywająca ze sceny tłumy, z drugiej ulotna, zmuszona walczyć z samą sobą o każdą chwilę egzystencji. W jej życiu wszystko jest na niby, bo ani nikt nie oczekuje prawdziwej Judy Garland, ani nikt nie chce takiej pomóc. Maski czasem się luzują, widz, który ją obserwuje ciągle widzi jak zmieniają się wersje wydarzeń (chociażby trzy opowieści o jej romansie z Mickym Rooneyem), albo jak pęka w pewnym momencie przyszpilona przez dziennikarza pytaniami o to, jaką jest matką.

Judy Garland w 1969
Judy Garland w trakcie pobytu w Londynie w 1969 roku razem z nowym mężem Mickeyem Deansem

Film Judy to prawdziwy koncert jednej aktorki. Śmiało krocząca po Oscara Renée Zellweger jest wybitna, wspaniale oddaje słabość i pełnię sprzeczności postaci Garland. Jej występ bardzo wiele łączy z zeszłoroczną rolą Tarona Egertona w Rocketmanie. Oboje nie tylko samodzielnie śpiewają klasyki (i bezbłędnie sobie z tym radzą), ale także całkowicie nie przypominają wizualnie osób, w które się wcielają. Zamiast ukryć się pod toną make-upu i protezami różnych części twarzy, jak chociażby Gary Oldman czy Rami Malek w swoich oscarowych kreacjach, Zellweger i Egerton po prostu grają swoje postaci – i my im wierzymy. Garland w 1969 roku wyglądała karykaturalnie, osłabiona narkotykami, chorobami i anoreksją. Obsadzenie w tej roli Renée Zellweger może jednak nieść wiele ciekawych znaczeń i interpretacji: jej twarz na zawsze naznaczyły liczne operacje plastyczne, nie jest też tajemnicą fakt, że po wejściu na szczyt i odebraniu w 2004 roku Oscara za Wzgórze nadziei popadła w długoletni ciąg alkoholowo-narkotykowy. Wciąż utożsamiana jest z postacią Bridget Jones, która podobnie jak Garland miała kompleks na punkcie swojej wagi. Te wszystkie konteksty uzasadniają ofiarowanie jej szansy, za którą w pełni się odwdzięczyła, dając najlepszą rolę w swojej karierze.

Zachwyca tu praca charakteryzatorów i kostiumografów. Suknie Judy są magnetyzujące i przyciągające wzrok. Gdy występuje nie sposób nie zrozumieć czemu stała się jedną z najważniejszych postaci społeczności drag-queen. Wszelkie charakteryzacje podkreślają osobowości postaci. Działa to zwłaszcza na Zellweger, której wygląd koresponduje z temperamentem. Przewijające się na ekranie legendy takie jak Liza Minnelli, Louis B. Mayer czy Sidney Luft wyglądają jak żywe, ich wygląd odwzorowano niemal perfekcyjnie. Niestety, pomimo wszystkich tych wspaniałości zawiódł tu kluczowy element – reżyser i scenarzysta. Obaj do tej pory pracowali głównie dla telewizji i teatru, pierwszy m.in. przy Hollow Crown BBC, a drugi The Crown Netflixa. Dla obu był to także debiut w tak poważnym kinowym przedsięwzięciu i to widać. Chociaż aktorzy zostali poprowadzeni wspaniale, to film ma straszliwe problemy z tempem. Ma tendencje do nagłych zrywów i przedstawiania wielu wydarzeń w szybkich montażach, by zaraz potem poświęcić wiele minut niewiele wnoszącej retrospekcji. Trochę przed połową filmu całość zaczyna robić się szalenie powtarzalna i nużąca, a widz jedynie oczekuje wielkiego finału uwieńczonego Somewhere Over The Rainbow.

Renee Zellweger i Finn Wittrock jako Judy Garland i Mickey Deans w 1968 roku

Twórcy stanowczo nie mają tu ambicji zrobienia czegoś więcej niż skrojony pod Oscary schematyczny biopik i chowają się jak najgłębiej, by pozwolić świecić gwieździe Zellweger. Niestety, nie ustrzeżono się też pewnej problematyczności: wątek tego, jaką ikoną społeczności  LGBT+ stała się Garland, został praktycznie całkowicie wyrugowany i pojawia się jedynie w postaci dwójki jedynych gejów w całym Londynie, którzy chodzą na każdy jej koncert; trudno nie zauważyć pretekstowoich postaci i tego, że są raczej elementem humorystycznym i plasterkiem na lewackich krytyków, a nie godnym poruszeniem sprawy.

Sława, uznanie, sukces, aplauz – to wszystko wspaniałe uczucia, wyzwalające radość, oczekiwane, dające wytchnienie. Są one jak narkotyk, jak haj, dają upojenie. Lecz po każdym upojeniu przychodzi kac, bo co jeśli to się nie wróci? Co jeśli nie podołam oczekiwaniom? Co jeśli następnym razem zostanę odrzucona? Co jeśli znów będę za gruba? Jak mówi w pewnym momencie Judy: „Kiedyś miałam ambicje, ale przyprawiały mnie o koszmarne bóle głowy”. To gorzkie stwierdzenie, w połączeniu z ostatnimi słowami filmu, które posłużyły za tytuł poniższej recenzji, najlepiej zawierają w sobie postać i ikonę Judy Garland, ale także sposób myślenia wielu ludzi, walczących z psychicznymi problemami, przytłoczonych przez świat i codzienne obowiązki, obawiających się o to, że nie zasługują na żadne jutro. I dlatego, chociaż żadną miarą Judy nie jest filmem odkrywczym czy szczególnie dobrym, to dla wielu może być tak ważna i wzruszająca.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

Judy

Rok: 2019

Gatunek: biograficzny, muzyczny, dramat

Kraj produkcji: Wielka Brytania

Reżyser: Rupert Goold

Występują: Renée Zellweger, Jessie Buckley, Darci Shaw i inni

Dystrybucja: Monolith Films

Ocena: 3/5