Zgoda

Macieja Sobieszczańskiego mogliśmy poznać do tej pory jako reżysera krótkometrażowych “Urodzin” na podstawie opowiadania Etgara Kereta oraz współautora filmu o Oskarze Dawidzkim, “Performer”. Pierwszy miał być wprawką, drugi raczej spełnieniem artystycznych ambicji Łukasza Rondudy niż jego wspólnika. Można zatem śmiało stwierdzić, że “Zgoda” to debiut Sobieszczańskiego jako autonomicznego twórcy. Czy narodził się nowy talent w polskim kinie?

Wszystkie znaki na niebie i ziemie zapowiadały, że może to być niezwykłe dzieło. W 2012 roku scenariusz autorstwa Małgorzaty Sobieszczańskiej (pisarka, była żona Macieja) nagrodzono w konkursie Script Pro. Zebrano zdolną ekipę, w tym świetnego operatora z Ukrainy Walentyna Wassjanowycza (“Plemię”). Pierwsze wrażenia z festiwalowego tripu zdawały potwierdzać wysokie oczekiwania; na zeszłorocznym Locarno nagroda “First Look”, w Montrealu laur za reżyserię, w Gdyni lwy dla kostiumów stworzonych przez Agaty Culak. Jednak śmiem twierdzić, że obraz wchodzący w piątek do kin niestety okazuje się sporym rozczarowaniem.

Zacznijmy jednak od początku. Najpierw powstały dokument Stefana Skrzypczaka “Zgoda, miejsce niezgody” i książka Gerharda Gruschki „Zgoda – miejsce grozy: obóz koncentracyjny w Świętochłowicach”. Opowiadały one o szarej historii, o zdarzeniach, które zatuszowano, ponieważ stawiały w niekorzystnym świetle aparat władzy komunistycznej. W byłym hitlerowskim obozie koncentracyjnym na Śląsku (jeden z pomocniczych obiektów Auschwitz) Urząd Bezpieczeństwa Publicznego zorganizował obóz pracy dla Niemców, Ślązaków oraz volksdeutschów. W rzeczywistości według dokumentów zgromadzonych przez Instytut Pamięci Narodowej do obozu Zgoda trafiali również nieprawomyślni wobec nowej ludowej władzy Polacy. Po latach wyszło na jaw, że oprócz głodu, plagi robactwa i szczurów, epidemii chorób (czerwonka, tyfus), które dziesiątkowały więźniów, dochodziło na jego terenie do organizowanych odgórnie mordów. Podczas wojny z rąk Niemców zginęło tu niecałe 500 osób, komuniści wykończyli od lutego do listopada 1945 przeszło jedną trzecią z ponad 5 tysięcy jeńców — IPN podaje 1855 osób, ale ofiary ocenia się obecnie nawet na 2,5 tysiąca.

Nawet nie znając tej smutnej karty z historii Polski, już od pierwszej minut filmu wiemy, że będzie to minorowa opowieść. Zdjęcia Wassjanowycza są wyprane z jaskrawych kolorów, dominują szarości, zielenie, brązy. Jakby miały oddać brak nadziei i perspektyw. Wojna właśnie się kończy, jednak dla więźniów Zgody piekło dopiero się rozpoczyna. Przed rzędem wycieńczonych i brudnych mężczyzn staje komendant obozu (Wojciech Zieliński), który z emfazą orzeka, że jest Żydem i zamierza ukarać wszystkie “niemieckie świnie”. Przesłuchuje kolejne osoby: chłopiec był w Hitlerjugend, drobny wąsacz przyznaje się, że donosił na rodaków, w końcu młody blondyn twierdzący, że trafił tu przypadkiem, nikomu przecież nie zrobił krzywdy. Komunista wymusza kuksańcami, żeby Niemiec przyznał, że służył w Wehrmachcie. Erwin (Jakub Gierszał) w istocie zdezerterował z armii, nie chciał walczyć. Przynajmniej tak twierdzi.

Do pracy jako strażnik zatrudnia się Franek (Julian Świeżewski) mieszkający w sąsiedniej wiosce. Przed wojną przyjaźnił się nawet z Erwinem. Dlaczego dobrowolnie godzi się na rolę żandarma w łagrze? Okazuje się bowiem, że jedną z osadzonych jest Anna (Zofia Wichłacz), w której kochają się obaj chłopcy. Dziewczyna wyraźnie woli niemieckiego absztyfikanta, ale to Polak oferuje jej ratunek, ucieczkę, szansę na przeżycie. Mamy, więc według zamysłu twórców tragiczny trójkąt, dla którego uczestników nie widać żadnej przyszłości. W wywiadach Maciej Sobieszczański podkreśla, że wykorzystanie takiego zabiegu służyło nadaniu emocjonalnego tonu i złapanie dystansu wobec okropieństw, które dokonują się obok. O “miłości w czasach zarazy” (tutaj nawet dosłownie, bo szaleje właśnie epidemia tyfusu) sprawniej opowiadali już Wajda (“Krajobraz po bitwie”) czy Munk (“Pasażerka”). Wprowadzenie jako przewodniego wątku romansowego upodabnia historię do klasycznych wojennych produkcji amerykańskich, gdzie protagonista musi mieć zawsze do uratowania damę w opałach, a nierzadko konkuruje o jej względy z rywalem. Czerwona lampka może nam się zapalić w pierwszym ujęciu, gdy widzimy na ekranie czarno-białe zdjęcia trzech bohaterów sprzed II wojny światowej.

Szkoda, że reżyser podąża takimi torami, bo formalnie jego debiut prezentuje się intrygująco. Dzieli sceny na 3-minutowe interwały kręcone mastershotami. Kamera Wassjanowycza śledzi zdarzenia z dystansu, po dardennowsku. Niby jej oko nie traci nic ze spektaklu przemocy, ale przestrzeń, którą pozostawia, wystarcza, aby oddać, że nikt nie chce tutaj epatować cierpieniem. Nie ma mowy o intensywności, z jaką kamera “siedziała” na szyi bohatera “Syna Szawła”. Surowość środków formalnych (dołączyć można praktyczny brak muzyki) ma także podkreślać oszczędna gra aktorów. Niestety mam wrażenie, że żaden z trójki głównych odtwórców nie udźwignął roli. Najsłabiej wypada Julian Świeżewski, który ma do odegrania skomplikowany proces przepotwarzania się z niewinnego ochotnika w kata. Jego pozbawionej charyzmy kreacji poświęcono o zgrozo najwięcej czasu ekranowego. Jakub Gierszał głównie pluje krwią, dycha i smutno patrzy. Zosia Wichłacz powoli staje się naczelną polską męczennicą (“Miasto 44”, “Amok”). To kolejna jej rola gdzie gra właściwie bardzo podobną postać — naprawdę czekam, żeby ktoś napisał dla niej rolę komediową.

Kompletnie nie wykorzystano postaci komendanta. A przecież nikt nie ukrywa, że oparto jego zachowanie na czynach Salomona Morela. Podczas procesu IPN uznano byłego naczelnika obozu Zgoda winnym ludobójstwa. Podczas służby w Świętochłowicach wykazywał się wyjątkowym okrucieństwem, osobiście bił, torturował i mordował wielu osadzonych. Zbrodniarz nigdy nie odpowiedział za swoje czyny, bo po rozpoczęciu postępowania uciekł do Izraela, który nie wydał zgody na ekstradycję. Na ekranie widzimy jednak, że Wojciecha Zielińskiego dostaje szansę na budowanie bohatera bardziej pozytywnego niż jego pierwowzór. Zdaje się, że scenarzystka za wszelką cenę starała się uciec przed hollywoodzkim patentem na kreację takich bandytów.

Film Sobieszczańskiego próbuje być chwilami czymś ciekawszym niż jest w rzeczywistości, ale raz po raz nie wykorzystuje okazji na nowe otwarcie, pójście inną drogą niż “obozowe love story”. Podskórnie można wyczuć podczas podawanych na chłodno scen przesłuchań, obijania nagich więźniów, gwałtów, zabójstw, że ciekawszą perspektywą byłaby narracja polifoniczna. Być może bardziej wybrzmiałby wówczas problem ledwie liźnięty, czyli jak łatwo stać się z ofiary oprawcą. Przypomina się w tym miejscu słynny eksperyment więzienny przeprowadzony przez profesora Philipa Zimbardo. W imię dramaturgii kinowego widowiska “Zgoda” stara się wygrać na kilku frontach: włożyć kij w mrowisko wyjawiając bolesny fragment naszej historii, opowiedzieć z dystansem o zbrodniach komunistycznych, ukazać poprzez emocje trójki bohaterów, z jakim koszmarem mieli do czynienia więźniowie. Niestety żaden z tych celów nie zostaje spełniony i tylko wystarczy ubolewać, że tak doniosły temat nie dostaje odpowiedniej reprezentacji.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
Zgoda - plakat

Zgoda


Rok: 2017

Gatunek: melodramat, wojenny

Twórcy: Maciej Sobieszczański

Występują: Julian Świeżewski, Jakub Gierszał, Zofia Wichłacz i inni

Ocena: 2/5