Portret artysty w wieku starczym – recenzja filmu „Tommaso”

Portret artysty w wieku starczym – recenzja filmu „Tommaso”

Gdyby ktoś obudził was w środku nocy, przystawił pistolet do głowy i kazał szybko wymienić przynajmniej jeden autotematyczny film, większość zapewne podałaby Osiem i pół. Przecież arcydzieło Felliniego, parafrazowane między innymi przez Woody'ego Allena we Wspomnieniach z gwiezdnego pyłu, to najbardziej reprezentatywny przedstawiciel kina o jego twórcy.

Samo ujawnienie postaci reżysera w filmie nie musi jednak oznaczać, że mamy do czynienia z autobiografią, lecz może służyć jedynie autokreacji, być celową zmyłką. Często elementy z życia twórców bywają skrzętnie ukryte pod powłoką fikcji. O tym pisze Andriej Tarkowski w Czasie utrwalonym, tego dotyczy książka Thomasa Sjöberga Ingmar Bergman: Miłość, seks i zdrada. Szwedzki pisarz dowodzi bowiem, że twórca Persony z jednej strony fetyszyzuje własne przeżycia wypełniając nimi niemal każdy ze swoich filmów, z drugiej zaś zupełnie przekręca fakty, kiedy bezpośrednio pisze o sobie samym w książce Laterna magica. Nie jesteśmy zatem w stanie z całą pewnością stwierdzić, jak często mamy do czynienia z prawdą udającą fikcję, a co gorsza – z fikcją udającą prawdę. Czy biorąc pod uwagę filmy, które w ostatnim czasie weszły do kin, więcej dowiemy się o Quentinie Tarantino oglądając Pewnego razu… w Hollywood czy o Pedro Almodóvarze z Bólu i blasku?

Gdzie na tym wykresie, którego pozioma linia wyznacza ilość elementów przeniesionych do filmu z realnego życia twórcy, a pionowa szczerość z jaką przedstawia on samego siebie, można umieścić projekt Abla Ferrary pt. Tommaso? Otóż pierwszą zmienną ustalić jest bardzo łatwo. W żonę głównego bohatera wciela się bowiem partnerka reżysera – Cristina Chiriac, w córkę – mała Anna Ferrara, zaś rzymskie mieszkanie twórcy stanowi jedno z miejsc akcji. Poza faktem, że tytułowy Tommaso – Willem Dafoe – to także artysta, reszta podobieństw pozostaje jedynie w sferze domysłów oraz mniej lub bardziej wiarygodnych doniesień prasowych – o alkoholizmie zmuszającym do uczęszczania na spotkania AA, organizowaniu warsztatów dla początkujących aktorów, problemach związanych z pracą twórczą, kryzysie w związku.

Pokusa postawienia znaku równości pomiędzy reżyserem Złego porucznika a stworzoną przez niego postacią jest zatem ogromna. Oddzieleniu ich od siebie nie sprzyjają ani dokumentująca z bliska – towarzysząca na każdym kroku w najbardziej błahych czynnościach – kamera, ani niezwykle naturalnie brzmiące dialogi, ani tym bardziej kwestie zwierzającego się ze swoich słabości Dafoe, którego zaimprowizowane monologi, dzięki jego kunsztowi aktorskiemu, stwarzają iluzję szczerych wyznań. Wszystko to sprzyja teorii, jakoby Tommaso stanowił alter ego samego reżysera, dla którego kręcenie filmu miało służyć jedynie autoterapii, przepracowaniu własnych traum, swoistemu oczyszczeniu. Jako lustra, w którym odbija się jego wybujałe ego.

Tymczasem dzieło Ferrary doskonale radzi sobie jako autonomiczny twór, nie potrzebujący kontekstu autotematycznej zabawy. Z jednej strony stanowi opowieść o artyście-everymanie, z drugiej traktuje o kryzysach, z jakimi zmaga się mężczyzna wchodzący w rolę ojca, męża i kochanka. Z nieustannym brakiem porozumienia, biorącymi się znikąd kłótniami, przekształcającymi codzienność w absurd. Z bezsilnością towarzyszącą łączeniu wszystkich elementów własnego życia w integralną całość, z frustracją związaną z próbą rozplątywania gordyjskiego węzła wzajemnych pretensji, ze stopniowym i nieuchronnym rozpadem związku.

Tommaso stara się od tego wszystkiego uciec: w pracę, w sztukę, w medytację. Jego wewnętrzny świat z czasem zaczyna jednak dominować nad rzeczywistością na tyle, że my jako widzowie, w końcu sami się gubimy. W pewnym momencie nie wiemy już czy seks z młodymi kobietami, zdrada, morderstwo, śmierć dziecka, to prawda czy skłonność do wątpliwego moralnie, a momentami makabrycznego fantazjowania. Im bliżej końca tym więcej niewiadomych, zaś ostatnie sceny to już inscenizacyjna jazda bez trzymanki. Szamański rytuał płynnie przechodzi w scenę biblijną, bezpośrednio nawiązującą do Ostatniego kuszenia Chrystusa, w której jak wiadomo, rolę Jezusa zagrał nie kto inny, jak Willem Dafoe. Porzucenie realizmu, będącego jedną z najmocniejszych stron filmu, wydaje się jednak zasadne. Nie wynika ono z arogancji twórcy, który niczym Darren Aronofsky w Mother! czy Lars von Trier w Domu, który zbudował Jack, stawia siebie – jako artystę-profetę – na piedestale. Ferrara poszerza raczej perspektywę, wzbogacając swój obraz o symbolikę, czyniąc przedstawiony w nim archetyp męskości jeszcze pełniejszym.

Ostatecznie Tommaso stanowi jedno z najpełniejszych i najbardziej szczerych dzieł o artyście, bez względu na to ile reżyserowi faktycznie udało się przemycić do filmu z własnego życia i na ile jego bohater odpowiada jemu samemu. Udowodnił przy tym, że bez względu na to, kim się jest i co się posiada, to życie bywa najtrudniejszą ze sztuk.

Piotr Nyga
Piotr Nyga
Tommaso plakat

Tommaso

Rok:
2019

Gatunek: dramat

Kraj produkcji: Grecja, USA, Wielka Brytania, Włochy

Reżyseria: Abel Ferrara

Występują: Willem Dafoe, Anna Ferrara, Cristina Chiriac

Dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty

Ocena: 4,5/5