„Badfellas” – recenzja filmu „Gotti”

„Badfellas” – recenzja filmu „Gotti”

Mayfly to fascynujący dystrybutor. Głównie zajmuje się popularyzowaniem w Polsce nowego kina Korei Południowej, ściągając i tłumacząc zarówno wysokobudżetowe blockbustery („Hashima”, „Zombie Express”), kino środka (Tunel”, „Pętla”), jak i wysokiej klasy arthouse („Lament”). Ostatnio za sprawą tej firmy mogliśmy oglądać jeden z najlepszych filmów 2017 roku, „Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach” Johna Camerona Mitchella. Niestety, nawet najlepszy dystrybutor czasami nie trafia z doborem repertuaru. To jest spektakularny przykład takiego wydarzenia.

Już od pierwszej sceny – łamiącego czwartą ścianę monologu śmiesznie ucharakteryzowanego Travolty mówiącego banały na tle nocnej panoramy Nowego Jorku – widzimy, że coś jest nie tak. Gdy akcja przenosi się do więzienia, gdzie osadzony John Gotti (w tej roli właśnie woskowa figura udająca gwiazdę “Pulp Fiction” i “Gorączki sobotniej nocy”) jest wizytowany przez swojego syna Johna Gottiego Juniora (zgłaszający się po tytuł najgorszego aktora świata Spencer Rocco Lofranco), panowie najpierw rozmawiają o tym, że dostali zgodę na spotkanie (tak jakbyśmy tego nie widzieli), lecz już po chwili dowiadujemy się o prawdziwym celu wizyty. Junior ma już dość ciągłego unikania prokuratorskich zarzutów i chce pójść na ugodę, lecz najpierw potrzebuje błogosławieństwa ojca. Jak się okazuje, spotkanie to jest jedną z dwóch klamr spinających produkcję (drugą jest wspomniany monolog do widzów, który powraca zaraz przed końcowymi napisami). Historię życia, wzrostu potęgi i upadku tytułowego Gottiego, a także przestępczej kariery jego syna poznajemy w szeregu luźno powiązanych ze sobą i rozłożonych na ponad 30 lat retro i futurospekcji.

Poszczególne sceny wprowadzane są bardzo hojnie serwowaną narracją z offu, jednak ich przypadkowość sprawia, że i tak łatwo się pogubić, zwłaszcza jeżeli zazwyczaj prowadzą donikąd. Szczytem jest pewna sekwencja, gdy jeden z drugoplanowych bohaterów przedstawia protagoniście w monologu plan przejęcia władzy w mafii, następuje cięcie, znajdujemy się na pogrzebie wspomnianego bohatera drugoplanowego, a z offu leci jeszcze raz dokładnie ten sam monolog, tym razem ilustrowany wizerunkami wymienianych osób. Aby widz nie miał za łatwo, po wszystkim wracamy jeszcze na chwilę do przerwanego przed chwilą dialogu z osobą, której pogrzeb właśnie zobaczyliśmy.

Niewątpliwie reżysera Kevina Connolly’ego (aktor znany z serialu „Ekipa”, stworzył też część odcinków) i montażystę Jima Flynna możemy pochwalić za oszczędne gospodarowanie budżetem. Na przykład jeśli jeden z bossów mafii jest znany z tego, że udaje chorego psychicznie i chodzi po mieście w piżamie, to wszak wystarczy nakręcić jedno 20-sekundowe ujęcie, w którym jest prowadzony w piżamie, a potem wkleić je czterokrotnie w różnych momentach filmu, kiedy akurat o nim wspominamy albo gdzieś się przemieszcza. Jeśli z kolei oglądamy pokaz fajerwerków to nie ma potrzeby wydawać pieniędzy na jego organizację na planie, lepiej wziąć jakieś archiwalne nieostre nagrania nieba i zmontować je z tłumem statystów na ulicy.

„Gotti” to fascynujący przypadek filmu, w którym nie udało się nic. Pod tym względem można go postawić koło takich dzieł jak „Smoleńsk” czy legendarne „The Room”. Niestety tu zamiast szczerego pędu tworzenia mimo braku talentu na pierwszy plan wysuwa się lenistwo i tumiwisizm odtwórców. Na ekranie obok wspomnianego Travolty widzimy między innymi Leo Rossiego („Depresja gangstera”, „W zakolu rzeki”), zdobywcę Złotego Globu Stacy’ego Keacha („Więzień nienawiści”) czy charakterystycznego Pruitta Taylora Vince’a („1900: Człowiek legenda”, serial „Mentalista”). Niestety aktorzy mimo że umieją, to wypadają fatalnie. Można ich jednak zrozumieć, gdyż towarzyszą im ludzie pozbawieni jakichkolwiek umiejętności, a scenariusz i reżyseria wołają o pomstę do nieba.

Mimo że obraz trwa jedynie 105 minut, jawi się widzowi monumentalnym niczym „Dawno temu w Ameryce”. Udaje się to dzięki wielkiemu talentowi scenarzystów (w tej roli aktor Leo Rossi i autor tekstu do „Kafki” Stevena Soderbergha – Lem Dobbs) do przedstawiania najciekawszych nawet wydarzeń w najnudniejszej możliwej formie. Konstrukcja postaci polega na pokazywaniu pojedynczych wyrwanych z kontekstu scen, z których widz ma zapamiętać dany wniosek. Na przykład Gotti obiecuje w pewnym momencie napotkanemu na ulicy amatorskiemu bokserowi, że ponownie uruchomi świetlicę młodzieżową, a godzinę później w finale jest opłakiwany jako ten, który dbał o kulturę i rozwój nastolatków w dzielnicy.

Szkoda marnować czas na rozwodzenie się nad fatalnym doborem muzyki, przywodzącym na myśl głośne w pewnych kręgach „Birdemic” albo całkowicie amatorsko zrealizowaną stroną wizualną, na czele ze zdjęciami. Film brzmi i wygląda jak nigeryjskie produkcje obyczajowe dostępne na Netflixie. Nie nadaje się nawet do ironicznego polecenia komukolwiek, bo chociaż absolutnie fatalny, to nie jest żadną miarą zabawny, a co najwyżej wywołujący pewną niezbyt zdrową fascynację na temat „jakim cudem tu tak bardzo nic nie wyszło”.

Nagradzany występ Travolty w świetnie zrealizowanym serialu „American Crime Story” pozwolił uwierzyć, że ten niegdyś czołowy aktor jest w stanie wrócić przynajmniej do przyzwoitego poziomu, lecz ostatnie role, na czele z występem w „Gottim”, skutecznie studzą te nadzieje. Szkoda.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

Gotti

Rok: 2018

Gatunek: biograficzny, gangsterski

Kraj produkcji: USA

Reżyser: Kevin Connolly

Występują: John Travolta, Spencer Rocco Lofranco, Pruitt Taylor Vince i inni

Dystrybucja: Mayfly

Ocena: 0,5/5