Zjazd absolwentów – recenzja filmu „Berlin, Barcelona”

Zjazd absolwentów – recenzja filmu „Berlin, Barcelona”

Po raz drugi z rzędu na festiwalu w Maladze, najważniejszym hiszpańskim wydarzeniu filmowym obok MFF w San Sebastián i nagród Goi, nagrodzono w głównych kategoriach film reżyserki. W 2017 było to debiutanckie "Lato 1993" Carli Simón, a w zeszłym roku zatriumfował obraz "Berlin, Barcelona" Eleny Trapé. Obie kobiety są barcelonkami, obie są po tej samej katalońskiej szkole filmowej, obie rozpoczęły kariery po trzydziestce i dla obu mentorką jest pokolenie starsza Isabel Coixet – Elena nawet poświęciła jej dokument ("Palabras, mapas, secretos y otras cosas"). Czy jednak drugi film fabularny Trapé, prezentowany w ramach tegorocznego Tygodnia Kina Hiszpańskiego, okazał się równie intrygujący, co "Lato 1993" i ma szansę powtórzyć światowy sukces koleżanki po fachu?

Troje trzydziestoparoletnich przyjaciół z lat studenckich, wraz z Anną, nową partnerką Guille, samozwańczego samca alfa z dwóch mężczyzn w ekipie, wybiega nerwowo z berlińskiego terminalu, w pogoni za uciekającym autobusem. Co robią w tym zimnym, duszącym mieście, naznaczonym muralami pocałunku Breżniewa, gdzie nie znają języka i nie mogą czuć się zupełnie swobodnie? Wszystko wskazuje na to, że idą na spotkanie z jakimś modelem reklamowym, rozplakatowanym po okolicznych przystankach. Ktoś sławny? Nie sprawia takiego wrażenia – Comas, bo tak ma na imię, snuje się nieuczesany po swoim średniej klasy, zagraconym mieszkaniu, we wczorajszych ciuchach. Podejście do domofonu zajmuje mu wieczność, a na niespodziewane przybycie starych znajomych, reaguje z widoczną niechęcią, jakby wręcz robił im łaskę. Rozchmurz się, człowieku, przecież tak dawno się nie widzieliście! 35 lat kończy się tylko raz!

Jak można się łatwo domyślić, tę barcelońską grupkę podzieliło coś więcej, niż wyjazd Comasa do stolicy Niemiec w pogoni za karierowym spełnieniem. Ewidentnie mają sobie coś do powiedzenia, a nakrapiany weekend może być okazją dobrą jak każda. Jeśli jednak widz oczekuje, że między bohaterami szybko zaczną latać przysłowiowe iskry, niczym w głośnych filmach pokroju „Rzezi” Polańskiego, czy „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” Genovese, może poczuć się lekko rozczarowany. Tonowi tego spotkania po latach, bliżej elegijnego Wielkiego chłodu” Kasdana, a ze swoim nagromadzeniem niedopowiedzeń i fałszywych tropów, „Berlin, Barcelona” przypomina bardziej przyziemną wersję niedawnych Płomieni” Lee Chang-donga.

Z kim naprawdę jest w ciąży Olivia, najbardziej empatyczna i troskliwa, ale i nieprzyjemnie protekcjonalnie traktowana członkini ekipy? Czy hipsterski Eloi na pewno tak dobrze przeżywa niedawne rozstanie i nie jest czasami za szybki do picia? Dlaczego Guille mu bez przerwy tak dogryza i nie widzi w swoim zachowaniu nic złego? Skąd te nagłe wybuchy homofobicznego napięcia – aż tak krucha męskość? W końcu – gdzie zniknął Comas? Niby taki wycofany milczek, a ciągle dowiadujemy się o jakiejś innej jego kochance…

Widz zbiera te wszystkie poszlaki z postrzępionych, acz zupełnie naturalnie płynących dialogów między ludźmi, którzy znają się od lat i nie muszą sobie (czytaj: widzowi) nic tłumaczyć. Jednak poziom poinformowania bohaterów o „stanie rzeczy” bywa różny, gdyż dość często się rozdzielają. Anna jest najbliżej pozycji outsiderki w grupie i mogłaby stanowić medium, przez które przekazywana nam jest ekspozycja. Jednak jej ograniczony czas ekranowy komunikuje nam głównie to, że jest podobnie skołowana i zniesmaczona tym wszystkim, jak prawdopodobnie my.

Najbliżej centralnej bohaterki jest tu Olivia, która ze względu na swój stan (ciąża oczywiście skreśla dla niej picie alkoholu i bieganie po mieście, w poszukiwaniu zaginionego przyjaciela), pozostaje przez cały czas w mieszkaniu, gdzie toczy ciężką walkę z pocztą głosową i poczuciem wykluczenia z inicjatywy. Reżyserka zdecydowanie faworyzuje tu kobiety, które, choć wypchnięte ze sfery decyzyjności, zachowują się najbardziej racjonalnie, mając na względzie dobro wspólne i potrzeby innych. Mężczyźni natomiast, w swoich małostkowych konfliktach i impulsywnych działaniach, jawią się jako głupi i infantylni.

Wszystko jest tu przedstawione w, nadużywanych często przez aspirujących europejskich twórców, „dokumentalnych” ujęciach z ręki. Są uzasadnione i trafne zastosowania owego „trendu”. Rewelacyjnym przykładem z ostatniego czasu jest choćby Ajka” Dworcewoja, w której szalenie ważna była jak najsilniejsza więź z bohaterką, “bycie w jej butach” w spotkaniu z przytłaczającym otoczeniem. Tutaj jednak roztrzęsiona kamera, nerwowo śledząca ruchy bohaterów po ulicach miasta w przydługich jazdach pozbawionych dialogów, staje się zwyczajnie męcząca i nie pasuje do stylu scenariusza, konstrukcją przypominającego raczej sceniczny dramat.

Wprawny widz zapewne zauważy na pewnym etapie, że nie należy oczekiwać od rozwiązania akcji jednoznacznych odpowiedzi i będzie się ono wiązało z pewnym poziomem rozczarowania. Prawdziwym problemem jest jednak to, że w tych postaciach i tych dialogach zdaje się kryć dużo więcej socjologicznego „mięska”, niż reżyserka raczyła nam wyjawić i czasami ciężko rozpoznać, czy mamy do czynienia z banalnym uproszczeniem, czy skrzętnie ukrywanym kawałem psychologicznej prawdy.

Widać też większy potencjał w całej aktorskiej obsadzie – wszyscy tu reprezentują barwne typy ludzkie, ale w stonowany i realistyczny sposób. Nawet grany przez Isaka Férriza Guille unika pułapek karykatury, a Alexandra Jiménez jako Olivia jest autentyczna i poruszająca w swoim cichym cierpieniu. Wszyscy w jakimś stopniu składają się na skromny sukces tego intrygującego, choć wymagającego odpowiedniego nastawienia, projektu obiecującej reżyserki.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

Berlin, Barcelona

Tytuł oryginalny: „Les distàncies”

Rok: 2018

Gatunek: dramat

Kraj produkcji: Hiszpania

Reżyser: Elena Trapé

Występują: Alexandra Jiménez, Miki Esparbé, Isak Férriz, Bruno Sevilla, Maria Ribera

Dystrybucja: Aurora Films

Ocena: 3,5/5