Na los szczęścia, Baltasarze!  – recenzja filmu „41 dni nadziei”

Na los szczęścia, Baltasarze! – recenzja filmu „41 dni nadziei”

Odkąd w 2010 roku Baltasar Kormákur, twórca cenionego islandzkiego dzieła „101 Reykjavík”, nakręcił swój pierwszy amerykański film „Inhale” jego kariera reżyserska przebiega dwutorowo z wyraźnie zaznaczonymi dwoma ogniskami: rodzinna wyspa i Stany Zjednoczone. Niezależnie jednak którym szlakiem podążymy za artystą, zauważyć możemy, że ostatnimi laty często podejmuje on tematykę instynktu przetrwania u człowieka, stawiając swoich bohaterów w obliczu niszczącego żywiołu natury. Gatunkowo, jak zapewne nauczyli reżysera Amerykanie, wpasowując swoje obrazy mniej lub bardziej w ramy kina katastroficznego.

Tak też było w przypadku największego sukcesu komercyjnego Kormákura, „Everestu”, gdzie przedstawił losy rzeczywistej ekspedycji na najwyższy szczyt świata, która w 1996 roku zakończyła się tragicznie na skutek burzy śnieżnej. Można by zauważyć, że i tutaj islandzki twórca pokazał, że w mroźnych Himalajach czuje się jak w domu.

Okazuje się jednak, że reżyser poczuł w końcu zew tropików. Akcja jego najnowszego filmu „41 dni nadziei” dzieje się bowiem na środku Oceanu Spokojnego, w szczególności na wyspie Tahiti. Wszystko inne pozostaje jednak na swoim miejscu. Mamy bohaterów walczących o przetrwanie po tym jak ich łódź została uszkodzona przez huragan, a całość bazowana jest na autentycznej historii, która wydarzyła się w 1983r.

Kormákur już od pierwszych minut rzuca nas na głęboką wodę, dosłownie. Tami, grana przez znaną z „Niezgodnej” i „Wielkich kłamstewek” Shailene Woodley, przytomnieje na jachcie zniszczonym przez potężny huragan, który nagle rozpętał się nad Pacyfikiem. Zakrwawiona sięga wzrokiem po bezbrzeżnym oceanie i krzykiem nawołuje zaginionego ukochanego Richarda (w tej roli Sam Claflin). Gdy wreszcie udaje się jej odnaleźć go trzymającego się kurczowo dryfującej szalupy okazuje się, że ma połamane żebra i nogę. Dziewczyna decyduje się skierować załataną naprędce łódź w stronę Hawajów rozpoczynając wyścig z czasem, topniejącymi zapasami jedzenia i wody oraz postępującą gangreną w kończynie Richarda.

Jednocześnie, wydarzenia na dryfującym jachcie przeplatane są równoległym wątkiem narracyjnym opowiadającym o zdarzeniach, jakie doprowadziły do tragicznej sytuacji. Dowiadujemy, że Tami tuż po osiągnięciu pełnoletności postanowiła poznać życie i świat opuszczając rodzinny dom. Na Tahiti trafiła bez konkretnego celu i oczekiwań. Pracując dorywczo w porcie poznała Richarda cumującego swoją żaglówkę na nabrzeżu. Młodych szybko połączyło gorące uczucie i wspólna potrzeba wolności. Rejs przez Ocean Spokojny o tak niefortunnym przebiegu miał być dla nich okazją na łatwy zarobek w ramach odstawienia do San Diego jachtu bogatych znajomych mężczyzny.

Wątek romansowy rozgrywający się przed wypadkiem pozwala nam poznać lepiej bohaterów. Charyzma i naturalność aktorów czynią postaci wiarygodnymi i łatwymi do polubienia. Niestety przez większą część seansu paralelicznie prowadzona narracja wprowadza dysonans. Historie zbyt często sprawiają wrażenie sztucznie pozszywanych ze sobą i jedynie zakończenie filmu jest w stanie usankcjonować taki dwupodział. Z tym jednak jest pewien problem… Nagły zwrot akcji, jak to często we współczesnym kinie bywa, powoduje raczej uśmiech politowania niż faktyczne zdziwienie na twarzy widzów. Najbardziej boli jednak fakt, że tak utalentowany i doświadczony twórca, nie wierzy w inteligencję swojej widowni, dopowiadając tam, gdzie już dawna wszystko stało się oczywiste i stawiając aż nadto kropek nad filmowym „i”. Być może z podobnego założenia wyszli autorzy polskiego tytułu sugerującego wynik walki o przetrwanie bohaterów.

Kormákur zaaranżował mariaż morskiego survivalu z letnim kinem dla zakochanych nie ustrzegając się przy tym licznych klisz i schematów gatunkowych. Trzeba oddać jednak twórcy, że nasycił swoje dzieło umiłowaniem wolności i wiarą w sens podążania za własnym powołaniem. Miejmy nadzieję, że islandzki reżyser weźmie to sobie do serca i nie roztopi do końca swojego zahartowanego w mrozach talentu.

Krystian Prusak

41 dni nadziei

Tytuł oryginalny: „Adrift”

Rok: 2018

Gatunek: przygodowy, melodramat

Reżyser: Baltasar Kormákur

Występują: Shailene Woodley, Sam Claflin, Jeffrey Thomas i inni

Dystrybucja: Monolith Films

Ocena: 2,5/5