„Lustra i pióra” – debiut reżyserski Caia Chengjie – zręcznie łączy dokumentalistyczną surowość z elementami realizmu magicznego. W czarno-białych statycznych ujęciach zawiera esencję życia w ciągłej drodze i na obrzeżach. Okazjonalnie tylko wprowadza kolor w sekwencjach wizji czy snów. Czasem także nadaje barwy pojedynczemu elementowi w kadrze, jak żarzący się węgiel czy choinkowa lampka. To tli się nadzieja, która umiera ostatnia. Mimo niewątpliwie trudnego tematu, jakim jest ostracyzm wobec odmienności, reżysera nie interesuje ciągłe epatowanie cierpieniem, choć bolesnych scen nie unika.
Protagonistka to charyzmatyczna i energiczna kobieta, która z gracją potrafi odpierać zadawane ciosy, a wyrządzane jej zło przekuwać w dobro ogółu. Niektóre sytuacje podszyte są nawet subtelnym humorem, a świetna mimika Tian Tian je uwydatnia. Z czasem bohaterka staje się kimś w rodzaju lokalnej superbohaterki, do której ludzie przekonani o jej mocach zgłaszają najróżniejsze problemy: od przywołania ducha zmarłego po magiczne przemienienie płci dziecka w łonie matki. Er-hao zaczyna parać się szamanizmem i przyswajać animistyczne rytuały trochę na przekór i od niechcenia, sama do końca nie wierząc w skuteczność tego typu praktyk.
Film uwypukla ogromną hipokryzję i powierzchowną duchowość mieszkańców wiosek. Ich podejście do religii jest czysto roszczeniowe i akceptują, a wręcz wielbią Er-hao tylko do momentu, w którym sądzą, że dzięki niej mogą coś dla siebie ugrać. Po spełnieniu „życzenia” znów staje się wiedźmą, którą należy spalić. „Lustra i pióra” to co prawda kolejna z ostatnich produkcji podejmująca tematykę represjonowania kobiet, ale stanowi to tylko punkt wyjścia do wielu innych tematów. Warto sięgnąć po dzieło łączące mistycyzm, zadumę nad społeczną i moralną kondycją człowieka oraz obrazujące nieustępliwość w walce o godność.