W przedziwnej sytuacji znajduje się osoba stawiająca sobie za cel zrecenzowanie najnowszego spektaklu Teatru Powszechnego w Warszawie. Można mieć szczere intencje, ale na samych elementach teatralnych nie sposób się skupić. "Mefisto" w reżyserii Agnieszki Błońskiej wymaga opowiedzenia się po jednej ze stron konfliktu politycznego. Jesteś z nami albo przeciwko nam. Tertium non datur.

Przeszłość miesza się z teraźniejszością, fikcja z rzeczywistością, a marzenia z najgorszymi snami. Aktorzy Teatru Powszechnego lawirują pomiędzy różnymi konwencjami, próbując odpowiedzieć na pytanie, kim jest aktor i jaką ma rolę do spełnienia - nie tylko teraz, w tym konkretnym momencie politycznym, ale również w sensie ogólnym. Korzystając z powieści Klausa Manna, filmu Istvána Szabó oraz własnych doświadczeń, przedstawiają Polskę jako kraj nie dla aktorów, gdzie ceną za nonkonformizm oraz walkę z władzą jest lęk o przyszłość oraz najbliższych.

Czegóż w tym spektaklu nie ma... Widz otrzymuje wywar z teatru politycznego, cytatów wypowiedzi ludzi związanych z teatrem, piosenek śpiewanych na żywo, kankana i licznych nawiązań do "Klątwy" Olivera Frljicia. Po tej mieszance pozostaje jednak niesmak. Przygotowany przez Joannę Wichowską tekst jest bowiem niczym więcej, jak tylko wykrzyczanymi sloganami nieniosącymi za sobą żadnej głębszej treści. By jednak dojść do takiego wniosku, należy najpierw "wgryźć się" w tkankę spektaklu i krok po kroku przedstawiać hipokryzję twórców. "Mefisto" wymyka się bowiem typowym recenzenckim narracjom. Zastanawianie się nad scenografią czy grą aktorską jest wtórne wobec głównego tematu - sposobu poradzenia sobie z obecną władzą - i musi odejść na dalszy plan, pozostawiając miejsce na debatę polityczną. 

„Polityka nigdy mnie nie obchodziła, wiec czemu teraz miałbym się nią interesować? Jedyną formą wolności jest dla mnie teatr. Jestem aktorem: chodzę do teatru, gram swoje role i wracam do domu. To wszystko” - ta wypowiedź głównego bohatera "Mefista", Hendrika Höfgena (Arkadiusz Brykalski), zostaje szybko zdezawuowana przez twórców. Koniunkturalna postawa artysty jest traktowana jako zaprzedanie duszy, bo przecież nie można ciągle grać, gdy Titanic tonie. Pojawia się zatem pytanie, kim ma być aktor, skoro jednocześnie jego "dźwiganie" Szekspira czy innych wielkich pisarzy i podejmowanych przez nich tematów, również jest ośmieszane przez postać graną przez Karolinę Adamczyk. Może to trybun ludowy wyrażający wściekłość na establishment? A może to przedstawiciel grupy "oderwanej od koryta", walczący o powrót do tego, co było? Tego się niestety nie dowiemy, bo aktorzy ironicznie podszywają się pod kolejne postawy i ośmieszają je. Karolina Adamczyk z powiewającą biało-czerwoną flagą huśta się nad głowami widzów i śpiewa "Forever young". Oskar Stoczyński rapuje "ku pokrzepieniu serc". Klara Bielawka żali się na redaktorkę pewnego czasopisma, która nie chciała opublikować z nią wywiadu, bo był zbyt ambitny (można było przecież rozmawiać o kolorach szminek), a Grzegorz Artman walczy z sumieniem niepozwalającym mu się płaszczyć przed władzą z Nowogrodzkiej. Wychodzi zatem na to, że powinnością aktora, niezależnie od jego przygotowania merytorycznego, jest walka na barykadach o wolność, równość oraz sprawiedliwość. Jak gdyby to było wpisane w DNA tego zawodu. A kto tego teraz nie robi, ten faszysta.

Może to jest złośliwość, ale trudno po raz kolejny przyjmować tak dużą dawkę hipokryzji, tym razem serwowaną przez Agnieszkę Błońską oraz aktorów. Wprawdzie teatr ma być finansowany ze środków publicznych, ponieważ ma spełniać ważną rolę w życiu społecznym, ale to wcale nie przeszkadza w tandetnej i niepopartej żadnymi argumentami krytyce wspólnoty. Trudno przecież poważnie traktować swobodne łączenie polskości oraz katolicyzmu z faszyzmem i chęcią anihilacji przeciwników. Wprawdzie bez pluralizmu nie ma zdrowego społeczeństwa, ale gdy osoba wyznająca inne wartości zostaje dyrektorem teatru, to już całe środowisko traktuje to jako niepożądaną anomalię. W "teatrze, który się wtrąca" można dowolnie obrażać kolejne grupy, ale już riposta jest traktowana jako atak na niezależność artystyczną. Podkreślane jest męczeństwo aktorów z Powszechnego, podczas gdy czymś normalnym jest środowiskowa anatema rzucona na aktorów sympatyzujących z przeciwną opcją polityczną. Sprzeczności można by wymieniać bez liku.

Jako że obecna sytuacja wciąż jest porównywana do historii III Rzeszy, to nie ma w "Mefisto" miejsca na żadne puszczanie oka czy metafory. Obuchem przez łeb, jak krowie na rowie, trzeba wytłumaczyć widzom, kto dobry, a kto zły. Bardziej to przypomina wiec sympatyków jednej partii niż spektakl teatralny. Skoro jednak nie czas żałować róż, gdy płoną lasy, to wszelkie niuanse muszą odejść w zapomnienie. Razi agresja w doborze argumentów oraz ich powierzchowność. Wulgarne wyśmianie przeciwnika może wywołać niekiedy uśmiech na twarzy, ale to stanowczo za mało, by coś zmienić. A koniunkturalne podpinanie się do "Klątwy" Frljicia? Nie bawią fałszywe przeprosiny za sceny, których w spektaklu Chorwata nie było. Płynna granica pomiędzy aktorami oraz postaciami to znowu wyraz pustego gestu oraz wygodnego wytrychu. Błońska nie problematyzuje podejmowanych tematów, tylko ponownie celuje w wywołanie skandalu. Postdramatyzm nadal obowiązuje, ale gdy pojawiają się problemy, to znowu wraca tradycyjne myślenie o teatrze.  Grunt, to maksymalnie wyolbrzymić wady przeciwnika i tłuc w nie, jak popadnie, a w razie problemów skryć się za ideą teatralnej fikcji na scenie. Tym razem ta strategia nie powiedzie się. 

I tak to się wszystko u nas toczy. Lewak i faszysta w jednym stoją domu. Ciągle narażeni na przemoc symboliczną oraz fizyczną, coraz bardziej toną w poczuciu frustracji oraz lęku, w żaden sposób nie przestając dehumanizować przeciwników. Sztuka staje się zaś orężem, bez którego trudno zdobyć potrzebny rząd dusz. Wydaje się jednak, że wszyscy na tym korzystają. I w tym może tkwić niezamierzone kuglarstwo "Mefisto". Jak gdyby w obecnej sytuacji każdy potrzebował swojego diabła-idei, któremu mógłby oddać duszę, ponieważ w przeciwnym razie znalazłby się na obrzeżach konfliktu, na marginesie życia społecznego. Jak gdyby wciąż ucieleśniał się najgorszy sen Gombrowicza o potrzebie Polaków do odtwarzania nierealnych wizji oraz popadania w wyniszczające konflikty, zbiorową martyrologię oraz fantastyczny mesjanizm. 

 

 

[Zdjęcia pochodzą ze strony internetowej Teatru Powszechnego]

Marcin Kempisty
Marcin Kempisty

Mefisto


Rok: 2017

Twórcy: Agnieszka Błońska

Teatr: Teatr Powszechny w Warszawie

Występują: Karolina Adamczyk, Klara Bielawka, Aleksandra Bożek, Maria Robaszkiewicz, Grzegorz Artman, Arkadiusz Brykalski, Oskar Stoczyński