Always On My Mind – recenzja filmu „Matthias i Maxime”

Always On My Mind – recenzja filmu „Matthias i Maxime”

Xavier Dolan, od kiedy, przekraczając smugę cienia wellesowskich 26. urodzin, wyrósł z tytułu genialnego dziecka kina indie, miał trochę pod górkę. Już odbiegający od jego dotychczasowych zainteresowań thriller Tom budził wątpliwości, canneński hit To tylko koniec świata bardzo podzielił publiczność, a porażka artystyczna anglojęzycznego The Death and Life of John F. Donovan była tak dotkliwa, że niemal żaden dystrybutor poza Kanadą nie odważył się wypuścić filmu do kin. Teraz, ze swoim obrazem Matthias i Maxime, reżyser wraca do podstaw, bez estetycznych wolt i gatunkowych mieszanek, a i tak dostaje cięgi od wielu krytyków, bo “się powtarza” i nie opuszcza strefy komfortu. Czy słusznie?

Wino, kurtuazyjne formułki, ping-pong truizmów w kolejnych dyskusjach o sztuce i polityce, oraz przymusowy seans pretensjonalnej etiudy czyjejś nieznośnej siostrzenicy. Nawet jeśli widz nie wywodzi się z inteligenckiego domu, a chociaż jeden wieczór spędził w podobnym otoczeniu, bez trudu rozpozna specyfikę towarzystwa, w jakim obracają się tytułowi bohaterowie. Nie dziwota, że choć dobiegają trzydziestki, cały czas ciągnie ich do beztroskich domówek jak w liceum, odkopywania starych gier imprezowych, miotania celnymi, popkulturowymi punchline’ami, czy przypominania sobie pierwszych homoseksualnych doświadczeń… 

Matthias (Gabriel D’Almeida Freitas) to ten bardziej stabilny z dwójki starych, szkolnych przyjaciół. Jest w szczęśliwym związku, ma dobrze płatną pracę w korporacji i gdy jest potrzeba zabawienia szczególnie ekscentrycznego i wymagającego klienta, jego szef wie, że może liczyć na niezrównaną charyzmę i profesjonalizm Matta. Max (Xavier Dolan) natomiast, wciąż mieszka z toksyczną matką (Anne Dorval, w kreacji bardzo odmiennej od Mamy), ma problemy z samooceną (drastyczne przebarwienia skóry są tu aż nazbyt jaskrawym zabiegiem w charakteryzacji bohatera), a wymarzony wyjazd do Australii, ciągle odwlekany z przyczyn losowych, staje się metaforą z jednej strony jego niemożności ucieczki od niesatysfakcjonującego życiowego status quo w małym mieście, z drugiej niedokończonych spraw, które musi domknąć z bliskimi mu osobami i samym sobą, akceptując własną tożsamość.

Ich, mniej lub bardziej wypierane, ukryte pragnienia wychodzą na wierzch, a przynajmniej chcemy tak zakładać, w scenie realizacji wspomnianej etiudy studenckiej. Uzależniona od anglicyzmów młoda reżyserka, w swoim słowotoku dyrektyw, rzuca m.in., że chce osiągnąć efekt “impresjonistyczny, ale też trochę ekspresjonistyczny”, cokolwiek by to miało znaczyć. Dolan wcale nie udaje, że ma bardziej precyzyjny pomysł na przedstawienie spontanicznego pocałunku dwóch mężczyzn, dlatego kluczową scenę zastępuje… twardym cięciem do pustej klatki. Jeśli nawet zinterpretujemy ten moment jako świadectwo niepewności, niewiary reżysera, co do siły własnych środków filmowych, to już dalsza część filmu odwodzi od takich podejrzeń. W Matthias i Maxime chodzi właśnie o to, co niedopowiedziane, o siłę sugestii, o sekretne znaki w codziennych towarzyskich interakcjach, które odczytać mogą tylko ci, którzy znają całą historię.

Reżyser z niezwykłą wrażliwością na niuans dokumentuje ten cały proces zakochiwania się, inercji młodzieńczego “crushowania”, na które chcielibyśmy być już zbyt starzy, zbyt rozsądni. Przejawia się ono najczęściej w drobnych detalach, gestach, podświadomym papugowaniu zachowań obiektu fascynacji, nowych zwrotów zapożyczonych do naszego słownika. Dolan potrafi doskonale uchwycić te, często niezauważalne dla postronnych subtelności w naturalnie płynących dialogach. Równie umiejętnie oddaje skomplikowane stany wewnętrzne, szczególnie granego przez siebie bohatera. Rozumie trudności związane z każdą próbą „wyjścia z szafy”, konsekwencje dla wszystkich budowanych przez całe dotychczasowe życie relacji. Brakuje mu jednak pomysłu, jak w przekonujący sposób rozwiązać fundamentalny dylemat – kiedy kończy się to śmieszne, irracjonalne zauroczenie, a zaczynają się podstawy dobrze rokującego związku. Im dłużej krąży wraz z bohaterami po ich szaradach między męską przyjaźnią a „czymś więcej”, tym bardziej unika trudnych pytań i niebezpiecznie zbliża się do wysłużonych klisz komedii romantycznej – frazesów o przeznaczeniu, pocałunków w deszczu, tragikomicznych nieporozumień i cudownych powrotów w ostatniej chwili.

A szkoda, bo poza tym Matthias i Maxime, przez niecodzienną dla tego reżysera powściągliwość formalną, ma potencjał na przekonanie do siebie dotychczasowych dolanosceptyków (do których sporadycznie należałem). Niespieszna, realistycznie budowana historia obyczajowa, przyjemny humor, lekko rozedrgana kamera, minimalistyczny wystrój wnętrz, nieinwazyjna kolorystyka i… rozczarowująco mało szalony dobór piosenek. Dalekie to od ekstrawagancji i wideoklipowej estetyki Wyśnionych miłości czy utkanych z queerowych marzeń obrazów z Na zawsze Laurence. Z jednej strony zdyscyplinowany, z drugiej trochę zagubiony, niepewny, do czego właściwie zmierza. Jedno trudno podważyć  – to najbardziej udany i godny polecenia (bez przypisów z ostrzeżeniami) film Kanadyjczyka od czasu Mamy.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

Matthias i Maxime

Tytuł oryginalny: „Matthias & Maxime”

Rok: 2019

Gatunek: obyczajowy, komedia romantyczna

Kraj produkcji: Kanada

Reżyser: Xavier Dolan

Występują: Gabriel D’Almeida Freitas, Xavier Dolan, Anne Dorval i inni

Dystrybucja: Gutek Film

Ocena: 3/5