Let’s do „Glee” again! – recenzja filmu „Król rozrywki”

Let’s do „Glee” again! – recenzja filmu „Król rozrywki”

Rok 2017 w polskich kinach przyniósł nam zarówno wybitny musical („La La Land”), jak i ponadprzeciętną kreację Hugh Jackmana (w „Loganie”). Jako że bogowie dziesiątej muzy są przewrotni, nie powinno nikogo dziwić, że żegnamy go rozczarowującym musicalem z przeciętnym występem Jackmana – oto „Król rozrywki”.

Phineas Taylor Barnum to człowiek, który dał fundamenty pod dwudziestowieczną kulturę masową. Organizowanymi przez siebie występami artystycznymi i koncertami dał podstawy m.in. pod dziedzinę sztuki i popkultury, jaką jest musical. Dlatego nie zaskakuje, że zakochane w autotematyczności Hollywood w końcu wzięło na warsztat jego żywot.

W „Królu rozrywki” poznajemy bohatera już jako małego chłopca, pogardzanego syna krawca, samotnie wychowującego się na ulicach miasta. W kolejnym numerze widzimy już początek związku Barnuma z córką miejscowych bogaczy – Charity. A także narodziny ich dwóch córek. Właściwa akcja produkcji rozpoczyna się od upadku firmy, w której, pełen marzeń i odważnych planów, Phineas zarabiał na utrzymanie rodziny. Pozbawiony kolejnej pracy, postanawia, nie po raz ostatni, zaryzykować i wziąć olbrzymi kredyt na zakup wymarzonego muzeum w środku Nowego Jorku. Po początkowych niepowodzeniach decyduje się stworzyć trupę złożoną z szeroko rozumianych dziwaków i odrzutków, mamiąc ludzi tym, co straszne, obce i nietypowe.

Prawdziwy Barnum był postacią bardzo niejednoznaczną. Z jednej strony skupionym tylko na zysku socjopatą, zmuszającym pięciolatka do upijania się ku uciesze tłumów, z drugiej zaangażowanym w sprawy społeczności politykiem, aktywnie działającym m.in. przeciw korupcji i nielegalnemu lobbingowi. Jemu również przypisuje się autorstwo słynnej maksymy „co minutę rodzi się nowy frajer”. Bardzo ciekawie korespondująca z tymi podstawowymi informacjami biograficznymi wydaje mi się forma filmu

Ten musical to z jednej strony boleśnie przesłodzona i bezwstydna laurka dla protagonisty. Opowieść o wspólnocie i sile odrzuconych, zwycięskiej potędze tolerancji, przełamywania strachów oraz ograniczeń. Niczym w „Glee” poprzez muzykę bohaterowie wcześniej wyszydzani odkrywają siłę własnej wspólnoty. I dokładnie tak jak, w bardzo sympatycznym skądinąd, serialu Ryana Murphy’ego, wszystko podszyte jest warstwą zwyczajnej kalkulacji i fałszu. Dobrym przykładem może tu być wątek wielkiej miłości, granej przez Zendaye, czarnej akrobatki i dobrze urodzonego brytyjskiego biznesmena, w którego wciela się Zac Efron. Oczywiście pokazuje on siłę prawdziwego uczucia ponad uprzedzeniami rasowymi, etc. Problem w tym, że zgodnie ze starą hollwoodzką tradycją w roli czarnoskórego obiektu westchnień obsadzono aktorkę o tak jasnej karnacji, że bardzo łatwą ją wziąć za opaloną przedstawicielkę rasy kaukaskiej. Wszak ważnym liczy się by tak krytykować uprzedzenia, ale dbać przy tym o to żeby przypadkiem nikt, nie poczuł się skrytykowany. Kuriozum sytuacji podkreślała hebanowo ciemna skóra jej brata bliźniaka.

Niestety podstawową bolączką filmu Graceya nie jest wątpliwa treść i niewątpliwa hipokryzja, lecz to, co dla musicalu powinno być najważniejsze – piosenki. Utwory są skrajnie nijakie i zapomina się je jeszcze w trakcie ich trwania. Oczywiście takim gatunkowym wyjadaczom jak Jackman i Efron trudno odmówić kunsztu, ale prawie identyczne popowe aranżacje niedomagają zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej. Całości nie pomaga fakt, że strona wizualna produkcji również nie stoi na najwyższym poziomie. Feeria barw, mnogość (zapewne generowanych komputerowo) dekoracji i sprawne aktorstwo nie pozwalają się nudzić. Z drugiej strony wiele podobnych stylistycznie i rytmicznie sekwencji zwyczajnie zlewa się w całość. Nie mówiąc już nic o, bardzo nieudanym i nieciekawym, utworze wprowadzającym. W tej całej mizerii wybijają się, inne od otaczającego je tłumu: wokalny pojedynek dwóch głównych męskich bohaterów „The Other Side” i eurowizyjna power ballada „Never Enough” wykonywana przez, dubingującą w tej scenie Rebeccę Ferguson, Loren Allred.

„Król rozrywki” zdecydowanie nie jest filmem dobrym, jednak pomimo bardzo licznych wad, z których część wymieniłem w tym tekście, wciąż dość przyjemnie się go ogląda. Być może to zasługa stosunkowo krótkiego metrażu i umiejętności obsady? A może głośny i rytmiczny pop na krótką metę po prostu dodaje energii do oglądania tej nie najgorzej dramatycznie poprowadzonej historii? Niezależnie od powodów, jeśli szukacie niezobowiązującego seansu na wypad z rodziną, może to być bardzo dobry wybór. Zwłaszcza że aktorskich musicali (jeszcze?) nie dubbingują.

Marcin Prymas
Marcin Prymas
Król rozrywki - plakat

"Król rozrywki

Rok: 2017

Gatunek: Musical

Reżyser: Michael Gracey

Występują: Hugh Jackman, Michelle Williams, Zac Efron i inni

Ocena: 2,5/5