Idź i skacz – recenzja filmu „Jojo Rabbit” – Camerimage

Idź i skacz – recenzja filmu „Jojo Rabbit” – Camerimage

Oswajanie wielkich tragedii poprzez humor i karykaturę miewało różne oblicza. Bez mała 80 lat temu Charlie Chaplin śmiał się w twarz Hitlerowi, a Kapitan Ameryka pacyfikował dyktatora swoją aryjską pięścią na okładce debiutanckiego komiksu. Wiele lat później, u progu nowego tysiąclecia, Roberto Benigni złapał garść Oscarów za swoją pokrzepiającą reinterpretację doświadczenia Holokaustu Życie jest piękne, twórcy South Park rozdrapywali świeże rany po 11 września, robiąc z Osamy bin Ladena postać rodem z Looney Tunes, a nie tak dawno cały Internet kpił sobie z katastrofalnych zaniedbań radzieckich władz licznymi memami z serialu Czarnobyl. Dodajmy jeszcze poczciwego „wujka Adolfa” wśród nas w książce i filmie On wrócił, a będziemy już prawie pewni, że nie ma więcej granic do przekroczenia. Czy Taika Waititi w filmie Jojo Rabbit nie wyważa czasem otwartych drzwi?

Nowozelandzki twórca niezależny, flirtujący ostatnio z mainstreamem (Thor: Ragnarok, prawdopodobnie najciekawszy artystycznie film uniwersum Marvela) nie ma wcale ambicji łamania tabu pod pretekstem tzw. „edge’u”. Sama figura Hitlera, którą zresztą osobiście odgrywa, poza pełnieniem roli komediowej dzikiej karty, rozładowującej większość poważniejszych sytuacji, reprezentuje wszystkie młodzieńcze złudzenia na temat świata, z których każdy z nas musiał wyrosnąć. To klasyczna, ciepła narracja coming of age, w której jakby przypadkiem uczestniczy młody nazista.

Jojo (Roman Griffin Davis) ma dziesięć lat, więc jest w idealnym wieku, by przejść tę chorobę wieku dziecięcego zwaną nacjonalizmem. Z dwojga złego lepiej żeby teraz sobie pohajlował i porzucał racami, może mu się szybciej znudzi. A że jest akurat wojna, a chłopiec cierpi z powodu niedawnej śmierci siostry-gruźliczki i braku autorytetu ojcowskiego, mama Rosie (Scarlett Johansson) raczej aprobuje jego marzenie o wstąpieniu do Hitlerjugend — musi w końcu zająć czymś myśli. Szybko się okazuje, że przeszkodą w karierze Jojo jest zbędna w tej „branży” wrażliwość. Chłopiec nie potrafi nawet skręcić karku króliczkowi na rozkaz dowódcy, więc jak ma sobie potem poradzić na froncie? Na dodatek okazuje się, że w rodzinnej rezydencji małego bohatera ukrywa się kilka lat starsza Żydówka, a on zamiast widzieć w niej szczura, zaczyna dostrzegać drugą osobę, przy okazji pobudzającą nieuchronną burzę hormonów…

A, i Adolf Hitler we własnej osobie jest jego wymyślonym przyjacielem. Sama ta postać, choć wspierana ogromnym komediowym wyczuciem Waititiego, nie jest wcale najmocniejszym elementem obrazu, a niekiedy staje się wręcz ciężarem, odciągającym naszą uwagę od ciepłej i nierzadko wzruszającej historii na pierwszym planie. Najciekawsze żarty na temat nazistowskiej ikonografii czy wydarzeń historycznych (Hitler proponujący powtórkę z pożaru Reichstagu jako rozwiązanie dowolnego problemu) zostają wystrzelone w ciągu pierwszych 30 minut filmu, widz coraz bardziej przyzwyczaja się do groteskowego sztafażu, a obecność zbrodniarza jako głupkowatego kompana zaczyna traktować jak coś zupełnie normalnego.

Jest to oczywiście zabieg świadomy, który z jednej strony spełnia swój cel odczarowania historycznej traumy, odebrania jej mocy, ale z drugiej zbliża dzieło Waititiego do nastoletniego filmu o dorastaniu, jakich wiele. Choć nie brak tu wartości dodanej, niecodziennego ciężaru, to zmiany w znanej formule okazują się z grubsza kosmetyczne. Na soundtracku królują młodzieżowe evergreeny w rodzaju przeuroczo naiwnego „I Want To Hold Your Hand” Beatlesów czy potężnego „Heroes” Bowiego, tyle że w wersjach niemieckich. Jest pierwsze beznadziejne zakochanie, niezręczny kolega z nadwagą, tajemnica do ukrycia przed dorosłymi i… Stephen Merchant jako gestapowiec, którego przecież nie da się nie kochać. Wszystko bardzo znajome i wdzięczne.

I to jest paradoksalnie najbardziej zaskakujące i odświeżające w Jojo Rabbit. Film, którego podstawowym clou marketingowym jest Adolf Hitler jako komiczny i z pozoru pozytywny bohater, okazuje się tworem bezpiecznym, bez intencji szokowych i skandalizujących. To szczera, poczciwa i pozbawiona krzykliwej autoironii opowieść o naiwności młodzieńczego radykalizmu i etapach w dorastaniu, których nie da się przeskoczyć. Ma wystarczająco powodów do śmiechu i łez wzruszenia, by zadowolić każdą publiczność, a nazistowski pieprzyk skutecznie maskuje uświadomioną prawdę, że w istocie często lubimy te piosenki, które już znamy. Po wyjściu z kina więc dalej będzie siedziało wam w głowie „Heroes”, ale koniecznie w języku Goethego.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

Jojo Rabbit

Rok: 2019

Gatunek: czarna komedia

Kraj produkcji: Nowa Zelandia/USA/Niemcy/Czechy

Reżyser: Taika Waititi

Występują: Roman Griffin Davis, Scarlett Johansson, Taika Waititi

Dystrybucja: Imperial Cinepix

Ocena: 3,5/5