We Have All the Time in the World – recenzja filmu „If Beale Street Could Talk”

We Have All the Time in the World – recenzja filmu „If Beale Street Could Talk”

Jest taki znany anglosaski epitet, sophomore slump. Prawdopodobnie znacie to zjawisko choćby z wypowiedzi słynnych muzyków, którzy często przywołują pracę nad drugim albumem, jako jedną z trudniejszych chwil w ich karierze. Bo jak poradzić sobie z presją oczekiwań po debiucie, którym zachwyciło się świat? Odtwórczo powielać sprawdzone sztuczki, czy poczynić coś zupełnie z innej beczki, ryzykując wyalienowanie dotychczasowej publiki? A może coś pomiędzy? Jeśli artyście przedwcześnie się umrze, też nie dadzą mu spokoju, będą po wieki dyskutować - geniusz czy one hit wonder?

Barry Jenkins nie jest co prawda muzykiem, żyje i ma się dobrze, a film Moonlight, o czym wielu zapomina, nie był też pełnometrażowym debiutem. Mimo to, obecna sytuacja twórcy wydaje się analogiczna – ekranizacja powieści Jamesa Baldwina będzie w pierwszej kolejności rozpatrywana jako jego follow-up do tamtej ambitnej, obsypanej nagrodami, trzyczęściowej symfonii afroamerykańskiego doświadczenia. If Beale Street Could Talk jest jednak zgoła osobnym dziełem.

Tish (KiKi Layne) i Fonny (Stephan James) to młodzi ludzie, wychowujący się w tym samym sąsiedztwie. Z czasem ich przyjaźń lat dziecięcych ewoluuje w związek. Chwilowa idylla z perspektywą ucieczki od nieprzyjaznego środowiska i życia w centrum zostaje szybko przełamana, gdy dziewiętnastolatka zachodzi w ciążę i będzie musiała mierzyć się, między innymi, z agresywną dezaprobatą religijnie zaślepionej teściowej. Sprawa się komplikuje jeszcze bardziej, bo Fonny zostaje oskarżony o gwałt na Portorykance i choć wszystkie fakty zdarzenia przemawiają za jego niewinnością, to sąd pozostaje nieprzychylny, a w areszcie czeka na niego prawdziwa katorga. Bohaterka podejmuje walkę o przywrócenie godności swojemu mężczyźnie i samej sobie, a nam opowiada tę historię trudnej miłości, z perspektywy patrzącej na ukochaną osobą przez kuloodporną szybę.

Skąpane w słońcu getto Miami z poprzedniego filmu Jenkinsa, zostało zastąpione tu ciemnymi zaułkami Harlemu (nowoorleańskie Beale Street w tytule to lekka zmyłka, nazwa funkcjonuje jako symboliczna synteza trudów życia czarnoskórej klasy robotniczej ilustrowanego jazzem). Oszczędne, instynktowne i boleśnie bliskie życia pióro reżysera-autora, ustępuje gęstości i sentymentalnej manierze literata-aktywisty (dialogi i niechronologiczną narrację przejęto bezpośrednio z pierwowzoru Baldwina). Miast unikalnej opowieści o dezintegracji tożsamości jednostki, padającej ofiarą patologicznie zmaskulinizowanego środowiska, dostajemy zupełnie tradycyjny, heteroseksualny romans pięknych i życzliwych ludzi, przeżywających niemal czystą i nieskażoną nadmiernym libido miłość, na przeszkodzie której stają okoliczności społeczne. Jedynymi elementami, nakazującymi nam przywołać w myślach popisowy Moonlight, są kolejne obezwładniające wizualnie eksperymenty ze światłem Jamesa Laxtona, oraz górnolotne koncerty na fortepian i skrzypce Nicholasa Britella, tu czasem odciążone adekwatnymi szlagierami Niny Simone i Milesa Davisa.

Czy jednak ten brak spektakularnej przewrotności, pójście w bardziej konwencjonalną adaptację klasyki współczesnej literatury, czyni nowe dzieło Jenkinsa mniej interesującym? Pod skorupą warsztatowej perfekcji scenariusz zawiera w sobie wszystkie zalety i wady pisarstwa Baldwina. Na pewno jest silnie angażujący narracyjnie, z niezwykłą wrażliwością udziela bardzo indywidualnego głosu naiwnej, ale obdarzonej magnetycznym zmysłem obserwacji młodej kobiecie.

Sam romans na papierze może sprawiać wrażenie ckliwego i nieodkrywczego, ale na ekranie ożywa, dzięki wspaniałej dynamice aktorów i nagromadzeniu gustownych środków wyrazu, zapraszających widza w ich delikatnie budowaną intymność. Choć to w gruncie rzeczy złoci ludzie, którym przydarzają się niezasłużone krzywdy, to nie jest to też miłość abstrakcyjnie idealna. Są momenty w filmie, gdy wychodzą na wierzch wpływy otoczenia, w którym wychowali się ci “nieskazitelni” bohaterowie, jak napady agresji Fonny’ego, jego reakcja na sytuację, gdy Tish, stosując rozwiązania dyplomatyczne, staje w jego obronie przy konfrontacji z policjantem, co widzi on jako ujmę dla męskiego honoru. Niewiele, ale takie momenty pomagają w stworzeniu wrażenia, że to jednak prawdziwi ludzie, z własnymi potrzebami i wewnętrznymi demonami. Mniej przekonuje nierozwinięty wątek zainteresowań rzeźbiarskich bohatera.

Ta dwójka pozostaje jednak najbardziej trzymającym przy ekranie elementem historii, idealnie równoważąc cały społeczny ciężar i rozczulające ciepło w niej zawarte. Słabiej wypada natomiast wszystko, co dzieje się na drugim planie, a co jest też bolączką autora oryginału, de facto eseisty bardziej niż powieściopisarza. Wydaje się, jakoby chciał zawrzeć w tej prostej wariacji na temat Romea i Julii także element panoramy społecznej. Efektem są raczej jednowymiarowe karykatury, na czele z impulsywnymi patriarchami, egzaltowanymi fanatyczkami, rasistowskimi policjantami czy kuriozalnym “dobrym Samarytaninem” w osobie Żyda – właściciela kamienicy, pojawiającego się w najbardziej przyjemnie przesłodzonej scenie filmu.

Nie ma tu jednak ambicji na szerszą diagnozę rzeczywistości społecznej. Nacisk pada na bardzo indywidualne doświadczenia bohaterki dotyczące skorumpowanego wymiaru sprawiedliwości, więziennego piekła odczuwanego na zewnątrz murów, czy społecznego ostracyzmu. Poruszony jest też wątek traumy gwałtu, trudny problem odpowiedzialności moralnej ofiary za mylne zidentyfikowanie sprawcy pod presją i choć film nie ma odwagi drążyć dalej, to pozostawia widza z dojmującym wstrząsem i poczuciem rozdarcia, wspieranym świetnym epizodem Emily Rios.

I właśnie to, jak sądzę, najlepiej charakteryzuje zarówno film Jenkinsa, jak i ujęcia doświadczeń czarnoskórych w twórczości Jamesa Baldwina. Nie są to wybitne intelektualnie teksty do kompleksowej analizy i rozkładania na czynniki pierwsze, a dzieła które się przeżywa. Grają na emocjach, konstruują uproszczoną wizję rzeczywistości, ale przede wszystkim osiągają swój najważniejszy cel – budują w odbiorcy empatię, szczególnie dla nieobecnych dotąd w sztuce bohaterów. Robił to doskonale, może i bardziej wyszukanymi metodami Moonlight, ale film If Beale Street Could Talk wcale nie jest w tej dziedzinie gorszy, a na pewno równie zachwycający estetycznie.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

If Beale Street Could Talk

Tytuł oryginalny: If Beale Street Could Talk

Rok: 2018

Gatunek: dramat

Kraj produkcji: USA

Reżyser: Barry Jenkins

Występują: KiKi Layne, Stephan James, Regina King i inni

Ocena: 3/5