WSTĘP

Twórczość Lava Diaza to zjawisko. Wynikające między innymi z naturalnej potrzeby przesuwania granicy. Moja ciekawość zawsze kazała mi szukać ekstremum w różnych dziedzinach. Kino, co rusz udowadnia, iż zawsze może być brutalniejsze, intensywniejsze, bardziej intertekstualne. A że filmami rządzi też czas, możemy też zadać sobie pytanie, ile wytrzymamy na pojedynczym seansie? Czy ekstremalnie rozciągnięty metraż pozwoli zatrzeć granicę między rzeczywistością ekranową a realną? Z „czasem” igrał już Andy Warhol, choć śmiem twierdzić, nie odnalazł jeszcze pełnych zasobów wymiaru, jakim dysponował. Jeśli jednak spojrzeć choćby na twórczość Beli Tarra, wyraźnie widać, że powolne ujęcia mogą kryć w sobie hipnotyzujące piękno oraz korespondować z treścią. Slow ciemna umieszcza nas w roli podglądacza, cichego obserwatora ukrytego za weneckim lustrem.

Lav Diaz idzie o krok dalej. Chce byśmy, poprzez obiektyw spojrzeli na cały naród. Każe godzinami zwiedzać Filipiny. Topi nas w codzienności mieszkańców. Tak długo jesteśmy z nimi, aż zaczynamy znajdować cechy wspólne, zrozumienie, wczujemy się w sytuację.  To nie szarlatańskie sztuczki człowieka, któremu obcy montaż, a namacalna magia kina. Zapraszam do podróży przez wybrane rozdziały w filmografii Lava Diaza. Codziennie zatrzymam się na jednym przystanku, by pochylić się nad dziełem z różnych okresów twórczości tego nietuzinkowego reżysera. Przez tydzień na tej stronie będzie pojawiał kolejny rozdział, aż do odwołania. Ostatnim będzie omówienie „Z tego, co było, po tym, co było”, obecnie wyświetlanego na serwisie MUBI. Tam też obejrzałem większość dzieł Diaza, ponieważ wciąż trwa jego retrospektywa.

 

ROZDZIAŁ I - Evolution of a Filipino Family

Przed tym filmem było coś wcześniej, ale o tym, co nastało po nim mówi się najgłośniej. „Ewolucja rodziny Filipińskiej” z 2004 roku, jest dziełem Diaza wyznaczającym kierunek jego późniejszej twórczości. Przełomem. Czymś, co nie wzięło się znikąd (o tym jeszcze opowiem), ale stało się najbardziej reprezentatywne dla reżysera.

Seans stanowi niewątpliwe przeżycie. To trwający 620 minut (przynajmniej w wersji dostępnej na MUBI) obraz Filipin w latach 80. Zaczynający się jak rasowe slow cinema, od kilku- do kilkunastominutowych scen ukazujących codzienność bohaterów. Następnie przechodzi powoli w opowieść o ich dramatach. Dopiero około trzeciej godziny jesteśmy w stanie rozróżnić konkretne wątki, a wtedy twórca bez oporów pozwala sobie rozwinąć następne. Diazowi nigdzie się nie spieszy. Chce by kamera zarejestrowała wszystko, co mu leży na sercu. Poznajemy styl życia jego rodaków (tak bliski portretowi polskiej wsi, jaką pamiętam przed laty), pasje (ulubione radiowe audycje są wysłuchiwane z całą rodziną po obiedzie) oraz szereg problemów zgotowanych przez los. Poszczególne nowele czasami się urywają, czasami doczekują swego finału. Nie należy ich traktować na równi, bo żadna nie ma swej wagi. Diaz nie kalkuluje, pozwala historiom trwać, dopóki same nie odpłyną gdzieś w dal.

Jednocześnie, gdy twórca postanawia powiedzieć coś wprost, nie krępuje się. Między historiami pozwala zaistnieć krótkiemu komentarzowi dotyczącemu kina filipińskiego. Ten film rozdziera ramy „poprawności” w szerokim tego słowa znaczeniu. Jeśli chce być dosadny, bez skrępowania skręca w tę stronę. Jeśli postanawia operować metaforami, nie widzi przeszkód. To dzieło swobodne, co wcale nie wprowadza poczucia zagubienia, a tylko podkreśla jego wyjątkowość. Nawet gdy głosy z offu ubierają swoje słowa w poetycki język, nie czułem fałszu, a świadomość tego, co się opowiada.

Na sam koniec dodam, że ten obraz zawiera chyba najlepszą scenę, jaką dane mi było zobaczyć w filmach slow ciemna. Mowa o zakończeniu wątku bohatera imieniem Kadyo. Choćby jedno cięcie montażowe zniszczyłoby ten moment. Niebywałe, reżyser specjalnie na sam koniec tak długiego obrazu zostawił ujęcie, które ogląda się z autentycznymi ciarkami. Jeśli nawet powątpiewałem w sens tak rozwlekłej opowieści, ostatnie minuty rozwiały moje obiekcje. To obraz idealny by rozpocząć przygodę z Diazem. Nie widzę lepszego wyboru.

 

ROZDZIAŁ II - Z tego co było, część 1: kino gatunkowe

Na wstępie złamię zasadę, którą jeszcze wczoraj ustaliłem i omówię dziś dwa filmy. A co mi tam... Po "Ebolusyon ng isang pamilyang pilipino" kino Lava Diaza zyskało na znaczeniu, a także popularności. Nie ciekawi was jednak co było wcześniej? Mnie okropnie. Okazuje się, iż Diaz imał się kina akcji, które zawierało punkową duszę. W tych obrazach jednostki za pomocą pistoletów były zmuszone walczyć z władzą ciemiężącą obywateli. To wciąż był komentarz do sytuacji Filipin, ale jakże nietypowy dla tegoż twórcy. Zapraszam więc na podróż do przeszłości...

W 1998 roku Diaz debiutował filmem "Serafin Geronimo: Ang kriminal ng Baryo Concepcion". Dzieło o "stosunkowo przyzwoitym" metrażu (132 minuty), nakręcone w kolorze, korzystające z tradycyjnej narracji filmowej, bez cienia symboliki. Choć jednocześnie stanowiące swego rodzaju wariację na temat "Zbrodni i kary". Nie trzeba być geniuszem, żeby to odkryć, cytat z Dostojewskiego wita nas na wstępie. Film opowiada o Serafinie, ubogim farmerze, który przyjeżdża do wielkiego miasta, by opowiedzieć prasie swoją historię. Elvira, dziennikarka zajmująca się sprawami porwań (w jej mniemaniu mających podłoże polityczne), decyduje się wysłuchać bohatera. Szybko przekonujemy się że Serafin brał udział w jednym z uprowadzeń. Niegdyś zmuszony do okropnych czynów przez trudną sytuację materialną, dziś jest w stanie wyznać swoje winy. 

Ledwo, ale da się poznać, że to dzieło Diaza. Sugeruje to jedynie zaangażowanie w sprawę filipińskich chłopów i kilka charakterystycznych obyczajowych wątków. W żadnym wypadku nie mamy jednak do czynienia z slow cinema. Z kinem akcji zresztą też niekoniecznie, mimo obietnic dystrybutorów. To rozwleczona do granic możliwości historia pewnego porwania, przyozdobiona jałową gadaniną. Jakkolwiek to nie brzmi dziwnie w stosunku do Diaza, niestety tym razem jego film okazał się za długi. A dlatego to że nie ma wiele do opowiedzenia. Przez pierwszą godzinę fabuła stanowi suchy zarys sytuacji, dopiero w drugiej części robi się z tego sztampowy thriller. I mówię to bez cienia żartu, wtedy dopiero byłem w stanie docenić omawiane dzieło. Widać było że Diaz próbował wykrzesać z widzów emocje, a to szokując scenami egzekucji, a to kiedy indziej wzruszając nas dość oczywistym twistem. Próby te choć nieudane wprowadziły przynajmniej dynamikę. Patrząc z perspektywy czasu, "Serafin Geronimo" jawi się jako najgorszy utwór reżysera. A jednocześnie stanowiące prototyp następnego, które tu omówię, czyli przynajmniej na coś się zdało.

"Hesus rebolusyonaryo" z 2002 roku okazało się godnym rozwinięciem wątku samotnego buntownika odkupującego swe winy. Mało tego, Diaz zaszalał na całego, realizując antyutopijny thriller osadzony w niedalekiej przyszłości Filipin. Świat jutra w obiektywie Diaza jawił się jako obraz militarnego państwa tłamszącego biedotę w zrujnowanych slumsach. By nadać klimat swej wizji, niemal wszystkie sceny dzieją się w nocy, a mury zdobią hasła wzywające do rewolucji. 

Tytułowy bohater, Hesus zostaje zmuszony przez przełożonych do zabicia ludzi, z którymi dotąd pracował. Zadanie wykonuje, ale wywiązuje się strzelanina, w wyniku której zostaje ranny. Podczas powrotu do zdrowia, uświadamia sobie jak wielkim błędem było przyjęcie rozkazu. Postanawia zemścić się na swoich pracodawcach, a jako zawodowy morderca nie cofnie się przed żadną przeszkodą. 

Daleki jestem od uznania tegoż dzieła za w pełni udane. Przyznać jednak muszę, to fascynujące, jakimi komponentami zbudował je reżyser. Zaczyna wszystko od dziennika telewizyjnego poprzez który opisuje ukazany świat. Następnie zaskakuje scenografią absolutnie dowodzącą, iż opowieść nie dzieje się współcześnie. Prawdziwą niespodzianką jest jednak ilość scen akcji, które tutaj ujrzymy. Co 20 minut dochodzi do jakiejś strzelaniny. I choć Lav Diaz to nie John Woo, nie spodziewajcie się wymyślnych baletów śmierci, to trup ściele się gęsto. To spora ciekawostka w filmografii autora, nawet jeśli ostatecznie nie miała na nią wielkiego wpływu. Nie okłamując was jednak, to wciąż b-klasowe kino akcji. Spodziewajcie się prędzej czegoś na kształt hitu z wypożyczalni VHS niż głębokiej analizy sytuacji politycznej Filipin. Ta nastąpiła później.

 

Rozdział III - Heremias

Powróćmy do momentu, w którym Diaz nakręcił "Ewolucję rodziny Filipińskiej". Na pewno zmęczył tym dziełem wielu widzów. W końcu to trwająca ponad 11 godzin epopeja. A jednak oglądanie tego nie jest tak trudne, jak może się wydawać. Jeśli przyjrzeć się bliżej, zauważymy, iż opowieść dzieje się na przestrzeni wielu lat, a postaci mamy mnóstwo. Epizodyczny charakter zdecydowanie ułatwia oglądanie tak długiego obrazu. Gdyby wyodrębnić poszczególne wątki, nie jestem pewien czy którykolwiek przekroczyłby 2 godziny. Tymczasem kolejny film Filipińczyka, "Heremias (Unang aklat: Ang alamat ng prinsesang bayawak)" z 2006 roku, dotyka losów zaledwie jednej osoby.

Metraż omawianego tytułu liczy sobie ponad 9 godzin. Przez cały ten czas widz będzie kompanem tytułowego wagabundy.  Heremias to jeden z obwoźnych sprzedawców przemierzających Filipiny. W czasie kolejnej podróży coś w nim pęka. Pragnie poznać świat na własną rękę. Opuszcza towarzyszy, kierując się w zupełnie nieznane rejony kraju. Przy sobie ma jedynie sklep na kółkach, w którym mieszka i krowę juczną, od zawsze mu towarzyszącą w wyprawach handlowych.

Powyższym opisem zdradziłem wam w zasadzie pierwsze dwie godziny opowieści. Bym zaczął odróżniać głównego bohatera od reszty sprzedawców musiało minąć 70 minut. Punkt zwrotny, nadający istotne znaczenie fabule następuje w okolicach trzeciej godziny. Czekanie jest nieodłącznym elementem tego filmu. I choć między scenami ukryty jest często jakiś przekaz, nawet gdy go odkryjemy, Diaz każe nam jeszcze przez chwilę obserwować niekończącą się podróż bohatera. To olbrzymie wyzwanie.

Historia jest tu bardzo surowa. Główny bohater to prosty człowiek, który zdaje sobie sprawę ze swoich potrzeb, ale nie zawsze potrafi wprost powiedzieć czego chce. Dialogi zresztą najczęściej stają się istotne, dopiero gdy po jakiejś bełkotliwej gadaninie przestaniemy się nimi interesować. To trudna sztuka, by wyłowić z tego dzieła jego piękno. A jednak satysfakcjonująca. Jestem chociażby pewien, iż bohater został napisany z wielką konsekwencją, mimo pozornego bezsensu jego działań. 

Osią filmu jest tułaczka po Filipinach, a osoby które spotyka po drodze Heremias wydają się reprezentatywne dla kraju. Plenerami są głównie wiejskie regiony, małe miasta, opuszczone domostwa. Reżyser zagląda między różne grupy społeczne, pozwala zerkać na ich codzienność. Gdzieś w połowie seansu film niemal staje się afabularnym obrazem kręconym z perspektywy pierwszej osoby, podpatrującym ludzi podczas zwykłych czynności/rozmów. Tę część dzieła wieńczy ponad godzinne ujęcie, ukazane oczami bohatera. Pozornie nieistotna scena, ale jakże spuentowana. Ale jak wspomniałem, ten film taki jest. Jeśli pozwolimy mu wybrzmieć, trafi w nas niespodziewanie. Jeśli zaś nas znudzi, czasami możemy przegapić istotny dialog, bądź wydarzenie.

Mimo swej wyjątkowości "Heremias" to w gruncie rzeczy proste kino. Historia ma niewiele zakrętów, dłużyzny nie zawsze cokolwiek znaczą, dużo zależy niestety od humoru oglądającego. Nachalnie pojawia się tutaj też muzyka gatunkowo bliska klimatom noise/drone. Uwielbiam ją tak samo jak reżyser, ale nie widzę wyraźnego uzasadnienia w wyborze tła dźwiękowego. To niby niewielkie problemy, jednak jeśli je połączyć budzą wątpliwości. Nie zmienia to stanu rzeczy. Mamy do czynienia z wyjątkowym dziełem Diaza, zajmującym ważne miejsce w jego filmografii.

 

Rozdział IV : Z tego co było, część II: Naked Under the Moon

Przenieśmy się jeszcze na chwilę w przeszłość. Do czasów, gdy filipińskie kino nie przekraczało jeszcze 4 godzin metrażu. Pierwszym filmem Diaza zdradzającym jego zamiłowanie do subtelnych historii o ludziach z nizin społecznych było "Hubad sa ilalim ng buwan" co można tłumaczyć jako "Naga pod księżycem". Nakręcił ten obraz w 1999 roku, w kolorze. Mam wrażenie, że to dzieło najbardziej odbiło się na jego późniejszej twórczości.

Bohaterami historii jest rodzina zmuszona do opuszczenia miejskiej aglomeracji. Powodem jest bankructwo ich wspólnego interesu. Z podkulonym ogonem wracają na wieś, gdzie się wychowali, by tam spróbować zacząć wszystko od nowa. Na miejscu dopadają ich demony przeszłości. Zwłaszcza Lermę, jedna z młodszych kobiet w familii, która jako dziecko została zgwałcona w pobliskim lesie. Po powrocie dziewczynę nawiedzają dziwne sny. Zaczyna również lunatykować, co niepokoi resztę domowników.

Na samym początku znajdziemy bardzo istotne powiązanie z późniejszą twórczością Diaza. Reżyser bardzo chętnie zagląda do głów bohaterów, gdy Ci śpią. Trzeba przyznać, nigdy nie robił tego tak pomysłowo jak w tym filmie. Sny przypominają niepokojące surrealistyczne wizje. Nadają obrazowi poetyckiej wymowy, którą zapowiada już sam liryczny tytuł. Pierwsza połowa filmu jest bardzo estetyczna, nie tylko dzięki pomysłowej narracji, ale również częstemu używaniu w kadrze pięknych wiejskich plenerów. Kamera często nawet opuszcza zupełnie postaci, by skupić się na polach, jeziorach i drzewach.

Niestety później reżyser porzuca oniryzm na rzecz realizmu. Wtedy jest zdecydowanie gorzej. Dlatego iż jeszcze nie nauczył się naturalnie zarysowywać dramatu postaci. Aktorzy podczas dialogów idą w przesadę. Ostatecznie miast przyjąć ich perspektywę, wciąż jesteśmy świadomi, iż ich życie to tylko kiepska telenowela. Za nic nie znajdziemy tutaj spontaniczności późniejszych dzieł Diaza. Zastępuje je sztuczny lament i zgryzota. Szkoda zmarnowanego potencjału, bo ze wszystkich wczesnych filmów Filipińczyka, ten najbardziej przygotowuje nas do tego, co nastąpi za kilka lat. Omawianego tytułu nie traktowałbym już w kategorii ciekawostki. Bez przeszkód warty jest włączenia go do retrospektywy reżysera, jeśli tylko ktoś kiedyś taką zorganizuje.

 

Rozdział V - Melancholia

Lav Diaz dał się poznać szerzej polskiej publiczności za pośrednictwem festiwalu "Filmy Świata Ale kino!". W ramach jednego z pokazów wyświetlono prawie ośmiogodzinną "Melancholię". Później po internecie rozeszły się skrajne opinie. Jedni zachwalali awangardowość dzieła, inni stwierdzali, iż oglądanie tego na dużym ekranie to czysty masochizm. Ostatecznie jednak filmy reżysera i określenie Nowe Kino Filipińskie zaistniało w naszej świadomości. Od tego momentu rodzime festiwale raczej go nie omijają. A sama "Melancholia" słusznie uchodzi za pozycję obowiązkową w filmografii Diaza.


Omawiany obraz opowiada o utracie tożsamości narodowej. Reżyser przybliża nam losy trojga Filipińczyków- zakonnicy, prostytutki i alfonsa. Z czasem uświadomimy sobie, że nie każdy jest tutaj tym, kim się wydaje. Przeszłość, jaką za sobą zostawili sprawia, iż niby archetypiczne postaci nie będą łatwe do zanalizowania. Zresztą dalekie ujęcia zostają tutaj wykorzystane, by zmylić widza. Kamera dystansuje się wobec bohaterów, znane postaci można wziąć za kogoś innego. Cele takiego zabiegu są dwa. Pierwszym jest zasianie wątpliwości względem charakteru uczestników opowieści. Tutaj pozory są złudne, jak zresztą w życiu gdzie najczęściej pierwsze wrażenie skłania nas do wydawania błędnych osądów. Drugi powód jest jeszcze ciekawszy. Lav Diaz chce by bohaterowie w pewny sensie zyskali anonimowość. A tym samym każdy Filipińczyk mógłby się z nimi utożsamić. Pełni wątpliwości względem własnego pochodzenia, rozdarci, zagubieni. Czy lepiej jest wyprzeć przeszłość? A może lepiej jej poszukać bez względu na to, jak bolesna okaże się prawda? Nad tym medytuje "Melancholia".

W przeciwieństwie do "Heremiasa" ten film nie wymaga olbrzymich pokładów cierpliwości. Bohaterów poznajmy dość szybko, choć by ich problemy stały się nam bliskie, musi minąć trochę czasu. Diaz umie go jednak wypełnić. Sukcesywnie zmienia miejsca akcji, wprowadza retrospekcje, nawarstwia dialogi. To dzieło, które zwalnia dopiero w końcowych aktach. Reżyser nie byłby sobą, gdyby nie pozwolił sobie na eksperymentalne wstawki muzyczne i filmoznawcze. Jednak nawet one jakoś nie wybijają z rytmu, stanowią bardziej przerwę na przemyślenia. Kompozycja całości jest bowiem bardzo konsekwentna.

"Melancholia" to koniec końców kolejny film o ojczyźnie reżysera. Miejscu smutnym, bo naznaczonym smutną historią. Tutaj często pada, a uliczny brud rozlewa się po chodnikach. Niektóre rzeczy wychodzą na wierzch, inne spływają w pobliskich rzekach. Jednak świadomość nie ulega żadnej korozji. Poznamy trzy drogi radzenia sobie z traumą. Sami zdecydujmy, która z nich jest najlepsza.

 

Rozdział VI - Century of Birthing

W 2010 roku Lav Diaz nie wypuścił żadnego filmu. Pewnie wziął urlop... Albo dopadł go kryzys twórczy. To drugie jest możliwe, jeśli wziąć pod uwagę, że o tym opowiada właśnie "Siglo ng pagluluwal" (2011). Diaz napisał swoje własne "Osiem i pół", w którym zadaje pytanie o sens tworzenia. Kto jak kto, ale człowiek robiący zazwyczaj kilkugodzinne slow cinema przedstawiające filipińskich wieśniaków podczas codziennych czynności faktycznie powinien pogłówkować, nad tym co wyrabia. Nawet jego widzowie zachodzą w głowę, jakim cudem oglądają te filmy i... jeszcze im się to podoba.



"Century of Birthing" stanowi wielowątkową opowieść o mieszkańcach Filipin (a jakże!). Porównanie z filmem Felliniego jest jednak najbardziej na miejscu. Centralnym bohaterem mianowano reżysera kina artystycznego mającego problemy z dokończeniem swego dzieła. Poznamy również kilka kobiet jego życia. Pozostałymi bohaterami są postaci z montowanego przezeń filmu oraz ludzie skupieni wokół kultu religijnego Dom Ojca Tiburcio. Grany przez Perry'ego Dizona reżyser stara się dojść do konkluzji, czym jest sztuka. Nie on jedyny traci wiarę w sens własnej misji. Na horyzoncie pojawiają się postaci z równie wielką potrzebą odpowiedzi na odwieczne pytania.

Mamy do czynienia z najtrudniejszym filmem w dotychczasowej karierze Lava Diaz. Wymagającym absolutnego skupienia. O ile oglądając "Heremiasa" mogliśmy nawet przysnąć i dalej dojść do wielu konkluzji, tutaj jest to wątpliwe. Twórca unika ekstremalnie długich scen, mnoży dialogi, przeplata linie fabularne. Jeśli nawet jakaś sekwencja jest przeciągana to, dlatego iż zobaczymy w niej rozmowę bądź monolog, nie spacery wiejskimi drogami. Dodać należy, iż żaden film Diaza nie był nigdy tak "brudny". Mamy tutaj sporo mrocznych scen dotykających kwestie gwałtów, przemocy, okaleczeń. Nakręcona rok później "Florentina Hubaldo, CTE" również zawierała takie sekwencje, ale umiejscawiała je najczęściej poza kadrem. Tu uderzają w nas bezpośrednio.

Jest wiele powodów, by znielubić ten film. Choćby dziwny rytm jakim się toczy- co rusz inne tempo i atmosfera. Ja zostałem jednak jego entuzjastą. Dostałem w końcu komentarz reżysera na temat całej twórczości. Mogłem bardziej zrozumieć jego wizje. Jednocześnie wątek poszukiwania/tracenia wiary wbudowany w fabułę jest bardzo na miejscu. Idealnie koresponduje z centralnym motywem poszukiwania własnego miejsca w życiu. Przyznaję, nie wytrzymałbym tak intensywnego, napakowanego tematami dzieła podczas wizyty w kinie. Jednak podzieliwszy sobie je na dwie części, w trakcie seansu domowego spełniło swoje zadanie.

 

Rozdział VII: Z tego, co było, po tym, co było

Ostatnia stacja naszej wycieczki. Choć nie jest to bynajmniej ostatnie dzieło Diaza. Później nakręcił jeszcze świetnie przyjętą na Berlinale "Kołysankę do bolesnej tajemnicy" oraz nagrodzoną Złotym Lwem w Wenecji "Kobietę, która wyszła". Dlaczego więc wieńczę swój cykl akurat "Mula sa kung ano ang noon" z 2014 roku? Każda z odpowiedzi jest związana z "czasem", tak istotnym, a jednocześnie nieistotnym w kinie Diaza. W chwili kiedy to piszę, macie szansę obejrzeć omawiany film. Uznałem też, że moment na taki tekst jest odpowiedni. Jestem już w stanie opowiedzieć dzieła, jakie oglądałem przez ostatni rok. Nie chcę stawiać kreski pod twórczością, która jeszcze powstaje. Dlatego zatrzymajmy się tutaj. Kto wie, może kiedyś postanowię kontynuować podróż.



"Z tego, co było, po tym, co było" przenosi nas na początek lat 70. Narrator zapewnia, że wszystko co zobaczymy, wydarzyło się na prawdę. Miejscem akcji jest mała filipińska wioska, z dala od cywilizacji. Mieszkańcy przez lata usamodzielnili się, choć ich życie dalekie jest od ideału. Kiedy zdaje nam się, że niewiele się zmienia w tym regionie , bohaterów nawiedza historia. Wielkimi krokami nadchodzą przeobrażenia burzące obecny porządek.

Jakkolwiek niepokojący wydaje się powyższy zarys fabuły, jest to bardzo nostalgiczny film. Ukazuje pogańskie Filipiny, pełne niezwykłych obyczajów i magicznych obrzędów. Zanim odejdą one w niepamięć, reżyser z fascynacją przygląda się "temu, co było". Rytuały to tylko część przeszłości, jednak tradycja mocno określa mieszkańców wioski. W nią zawierzają, gdy cierpią i gdy są szczęśliwi. Lav Diaz stara się opisać korzenie, jakie tkwiły na jego ojczystej ziemi, nim wydarła je władza.

Historie, jakie się tu przeplatają, na pierwszy rzut oka zlewają się ze sobą. To jednak stała taktyka reżysera. Gdy już poznamy klimat panujący w otoczeniu, powoli zaczniemy rozróżniać postaci. A nawet zaprzyjaźnimy się z nimi. "Z tego, co było, po tym, co było" w przeciwieństwie do "Ewolucji rodziny filipińskiej" jest obrazem, w którym każdy bohater ma mniej więcej tyle samo czasu ekranowego. Wątki w większości zdają się mieć także zakończenie. To przypomina nawet nieco serialową budowę, stawiającą na zaangażowanie widza. I rzeczywiście, najważniejsze zwroty akcji, mimo że na ogół nieakcentowane środkami formalnymi (muzyką, ruchem kamery), zazwyczaj zawierają w sobie spory ładunek emocjonalny. Ułatwia to znacznie wytrzymanie przed ekranem przez 5 godzin. Choć nie ukrywam, miałem też wrażenie, iż po pełnym odniesień do dawnej kultury początku, ten film w pewnym momencie stał się boleśnie dosłowny. Tylko czy można to uznać za wadę, zależy już od widza.

Jedno jest tutaj istotne. To chyba najpiękniejszy wizualnie film Lava Diaza. Oczywiście kręcony za pomocą statycznych ujęć, ale tak szerokich i szczegółowych, że aż się proszą o trwanie godzinami. Nie mogę oprzeć się złudzeniu, iż reżyser nieraz oczekiwał na odpowiedni wiatr, by nakręcić sceny z poruszającymi się gałęziami w tle albo przez długi czas szukał idealnych lokacji do pozornie nieistotnych fragmentów. Każda sekwencja jest niesamowicie fotogeniczna i nadaje się na materiał promocyjny. Wszystko to do teraz mieni mi się przed oczyma.

Jest to jeden z bardziej politycznych utworów autora, a przy tym bardzo czytelny. Wszakże pokazuje zmiany systemowe z perspektywy prostych ludzi. Być może w tym tkwi sukces Diaza. Nie chce on uczyć historii, chce skonfrontować nas z nią. W tym filmie wybrzmiewa to idealnie.

Adrian Burz