Władcy marionetek – recenzja filmu „Czyściciele internetu”

Władcy marionetek – recenzja filmu „Czyściciele internetu”

Niemieccy reżyserzy pochylają się nad kondycją globalnej wioski zamkniętej w okowy mediów społecznościowych. Celnie zauważają, że użytkowników Facebooka jest obecnie więcej niż obywateli jakiegokolwiek państwa na świecie. Platforma po cichu zaczęła nawet stosować metody dotąd zarezerwowane dla rządów.

Jak dowiadujemy się z fragmentów przesłuchania przed Senatem Stanów Zjednoczonych dyrektora ds. bezpieczeństwa firmy Marka Zuckerberga zatrudniają oni 10 tysięcy pracowników odpowiadających tylko za monitorowanie i cenzurowanie treści umieszczanych w ich domenie. Do końca tego roku liczba “sprzątaczy” ma się podwoić. Podobne mechanizmy obowiązują w strukturach innych internetowych gigantów, takich jak Twitter czy Google.

Tytułowych czyścicieli poznajemy w stolicy Filipin, Manili. Sytuacja ekonomiczna skłania wielu mieszkańców do pojęcia tego niewdzięcznego, choć sowicie opłacanego zajęcia. Nie są oni zatrudniani przez amerykańskich potentatów, ale przez lokalne firmy outsourcingowe. Na początku filmu codzienna rutyna cenzorów, czyli przeglądanie przynajmniej 25 tysięcy (!) zdjęć i filmów wideo zyskuje lekko diabolicznego charakteru. Moderatorzy siedzą w pustych boksach, a półmrok rozświetla złowieszczo monitor komputera. Z czasem jednak poznajemy kilka historii, które wprowadzają nieco odcieni szarości. Na ekranie zobaczymy twarze tylko tych, którzy “wymiękli” i odeszli, nie mogąc więcej znieść oglądania godzinami dziecięcej pornografii i egzekucji. Jedna z byłych pracownic wspomina, że przychodząc do Facebooka niewiele wiedziała o seksie, była zupełnie niewinna, ale obowiązkowe szkolenie zmusiło ją do poznania wszelkich tajników alkowy i bezeceństw nieśniących się nawet filozofom. Z czasem (w tym fragmencie cała sala wybucha śmiechem!) kobieta zaczęła oglądać porno w domu, a w nocy objawiają się jej wszelkiej maści fallusy.

Siłę dokumentu Riesewiecka i Blocka stanowi jego niejednoznaczność. Pokazują bowiem, że światowe marki podejmują walkę z przemysłem pornograficznym, szczególnie tępiąc oznaki pedofilii. Podobnie ma się sytuacja z oznakami terroryzmu, przemocy, wsparcia dla radykalnych ugrupowań oraz zgłoszonymi naruszeniami dóbr osobistych. Problem ma jednak drugie dno, bo w tym pędzie za poprawnością i chronieniem swoich użytkowników zostają przekroczone inne granice. Granice wolności wypowiedzi. Znamienny jest przykład artystki z Los Angeles, Ilmy Gore. Po wygraniu wyborów przez Donalda Trumpa narysowała ona podobiznę prezydenta-elekta wyposażonego w małego członka. Była to satyra polityczna, może niezbyt delikatna, acz celna, więc ciągu kilku dni została udostępniona i polubiona przez 50 milionów userów. Tymczasem po otrzymaniu skargi, moderator nie tylko usunął kontrowersyjną grafikę, ale zablokował konto Gore, będące jej jedyną galerią wystawienniczą.

Zastanawiająca dbałość o drobnostki w obliczu przechodzenia z zupełną obojętnością nad poważnymi bolączkami współczesnego świata. Facebook nie tylko przymyka oko na łamanie praw człowieka w Turcji, ale też dokłada cegiełkę do reżimu Erdoğana cenzurując posty opozycji i aktywistów. W Mjanmie dzięki mediom społecznościowym z dnia na dzień narasta etniczne napięcie między buddystami a zaledwie 4% mniejszością muzułmańską. Na islamistach Rohingja od kilku lata dokonywane są akty ludobójstwa. Mowa nienawiści płynie szerokim strumieniem (opowiada o tym zresztą szerzej inny film z festiwalu, czyli “Wielebny W.”), a zazwyczaj czujni moderatorzy wzruszają ramionami, twierdząc, że nie mogą ingerować w treść postów bez zgłoszenia nadużycia.

Wybierających się na film startujący w konkursie o Grand Prix festiwalu Millennium Docs Against Gravity pragnę przestrzec. Co wrażliwsi mogą nie wytrzymać scen, którymi raczą nas twórcy. Nie jest tego wiele, ale moje sąsiadki z rzędu odwracały z niesmakiem wzrok, gdy zbyt długo pokazywano zdekapitowane ofiary ISIS czy przypalone ciała uchodźców birmańskich. Jednocześnie, jak widać wyżej, pomimo minorowego i pełnego zadumy tonu udało się przemycić niewielką dozę humoru. “Czyściciele internetu” otwierają oczy na wiele kwestii, stawiają wiele pytań natury moralnej i skłaniają do poszukiwania odpowiedzi.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk
Cleaners plakat

Czyściciele internetu


Rok: 2018

Gatunek: dokument

Reżyser: Hans Block, Moritz Riesewieck



Ocena: 3,5/5