Berlinale 2020 – prognozy i oczekiwania

Berlinale 2020 – prognozy i oczekiwania

Tegoroczna 70. edycja festiwalu w Berlinie ma być nowym otwarciem. Zasłużonego dyrektora Dietera Kosslicka zastąpił tandem Carlo Chatrian i Mariette Rissenbeek. Włoch, krytyk i były szef festiwalu w Locarno i Holenderka, producentka i działaczka kulturalna, mają odświeżyć oblicze niemieckiej imprezy. Celem jest utrzymanie pozycji w trójce najważniejszych, obok Cannes i Wenecji, festiwali na świecie. Po składzie konkursu głównego gołym okiem widzimy, że organizatorzy postawili na twórców młodych i uznanych mistrzów kina artystycznego zamiast na głośne nazwiska. Poniżej znajdziecie nasze zwyczajowe śledztwo na temat reżyserów i ich dzieł walczących o Złotego Niedźwiedzia. A niebawem czeka na Was więcej wieści ze stolicy Niemiec od naszego korespondenta, Marcina Prymasa.

„DAU. Natasha”

reżyseria: Ilja Chrzanowski, Jekaterina Oertel

występują: Natalia Biereżnaja, Aleksiej Blinow, Anatolij Sidko i inni
gatunek: dramat
kraj: Rosja / Ukraina / Niemcy / Wielka Brytania

premiera: 26 lutego

Z pewnością nazwisko Ilji Chrzanowskiego nie mówi za wiele nawet zorientowanym kinomanom. 45-letni reżyser może po festiwalu w Berlinie stać się nową gwiazdą na firmamencie światowego kina, a wszystko za sprawą wielkiego projektu o kryptonimie „DAU”. Kilka słów o rosyjskim twórcy. Urodził się w Moskwie w rodzinie o artystycznych tradycjach. Jego ojciec Andriej jest uznanym animatorem i reżyserem (m.in. zwycięski film Sputnika 2010 „Półtora pokoju”), zaś dziadek Jurij – aktorem i reżyserem teatralnym. Ilja początkowo bardziej skłaniał się ku malarstwu i nawet podjął studia w Bonn, ale w końcu miłość do filmu zwyciężyła. Ukończył prestiżowy wydział reżyserii na Wszechrosyjskim Państwowym Uniwersytecie Kinematografii. Będąc jeszcze studentem zakwalifikował się ze sztuką „What I Feel” na Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek „Kukart” w Petersburgu. Wyreżyserował także krótki metraż „Stop” wraz z kolegą ze szkolnej ławki, Artiomem Michałkowem, synem Nikity. Potem przez jakiś czas pracował w reklamie i przy serialach telewizyjnych. W roku 2005 Chrzanowski w końcu zadebiutował w długiej formie fabularnej. „4” powstawał aż cztery lata i choć scenariusz Wiktora Sorokina w początkowej wersji zakładał krótką formę, rozrósł się do ponad dwóch godzin. Fabuła początkowo wydaje się skrajnie prosta, ot trzech obcych sobie ludzi spotyka się w moskiewskim barze i zaczyna opowiadać historie swojego życia. Z czasem widzowie nie będą mieli pewności, ile w nich prawdy, a ile kłamstw. Film pokazywano na wielu festiwalach. W Rotterdamie otrzymał nagrodę za debiut (Złoty Kaktus). Spodobał się na nowojorskiej Tribece, na Nowych Horyzontach, w Atenach, Buenos Aires, Erewaniu, Soczi. Został nominowany do Europejskiej Nagrody Filmowej.

Do Berlina Chrzanowski przyjedzie aż z dwoma dziełami. W ramach pokazów specjalnych zostanie wyświetlony dokument „DAU. Degeneratsia”. Do konkursu głównego dostał się za to „DAU. Natasha”. Oba są częścią projektu „DAU”, w ramach którego powstało w sumie 14 filmów. Pomysł narodził się już 14 lat temu. W 2006 roku Rosjanin awizował chęć jego realizacji na festiwalu w Cannes. Całość została zainspirowana książką Kory Landau-Drobancewej „Akademik Landau. Tak żyliśmy” o jej mężu Lwie, wybitnym fizyku i laureacie Nobla w roku 1962 za teorie materii skondensowanej. Szaleńczy projekt odtworzenia 1:1 warunków sowieckiego instytutu z lat 50., w jakim pracował naukowiec, zyskał dwa lata później wsparcie hojnych sponsorów (w tym bajecznie bogatego Siergieja Adoniewa). Zdjęcia ruszyły w ukraińskim Charkowie. Z 7 tygodni zrobiły się w końcu 3 lata, a budżet został przekroczony trzykrotnie. Niech o skali przedsięwzięcia powie fakt, że Moskwę z lat Chruszczowa zbudowano na 12 tysiącach metrów, zaś aktorzy żyli tam jak w reality show: ubrani w stroje z epoki (łącznie z bielizną), przystrzyżeni zgodnie z ówczesną modą, a nawet przyjmowali zapłatę w rublach z lat 50. Chrzanowski chciał dokumentować, a nie filmować. Powstało w sumie 700 godzin materiału. Nastąpił aż 7-letni okres montażu i postprodukcji. Na tym etapie zatrudniono do nagrania dialogów takich aktorów jak Gérard Depardieu, Willem Dafoe, Isabelle Huppert czy Charlotte Rampling. Co wyszło z tego monstrum? Czy to jeszcze kino czy wizja szaleńca

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

„Schwesterlein” / My Little Sister

reżyseria: Stéphanie Chuat, Véronique Reymond

występują: Nina Hoss, Lars Eidinger, Marthe Keller i inni 
gatunek: dramat
kraj: Szwajcaria / Niemcy

premiera: 24 lutego

Stéphanie Chuat i Véronique Reymond to nierozłączne przyjaciółki od jedenastego roku życia. Obie ukończyły konserwatorium w Lozannie i kontynuowały wspólnie karierę artystyczną na deskach teatru. Najpierw jako aktorki, potem już jako twórczynie, razem stworzyły wiele szwajcarskich i francuskich przedstawień. Ich przygoda z kinematografią zaczęła się od krótkich filmików przygotowanych na potrzeby własnych sztuk. To z kolei zainspirowało je do nakręcenia czterech krótkich metraży. Jeden z nich, „Berlin Backstage”, nakręcony został w berlińskiej filharmonii i wygrał w 2004 roku na Berlinale nagrodę w konkursie Berlin Today Award. Pierwszy film fabularny pań, „La petite chambre”, w którym główne role zagrali Michel Bouquet i Florence Loiret Caille, miał swoją premierę w 2010 roku w konkursie głównym na festiwalu w Locarno i był szwajcarskim kandydatem do Oscara. W 2018 roku Chuat i Reymond wyreżyserowały film dokumentalny „Les dames”, walczący potem o Szwajcarską Nagrodę Filmową.

W 2020 roku duet powraca na Berlinale, tym razem już do konkursu głównego, z nowym filmem „Schwesterlein”. Jest to historia Lisy, genialnej dramaturg, która porzuca swoją karierę w Berlinie i wraz z rodziną przeprowadza się do Szwajcarii, gdzie jej mąż prowadzi międzynarodową szkołę. Jednak kiedy jej brat bliźniak Sven, znany aktor berlińskiego teatru Schaubühne, zapada na białaczkę, Lisa powraca do stolicy Niemiec. Niestety ze względu na pogarszający się stan mężczyzny kobieta jest zmuszona zabrać brata z powrotem do Szwajcarii. Ma nadzieję, że nowe leczenie, życie rodzinne i górskie powietrze przyniosą poprawę.

Ania Grudziąż
Ania Grudziąż

„Effacer l’historique” / Delete History

reżyseria: Benoît Delépine, Gustave Kervern

występują: Blanche Gardin, Denis Podalydès, Corinne Masiero i inni
gatunek: komediodramat
kraj: Francja / Belgia

premiera: 24 lutego

Wkład Benoîta Delépine’a i Gustave’a Kerverna w dorobek francuskiej satyry to przede wszystkim ciesząca się nieustającą popularnością seria skeczy i programów telewizyjnych rozgrywających się w fikcyjnym minipaństwie Groland, będącym parodią współczesnej Francji bazującą na stereotypach dotyczących wiejskich rejonów na północy kraju. Współtwórcy powstającego od 1992 roku cyklu nie znają jednak granic i nie oszczędzają nikogo, śmiejąc się zarówno z mentalnego zacofania, jak i poprawnej tolerancji, z Francuzów i imigrantów, Kościoła i ateistów, wykształconych prominentów i prostych sklepikarzy, nie ukrywając jednak swych lewicowych sympatii oraz mieniąc się ideowymi spadkobiercami rewolucji 1968 roku. Na celownik wolą zatem wziąć obłudnych polityków i zachłannych przedsiębiorców, stawiając się raczej w pozycji anarchistycznych outsiderów, jadowitych krytyków establishmentu.

Podobny ryzykowny humor, celowo pozbawiony puenty oraz podawany z kamienną twarzą, charakteryzuje wspólne projekty filmowe Delépine’a i Kerverna, rozpoczęte nagrodzoną w Londynie „Aaltrą” (2004) – nasączoną czarnym humorem monochromatyczną opowieścią o dwóch najbliższych wrogach, skazanych na siebie w podróży na wózkach inwalidzkich do Finlandii. Tropy skandynawskie nie są całkiem mylne, gdyż Delépine i Kervern zapożyczają wiele od takich mistrzów niekonwencjonalnej komedii, jak Aki Kaurismäki i Roy Andersson. „Aaltra” stanowi swego rodzaju rozpoznanie, natomiast w drugim pełnym metrażu, nagrodzonym w San Sebastián i Sundance „Louise-Michel” (2008), Francuzi zrywają pęta ograniczeń, za nic mając świętości, a czasem też dobry smak. Ostatnią enklawą, której nie profanują, jest chyba tylko ludzkie prawo do nieposłuszeństwa, dzięki czemu w losach Louise i Michela (nawiązanie do XIX-wiecznej anarchistki nieprzypadkowe!) łatwo dostrzec odniesienia do naszych ambiwalentnych czasów. Narracja potrafi przybrać formę sekwencji skeczów, podkreślając fragmentaryczność i umowność filmowej rzeczywistości, a to, co najciekawsze, często dzieje się na drugim planie. Prosta powierzchowność postaci skrywa ich złożone problemy, a całość jest precyzyjnie zaplanowana, choć sprawia wrażenie kontrolowanego chaosu, stawiając naiwność na piedestale jako jedynie szczery sposób bycia, pozwalający przeniknąć pokomplikowane meandry współzależności i relatywizmu współczesnego świata.

Podobny jest też odgrywany przez Gérarda Depardieu tytułowy bohater „Mammutha” (2010), łagodny olbrzym wyruszający w podróż tropem przeszłości na zabytkowym motocyklu (zwykle symbolu wolności, u Delépine’a i Kerverna urastającym jednak do rangi balastu wspomnień, słodkiego ciężaru usprawiedliwiającego życie z zamkniętymi oczami). Nominowany do dwóch Cezarów, startujący w konkursie głównym w Berlinie „Mammuth” to niezwykłe połączenie przystępnej, wręcz familijnej historii o życiowych podsumowaniach z wyraźnie autorską, bezkompromisową formą: ziarniste, barwne plamy podświadomości namalowane rozedrganą kamerą cyfrową przechodzą w klarowne plany kontemplujące prozę życia, a soczyste skecze uzupełniają podręcznikową narrację niezależnego filmu drogi, podkreślając wartość zwyczajnych problemów bohatera. Operator Hugues Poulain, stały współpracownik Delépine’a i Kerverna, powraca także w „Wielkim wejściu” (2012), nagrodzonym Nagrodą Specjalną Jury w canneńskiej sekcji Un Certain Regard. Opowieść o burzliwej relacji dwóch braci (brawurowy duet Benoît Poelvoorde i Albert Dupontel) to obok startującego w weneckiej sekcji Orizzonti „Na progu śmierci” (2014) ostatni – jak do tej pory – sukces festiwalowy Delépine’a i Kerverna. Zarówno pokazywany w Berlinie poza konkursem „Saint Amour” (2016), jak też „I Feel Good” (2018) przeszły bez większego echa.

Czy złą passę odwróci tegoroczne „Effacer l’historique”? To opowieść o sąsiadach (Blanche Gardin, Denis Podalydès, Corinne Masiero), którzy w różny sposób doświadczyli negatywnych następstw wszechobecnych mediów społecznościowych, Internetu i inwigilacji. Szykany, utrata zaufania bliskich oraz problemy w pracy skłaniają ich do wypowiedzenia wojny medialnym gigantom. Fabuła przywodzi na myśl najbardziej spełnione dzieło francuskiej spółki, „Louise-Michel”, gdzie donkiszoteria bohaterów urasta do rangi symbolu sprzeciwu wobec niesprawiedliwości świata podwójnych standardów. Twórcy zapowiadają, że pozostaną wierni ostrej, satyrycznej tonacji oraz luźnej strukturze poprzednich dzieł. Mam więc nadzieję na sporą dawkę ryzykownego humoru oraz wrażliwą naiwność ośmieszającą ludzką hipokryzję, a jeśli refleksje Francuzów na temat współczesności nie okażą się spóźnione lub podane zbyt hermetycznie, „Effacer l’historique” być może zostanie zauważony – nawet jeśli nie przez Jury, to przez zagranicznych dystrybutorów.

Wojciech Koczułap
Wojciech Koczułap

„Favolacce” / Bad Tales

reżyseria: Damiano D’Innocenzo, Fabio D’Innocenzo

występują: Elio Germano, Barbara Chichiarelli, Gabriel Montesi i inni
gatunek: dramat
kraj: Włochy / Szwajcaria

premiera: 25 lutego

Damiano i Fabio D’Innocenzo to włoscy bliźniacy dopiero wchodzący w świat wielkiego kina. Dla tych trzydziestojednoletnich reżyserów sam udział w konkursie głównym tak prestiżowego festiwalu jak Berlinale jest wielkim wyróżnieniem i furtką do pokazania się światu. Walczące o Złotego Niedźwiedzia „Favolacce” jest dopiero drugim projektem ukończonym przez tych braci. Ich debiut „La terra dell’abbastanza”, pojawiający się w anglojęzycznych mediach pod tytułem „Boys Cry”, to dramat opowiadający historię dwóch ubogich chłopaków z przedmieść Rzymu, którzy w pogoni za łatwymi pieniędzmi rozpoczynają mafijną karierę. Dzieło to zostało dość dobrze przyjęte w swoim kraju, otrzymując cztery nominacje do nagród David di Donatello, czyli włoskiego odpowiednika Oscarów. Obraz nominowano za scenariusz oryginalny, zdjęcia, produkcję oraz najlepszy debiut reżyserski. Co ciekawe, w pierwszej z wymienionych kategorii bracia D’Innocenzo przegrali z „Dogmanem, którego scenariusz współtworzyli. Wcześniej jako scenarzyści pracowali również przy „Two Days”, amerykańskim dramacie o parze policjantów biorących sprawiedliwość we własne ręce w reżyserii Jose Zambrano Casselli.

O samym „Favolacce” wiemy niewiele. Film reklamowany jest enigmatycznym zwiastunem, zapowiadającym „film oparty na prawdziwej historii, którą oparto na nieprawdziwej historii, której z kolei nie oparto na niczym”. Mimo braku konkretów z klipu bije klimat typowy dla kina coming of age, chociażby ze względu na aurę upalnego lata i licznych nastoletnich bohaterów. Przypuszczenia te potwierdzają festiwalowe opisy, zapowiadające „Favolacce” jako film o dzieciach włoskiej klasy średniej z przedmieść Rzymu utrzymany w stylistyce mrocznej baśni. Dzieło braci D’Innocenzo z pewnością nie będzie na festiwalu należeć do faworytów, ale jestem przekonany, że może zaskoczyć. Niemiecki festiwal jest jedną z najbardziej przyjaznych młodym twórcom imprez takiej rangi, czego dowodem może być chociażby nagroda dla Adiny Pintilie („Touch Me Not”) dwa lata temu, więc i dzieło reżyserów rodem z Rzymu może okazać się czarnym koniem.

Marcin Grudziąż
Marcin Grudziąż

„Volevo nascondermi” / Hidden Away

reżyseria: Giorgio Diritti

występują: Elio Germano, Gianni Fantoni, Pietro Traldi i inni
gatunek: dramat biograficzny
kraj: Włochy

premiera: 21 lutego

Giorgio Diritti nie ma za sobą bogatej kariery reżyserskiej, choć w świecie kina obecny jest od dawna. Na przełomie lat 80. i 90. zajmował się castingiem, m.in. do „Głosu z księżyca”, ostatniego dzieła Felliniego. Diritti uczęszczał do szkoły filmowej w Bolonii założonej przez Ermanno Olmiego; pierwszy krótki metraż wyreżyserował w 1990 roku. Przez następne lata realizował dokumenty i filmy telewizyjne, aż do debiutanckiego „Il vento fa il suo giro” z 2005 roku. Obraz ten, opowiadający o zajmującym się pasterstwem imigrancie, który trafia do oksytańskiej wioski w Piemoncie i popada w konflikt z miejscowymi, pokazywano na ponad 60 festiwalach. Największym sukcesem Dirittiego pozostaje jego drugie dzieło – „Człowiek, który nadejdzie” z 2009 roku, w którym w jednej z ról drugoplanowych pojawiła się Alba Rohrwacher. To film wojenny, przyjmujący perspektywę ośmioletniej dziewczynki i opowiadający m.in. o masakrze w Marzabotto z 1944 roku, najbardziej krwawej rzezi ludności cywilnej w historii Włoch. Obraz zdobył trzy nagrody David di Donatello, w tym dla najlepszego filmu. Kolejny i dotychczas ostatni projekt Dirittiego, „Un giorno devi andare” z 2013 roku, pokazywany był na festiwalu w Sundance.

Najnowsze dzieło reżysera nosi tytuł „Volevo nascondermi”, czyli dosłownie „Chciałem się schować”. Opowiada historię włoskiego malarza prymitywisty Antonio Ligabue, w którego wciela się Elio Germano, laureat Złotej Palmy za rolę w „Naszym życiu”. Ligabue urodził się w Szwajcarii, po śmierci matki został wychowany przez niemieckojęzyczną rodzinę zastępczą; był hospitalizowany w klinice psychiatrycznej, później po wydaleniu ze Szwajcarii przeniósł się do północnych Włoch, gdzie żył w nędzy, bez stałego miejsca zamieszkania, tułając się po dolinie Padu. We Włoszech zaczął malować, a w rozwinięciu artystycznej pasji pomógł mu rzeźbiarz Renato Marino Mazzacurati. W późniejszych latach Ligabue kontynuował pracę twórczą, mimo że kilkakrotnie trafiał do szpitali psychiatrycznych. Pod koniec życia zdobył większą popularność, miał nawet samodzielne wystawy w Rzymie; niestety, wzrost rozpoznawalności zbiegł się z pogorszeniem stanu zdrowia. Artysta zmarł w 1965 roku. Według berlińskiego opisu, film Dirittiego portretuje trudną rzeczywistość, w której przyszło żyć bohaterowi. Ma to być wielowymiarowe spojrzenie na postać Ligabue oraz opowieść o sztuce jako metodzie autokreacji i drodze do wyzwolenia. Dostępne fotosy wskazują na ponure, przygaszone barwy, choć zwiastun zawiera też ujęcia o bardziej nasyconej palecie kolorystycznej. Volevo nascondermi może się okazać wizualną perełką, dobrze zapowiada się również kreacja Germano. Ponadto liczę, że Diritti zaproponuje coś ciekawszego niż konwencjonalna biografia.

Jędrzej Sławnikowski
Jędrzej Sławnikowski

„Siberia”

reżyseria: Abel Ferrara

występują: Willem Dafoe, Simon McBurney, Dounia Sichov i inni
gatunek: dramat
kraj: Włochy / Niemcy / Meksyk

premiera: 24 lutego

Abel Ferrara to reżyser kultowy, dziś obecny jednak bardziej w obiegu festiwalowym niż mainstreamie. Syn Włocha i Irlandki, wychowany w Nowym Jorku. Na jego twórczość wpływ miała znajomość realiów biednych dzielnic oraz religia wpojona przez rodziców. Z połączenia obu rzeczy wykluł się niepowtarzalny styl Ferrary, najczęściej opowiadającego o rachunku sumienia wątpliwych moralnie jednostek. Do najciekawszych przykładów takich dzieł należą „Król Nowego Jorku” (1990), czyli thriller gangsterski o mafijnym bossie wspierającym działalność charytatywną, oraz „Zły porucznik” (1992), dramat o skorumpowanym policjancie prowadzącym śledztwo w sprawie zgwałconej zakonnicy, której postawa (chroni sprawcę, gdyż mu przebacza) owocuje przemianą bohatera. Nim jednak Ferrara mógł stworzyć dwa tak niezależne projekty, długo realizował niskobudżetowe kino klasy B. Wystarczy przypomnieć, że jego pierwszym pełnometrażowym dziełem był film pornograficzny „Nine Lives of a Wet Pussycat” (1976), acz nawet tam zachował swój sznyt, umieszczając w jednym z fragmentów biblijną historię Lota i jego córek z Księgi Rodzaju. Na przełomie lat 70. i 80. mierzył się z kolejnymi podgatunkami B-klasowego kina, realizując slasher („Morderca z wiertarką”), rape & revenge („Kaliber 45”) czy sensację o seryjnym mordercy („Miasto strachu”). Dopiero znajomość z Michaelem Mannem przyniosła przełom. Ferrara miał okazję zrealizować odcinki „Policjantów z Miami” oraz pilot „Crime Story”, a tym samym zyskać budżet na własne projekty. Dziś jego styl uległ pewnej ewolucji, której zaczątki widać już w latach 90. Wtedy nakręcił filmy „Niebezpieczna gra” (1993) oraz „Zaćmienie” (1997). Oba w paradokumentalny sposób opowiadały o problemach egzystencjalnych mężczyzn w średnim wieku, a narrację skupiono na monologach, czasami wyglądających jak wywiady. Pojawiły się też powtarzające się sceny oraz ujęcia nagrane cyfrową kamerą. Coraz częściej znajduje również producentów nie w Stanach, a w Europie.

„Siberia” to projekt, który Ferrara zapowiadał już od dawna. W 2015 roku starał się zebrać budżet za pośrednictwem Kickstartera. Efekt starań możemy poznać dopiero teraz, gdy film trafia do konkursu. Willem Dafoe wciela się w Clinta, żyjącego na odludziu właściciela górskiej kawiarni odwiedzanej głównie przez podróżników. Samotnicza egzystencja jest wynikiem ucieczki przed przeszłością. Pozbawiony towarzyszy do rozmów Clint wyrusza w podróż po własnej świadomości, chcąc zmierzyć się ostatecznie ze swoimi problemami. „Siberia” to szósty wspólny projekt Dafoe i Ferrary, a także piąty skrypt, jaki realizuje reżyser ze scenarzystą Christem Zoisem. Pierwsze zdjęcia wskazują, że będzie to powrót twórcy „Złego porucznika” do nieco atrakcyjniejszego wizualnie kina niż ostatnie jego projekty. Zobaczyć możemy na nich bezkresny las czy rozświetloną blaskiem jaskinię. Niestety, w momencie, gdy to piszę, nie był dostępny jeszcze zwiastun produkcji. Znając jej twórców, jestem jednak pełen nadziei, choćby jako fan reżysera. Jeżeli przez ponad 5 lat trzymał się uparcie tego przedsięwzięcia, nie może to być byle co.

Adrian Burz
Adrian Burz

„Le sel des larmes” / The Salt of Tears

reżyseria: Philippe Garrel

występują: Logann Antuofermo, Oulaya Amamra, Louise Chevillotte i inni
gatunek: melodramat
kraj: Francja / Szwajcaria

premiera: 22 lutego

Najbardziej smarkaty z francuskich nowofalowców, bo urodzony w 1948 roku, od ósmego roku życia kręcił amatorskie filmy, a w wieku lat szesnastu pochwalił się faktycznym krótkometrażowym debiutem, „Skłóconymi dziećmi”, w którym przejawiał nie tylko zapatrzenie w Godarda i Truffauta, ale też własne, ciekawskie oko. To także najbardziej zatwardziały z francuskich nowofalowców, bo do dziś nie przestał realizować obrazów w podobnym stylu, lirycznych portretów młodych ludzi w labiryncie samookreślenia, mocno naznaczonych autobiograficznie. Po eksperymentalnych i nieprzystępnych projektach z lat 70. Philippe’a Garrela doceniano w Cannes i Wenecji, kolejno za bardziej polityczne „Wolność, noc” i bardziej intymne „Nie słyszę już gitary”. Swoje najsłynniejsze dzieło pokazał jednak dopiero w 2005 roku. „Zwyczajni kochankowie” w epickim metrażu opowiadały o mało epickich, egzystencjalnych zmaganiach zagubionych młodych ludzi na marginesie maja ‘68. W głównej roli wystąpił syn reżysera, Louis, aktor znany międzynarodowej publiczności między innymi z „Marzycieli” Bertolucciego.

Wczesne materiały z „Le sel des larmes” zapowiadają pogodniejszy ton, choć z grubsza więcej tego samego, co oferował Garrel w kilku ostatnich obrazach. Piękny młody mężczyzna i piękna młoda kobieta w Paryżu, ukazanym bez blichtru, w minimalistycznych, czarno-białych zdjęciach i intymnych planach, wśród urokliwych kamieniczek na przedmieściach. Tym razem jednak mężczyzna nie jest typowym nowofalowym bohaterem, inteligentem, a bystrym, acz bardziej przyziemnym, aspirującym stolarzem. Fascynujących kobiet dookoła niego jest za to więcej, bo opis fabuły oprócz nieśmiałej pani ze stolicy i kandydatki z rodzinnej miejscowości zapowiada tajemniczą trzecią partię, tworząc tym samym szalony czworokąt. Czyżby Garrel tym razem szedł w stronę offbeatowej komedii romantycznej, zachowując przy tym typowy dla siebie styl? Żeby było ciekawiej, przy scenariuszu ponownie maczał palce legendarny Jean-Claude Carrière, znany m.in. ze swojej współpracy z Buñuelem i Formanem.

Dawid Smyk
Dawid Smyk
Todos os Mortos 01

„Todos os Mortos” / All the Dead Ones

reżyseria: Caetano Gotardo, Marco Dutra

występują: Mawusi Tulani, Clarissa Kiste, Carolina Bianchi i inni
gatunek: dramat, kostiumowy
kraj: Brazylia / Francja

premiera: 23 lutego

W swoich artystycznych produkcjach Caetano Gotardo i Marco Dutra starają się wzmocnić różne sposoby patrzenia na kwestie społeczne. Ujawniający się gest oporu w postaciach wyrażających często blizny przeszłości poprzez śpiew niesie w sobie potencjał zmian. W filmie „Dobre maniery” realistyczny, przesycony smutkiem język użyty jako wokal wgranej na pozytywkę melodii wymaga u widza zbudowania wielu obrazów za pomocą słów. Podobnie sytuacja ma się w „Seus Ossos e Seus Olhos”. Podczas trwających dziewięć lat twórczych poszukiwań do drugiej pełnometrażowej fabuły Gotardo gromadził doświadczenia i układał choreografię wokół kwestii cielesności i problemu braku miejsca dla własnych pragnień w codzienności. Skrupulatne podejście do uchwycenia tematu tylko sprzyja ukazaniu tego, co egzystuje poza obrębem estetycznych ram – świadomości niekompletności. Bycie fragmentem większej całości często przewija się w obrazach kreowanych przez konstruktywnego Brazylijczyka. Fikcyjnym historiom bliżej jest do wyobrażeń, co pozwala na zachowanie dystansu, a przestrzeń, w której bohaterowie swobodnie oddychają, tylko pomaga ich lepiej zrozumieć.

Po wyróżnionej licznymi nagrodami oryginalnej opowieści fantasy „Dobre maniery” Marco Dutra i Caetano Gotardo ponownie integrują się z Julianą Rojas (w „Todos os Mortos” w roli współmontażystki). Owoc współpracy twórczego kolektywu Filmes do Caixote zbliża się kształtem do studium życia domowego bohaterów w krytycznym momencie społecznym pod koniec XIX wieku, zaraz po tym, jak niewolnictwo zostało zniesione w Brazylii. Między niespokojną przeszłością Brazylii a jej rozpadającą się teraźniejszością Iná Nascimento, która długo żyła w niewoli, stara się odnaleźć we wrogim świecie, w którym nie ma miejsca dla czarnoskórych. W centrum narracji umieszczona zostaje też biała rodzina Soaresów. Byli właściciele plantacji kawy znajdują się na skraju ruiny i starają się przystosować w szybko rozwijającym się mieście São Paulo. W fabule inspirowanej dramaturgią Antona Czechowa można znaleźć elementy bardziej mroczne. Jednak twórcy zapewniają, że nie mamy do czynienia z horrorem. Podobnie jak w filmie „Dobre maniery” podkreślone są kontrastujące osobowości w większości żeńskiego zespołu fascynujących postaci. Od starej kobiety przyzwyczajonej do czekania na lepsze czasy, przez zakonnicę z jej bluźnierczymi ideami, po pianistkę tkwiącą jeszcze myślami w mrocznej przeszłości, kończąc na bystrej i niezłomnej byłej niewolnicy. Obsada „Todos os Mortos” obejmuje aktorów z teatru (obszaru, w których Dutra i Gotardo również często praktykują). W filmie znalazła się też muza brazylijskiego kina niezależnego Gilda Nomacce i aktor z obsady „Bacurau”, Thomás Aquino. Warto zauważyć, że zdjęcia powierzono Hélène Louvart (współpracowała ostatnio z Alice Rohrwacher przy „Szczęśliwym Lazzaro”).

Anna Strupiechowska
Anna Strupiechowska

„Never Rarely Sometimes Always”

reżyseria: Eliza Hittman 

występują: Sidney Flanigan, Talia Ryder, Drew Seltzer i inni
gatunek: dramat
kraj: USA / Wielka Brytania

premiera: 25 lutego

Eliza Hittman jest jednym z tak zwanych „dzieci Sundance”, przedstawicielką środowiska względnie młodych, niezależnych twórców związanych z tym największym amerykańskim festiwalem. Debiutowała tam krótkometrażowym „Forever’s Gonna Start Tonight” opowiadającym o siedemnastoletniej Sonii, rosyjskiej imigrantce na Brooklynie, i jednej nocy z jej życia. Film legalnie można obejrzeć w ramach programu Short of the Week (tu LINK). Debiut został przyjęty szalenie ciepło, a IndieWire umieściło go na tradycyjnej liście „The Best of the Best”. Trzy lata później Hittman wróciła do Utah już z pełnym metrażem. „Prawie jak miłość” („It Felt Like Love”) spotkało się z ciepłym odbiorem krytyków. Film zebrał też nominacje do Independent Spirit Awards (za zdjęcia i debiut) oraz nagród Gotham (za debiut i film). Produkcja opowiadała o nastolatce, która czuje się gorsza od swoich znajomych ze względu na niepozorny wygląd i skromne doświadczenie seksualne. By to zmienić, wchodzi w romans z mężczyzną, który ma opinię rozwiązłego, co prowadzi ją do serii upokorzeń. Sama Hittman mówiła, że chciała w tym filmie pokazać drobne, upokarzające rzeczy z dzieciństwa, o których nie chcemy pamiętać – chwile samotności, momenty nadmiernej pewności siebie i stracone złudzenia. Rozgłos przyniosło jej „Beach Rats” z 2017 roku, wyprodukowane przy współpracy z Sundance i nagrodzone tam za reżyserię. Film ten wygrał także wrocławski American Film Festival, a szeroko chwalone były zdjęcia Hélène Louvart. Po raz kolejny głównym bohaterem stał się młody człowiek, który próbuje odkryć siebie i swoją seksualność, a tym razem także orientację, gdyż Frankie lawiruje między podrywaniem koleżanki oraz przelotnymi romansami ze starszymi mężczyznami. W ostatnich latach Hittman współpracowała z serwisami streamingowymi, reżyserując między innymi dwa odcinki netflixowych „13 powodów”.

„Never Rarely Sometimes Always” jest sporym krokiem w jej karierze. Współprodukowany przez BBC film został zakupiony przez wielkiego dystrybutora – Focus Features, a sama Hittman po raz pierwszy została zaproszona na tak duży festiwal. W centrum uwagi ponownie mamy nastolatków, tym razem siedemnastoletnią Autumn i jej kuzynkę Skylar. Dziewczyny żyją na wsi w Pensylwanii, mierząc się z dorastaniem, konserwatywnymi rodzicami, samotnością i nudą. Wszystko zmienia się, gdy Autumn zachodzi w niechcianą ciążę i bojąc się konsekwencji, decyduje się na wyjazd wspólnie z kuzynką do Nowego Jorku, by dokonać aborcji. Pokazywany już w konkursie w Sundance film jest zimnym i poważnym indie z narodowymi ambicjami. Jak zwykle u Hittman w głównych rolach zobaczymy debiutantki. Za zdjęcia do filmu, podobnie jak wcześniej do „Beach Rats”, odpowiada jedna z najlepszych operatorek na świecie – Hélène Louvart, stała współpracowniczka Alice Rohrwacher znana także z „Piny” czy „Niewidocznego życia sióstr Gusmão”.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

„Domangchin yeoja” / The Woman Who Ran

reżyseria: Hong Sang-soo

występują: Kim Min-hee, Song Seon-mi, Lee Eun-mi i inni
gatunek: dramat
kraj: Korea Południowa

premiera: 25 lutego

Jeden z najciekawszych reżyserów kina obyczajowego powraca po krótkiej przerwie. Hong Sang-soo zadebiutował w 1996 roku głośnym „Dniem, w którym świnia wpadła do studni”, którym wygrał Złotego Tygrysa na MFF w Rotterdamie (pokonując m.in. „Mróz” Freda Kelemena i „Moe no suzaku” Naomi Kawase). Już w tym filmie wypracował swój styl i tematykę. Jego obrazy składają się z ciągu pijackich rozmów przy szklankach soju odbywanych przez ludzi w średnim wieku. Zazwyczaj fabuła toczy się w ciągu kilku dni i koncentruje na życiu uczuciowym artysty lub artystki. Bohaterów zazwyczaj jest kilku, z których każdy ma swoje własne problemy życiowe, dylematy i traumy do przepracowania. Jedna z postaci, artysta w średnim wieku (najczęściej reżyser, ewentualnie pisarz) stanowi alter ego reżysera; zazwyczaj jest on wplątany w romans z młodszą od siebie kobietą i ma trudną relację z żoną (byłą lub aktualną). Najgłośniejszym filmem Honga jest „Teraz dobrze, wtedy źle”, które w 2015 roku wygrało Złotego Lamparta w Locarno (a także srebrnego aktorskiego dla Jeong Jae-yeonga). W tym filmie oglądamy dwie alternatywne historie spotkania reżysera Hama Chun-su z młodą malarką. Tak jak mówi tytuł, pierwsza wersja pokazuje wydarzenia, które się nie udały, a druga – spotkanie w wersji szczęśliwej. Ostatnim do tej pory jego filmem był „Hotel nad rzeką” z 2018 roku, który ponownie przyniósł głównemu aktorowi Srebrnego Lamparta (tym razem Gi Ju-bong). To był najbardziej depresyjny i poważny z filmów Honga. Opowiadał o życiowym wypaleniu przekonanego o swojej rychłej śmierci poety. Mieszka on w tytułowym hotelu, gdzie zaprasza swoich dwóch synów, chcąc się z nimi pogodzić i odbudować relację. Jednocześnie spotyka się ze swoją przyjaciółką, która ma go wspierać w tych chwilach.

Hong do Berlina przyjeżdża z „Domangchin yeoja” („The Woman Who Ran”), swoim dwudziestym czwartym pełnym metrażem. Ma to być jego najbardziej minimalistyczny projekt. Główną bohaterką tego króciutkiego, ledwie 77-minutowego filmu będzie kobieta przed czterdziestką, Gam-hee, która podczas wyjazdu męża w delegację postanawia spotkać się ze swoimi przyjaciółmi i pospacerować po przedmieściach Seulu, a także odwiedzić małe kino studyjne, gdzie trafia na dawno niewidzianą znajomą. Ma to być bardzo feministyczna produkcja, gdzie mężczyźni są irytującą i niechcianą przeszkodą w spotkaniach kobiet. Film składać się ma z szeregu spotkań i rozmów, w których wiele uczuć i treści pozostaje niewypowiedziane. W berlińskiej zapowiedzi mówi się, że to obraz głęboko inspirowany twórczością Antona Czechowa, zadający pytania na temat ludzkiej egzystencji i opowiadający o tym, jakie znaczenie ma komunikacja międzyludzka przy definiowaniu swojego jestestwa. W głównej roli zobaczymy Kim Min-hee, kochankę i aktualną partnerkę reżysera, która wystąpi u niego już po raz siódmy (od 2015 roku nie pojawiła się jedynie w „Twojej i nie tylko twojej” z 2017 roku). To jedna z najbardziej znanych i najbardziej utalentowanych koreańskich aktorek. W 2017 roku otrzymała Srebrnego Niedźwiedzia za główną rolę w „Samotnie na plaży pod wieczór” Honga, a rok wcześniej zagrała Hideko w głośnej „Służącej” Park Chan-wooka.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

„El prófugo” / The Intruder

reżyseria: Natalia Meta

występują: Erica Rivas, Cecilia Roth, Nahuel Pérez Biscayart i inni
gatunek: thriller
kraj: Argentyna / Meksyk

premiera: 21 lutego

Natalia Meta, urodzona w Argentynie reżyserka, jest jedną z bardziej tajemniczych postaci tegorocznego Berlinale. Być może dlatego, że na początku niewiele miała wspólnego ze światem filmu. Po ukończeniu studiów z filozofii jej zainteresowania krążyły wokół literatury. Efektem tego było założenie w 2006 roku wydawnictwa La Bestia Equilátera, zaopatrującego jej rodaków zarówno w utwory z kraju, jak i międzynarodową klasykę. Dopiero około 2010 roku Meta zaczęła swoje pierwsze przygody z kinem, między innymi będąc producentką filmu „Akacje”, wprowadzonego również na nasze ekrany. Szybko, bo już w 2014 roku, doczekała się swojego reżyserskiego debiutu. „Muerte en Buenos Aires”, bo o nim mowa, był odważną próbą połączenia klasycznego kryminału policyjnego oraz społecznego portretu środowisk gejowskich lat 80. Opowieść dotyczyła śledztwa w sprawie morderstwa wpływowego bogacza z powiązaniami politycznymi. Inspektor Chavez, analizując tropy, dociera do klubu dla homoseksualistów, w którym często pojawiała się ofiara. Postanawia więc zaangażować w śledztwo młodego, przystojnego Ganso celem inwigilacji społeczności. Obecność chłopaka w wydziale doprowadza jednak do dziwnych napięć między pracownikami. Teoretycznie odważny pomysł nie doczekał się moim zdaniem odpowiedniej realizacji. Zabrakło zarówno ciekawej intrygi (masa błędów logicznych, niedorzecznych zwrotów akcji), jak i faktycznego niepokoju typowego thrillerom erotycznym. W tym filmie zainteresowanie bohaterów nowym detektywem było obecne jedynie na papierze, nie w sferze emocji. Jeżeli jednak chcecie się zmierzyć z tą produkcją, dostępna jest na Netflixie.

Druga produkcja Argentynki, czyli film konkursowy, kontynuuje drogę zapoczątkowaną przez debiut. Znów pulpowe kino doświadczy problemów codzienności, a thrillerowa forma zostanie wymieszana z seksem i psychologią. Takie deklaracje przynajmniej towarzyszą zapowiedziom „El prófugo”. Opowieść ma dotyczyć Inés, młodej kobiety, którą spotkała olbrzymia tragedia: jej chłopak zginął podczas wspólnej wycieczki. Od tych wydarzeń mija rok, a Inés wciąż nie potrafi sobie poradzić ze stratą mimo pomocy psychologów. Dręczą ją nieustannie koszmary senne. Wydaje się, że przełomem może być nowa znajomość w postaci przystojnego Alberto. Niestety, przeszłość i świat ze snu zaczynają coraz bardziej ingerować w otaczającą bohaterkę rzeczywistość. Główną rolę powierzono Erice Rivas, dobrze pamiętanej z ostatniego segmentu „Dzikich historii”. Mimo tak trafnego wyboru obsadowego jestem pełen obaw. Trailer straszy kliszami, a poprzedni film, jak wiadomo, przyniósł mi zawód. Tutaj też węszę b-klasowiec z niewielkimi ambicjami, acz będę rad, jeżeli się pomylę.

Adrian Burz
Adrian Burz
Irradiés 01

„Irradiés” / Irradiated

reżyseria: Rithy Panh

występują: André Wilms, Rebecca Marder, Bion 
gatunek: dokumentalny
kraj: Kambodża / Francja

premiera: 28 lutego

Rithy Panh od lat 80. mieszka w Paryżu, ale urodził się we Phnom Penh w Kambodży. Jako 15-latek, po śmierci całej rodziny z rąk Czerwonych Khmerów i pobycie w obozie („rehabilitacja wad burżuazji”), zbiegł do Tajlandii, a następnie przedostał się do Europy. W stolicy Francji zdołał dostać się do La Fémis, a po zakończeniu nauki rozpoczął karierę dokumentalisty. W tamtych czasach skala ludobójstwa reżimu Pol Pota była słabo nagłośniona; co więcej, po tym jak Wietnamczycy wygnali z kraju zbrodniarzy, wspierający ich Amerykanie używali swojej propagandy do zafałszowania liczby ofiar. Co prawda po oscarowych „Polach śmierci” Rolanda Joffé świat zaczął powoli otwierać oczy, ale rola Panha jako świadka i jednocześnie filmowca była niepoślednia. Poświęcił on praktycznie całą zawodową karierę na przepracowanie traumy wojennej, opowiedzenie o tym, jak mieszkańcy Kambodży zostali przymusowo skolektywizowani, jak głodowali i chorowali na malarię, jak życie postradała ⅓ ludności kraju. Stał się nie tylko pamiętnikarzem narodowego bólu, ale też tym, który poprzez sięganie po swoje wspomnienia starał się pojąć ogrom wyrządzonych ojczyźnie krzywd. Nie zbaczał z tej drogi poczynając od debiutanckiego „Site 2” (o uchodźcach z Kambodży) poprzez głośne i pokazywane na szeregu festiwali „S21 – Maszyna śmierci Czerwonych Khmerów” aż po ostatnie dokonania, takie jak nominowane do Oscara „Brakujące zdjęcie” i pokazywane w Wenecji „Groby bez imienia”.

Zakwalifikowane do berlińskiego konkursu „Irradiés” stanowiło dla doświadczonego twórcy pewne wyzwanie. Tym razem zdecydował się bowiem opowiadać o szerszym problemie, o uniwersalnym doznaniu zła. Tytułowi „napromieniowani” są skażeni wojną, przemocą, głodem, psychicznym wycieńczeniem. Panh zadaje pytania sobie i innym ocalałym z potwornych totalitaryzmów: czy można uciec przed wspomnieniami, przed tęsknotą za zmarłymi członkami rodziny? Pamięć o zbrodniach sprzed lat zostaje przekazana kolejnym pokoleniom; trzeba ją pielęgnować, ale czy można kiedyś wybaczyć? Tak całkowicie, by móc dalej żyć bez nienawiści? Autor „Exil” przy okazji tego filmu miał okazję ponownie współpracować ze scenarzystami Agnès Sénémaud i Christophe’em Bataille’em, kompozytorem Markiem Marderem czy operatorem Prumem Mesą. Z pierwszych zapowiedzi wynika, że na ekranie zobaczymy trzy postaci: mężczyznę (znany francuski aktor André Wilms), kobietę (Rebecca Marder) oraz tancerza mroku (od japońskiego butō; w tej roli niejaki Bion) – zapewne wszystkie dość symboliczne.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

„Undine”

reżyseria: Christian Petzold

występują: Paula Beer, Franz Rogowski, Maryam Zaree i inni
gatunek: melodramat
kraj: Niemcy / Francja

premiera: 23 lutego

Nagrodzony już wcześniej Srebrnym Niedźwiedziem (edycja z 2012 roku, za „Barbarę”) Christian Petzold jest stałym bywalcem berlińskiego festiwalu. Jego faktyczna kariera reżyserska wystartowała po czterdziestce, gdy deterministyczny thriller „Wolfsburg” nagrodziło FIPRESCI w sekcji Panorama. Niemiec nie boi się romansowania z kinem gatunkowym, co nie znaczy, że robi filmy rozrywkowe. To raczej dekonstrukcje, ograniczające atrakcje do minimum, lubujące się w portretowaniu bohaterów w stanach zawieszenia, niezdolnych do działania. Mylący tytuł „Duchy” (napisany we współpracy z legendarnym Harunem Farockim) skrywa dramat obyczajowy, „Yella” to specyficzna trawestacja klasycznego horroru „Karnawał dusz”, a „Jerichow” – powieści hardboiled „Listonosz zawsze dzwoni dwa razy”. W filmach Petzolda często dużą rolę gra także kontekst historyczny, jak w zimnowojennej „Barbarze” czy rozliczeniowym dramacie o Holocauście „Feniks”. Najważniejsi dla niego zawsze są jednak bohaterowie, a sam kostium historyczny bywa umowny, jak w ostatnim melodramacie „Tranzyt”, gdzie dostęp do momentu historycznego z powieści Anny Seghers o tym samym tytule (nazistowska okupacja Paryża) był zapośredniczony przez zdecydowanie współczesne miasto.

Nosząca godność mitycznej boginki wodnej tytułowa bohaterka „Undine” to przewodniczka muzealna w berlińskim Forum Humboldta. Choć niezwykle profesjonalna, ceniona za swoją ekspercką wiedzę także, zdaje się, o świecie pod wodą, to jednak wciąż nie może się pogodzić z niespełnioną miłością do Johannesa. A jeśli wierzyć mitowi, i to niejednemu, bo nordycka Ondyna to także pierwowzór naszej rodzimej Świtezianki, to wodna nimfa tak łatwo wzgardy kochanka nie wybacza… Ta współczesna baśń, z niezwykle intrygującym zwiastunem i dwójką najbardziej wszędobylskich europejskich aktorów w głównych rolach (Paula Beer i Franz Rogowski, zresztą ta sama para co w „Tranzycie”), może się okazać najbardziej przystępnym filmem Petzolda do tej pory.

Dawid Smyk
Dawid Smyk

„The Roads Not Taken”

reżyseria: Sally Potter

występują: Javier Bardem, Elle Fanning, Salma Hayek i inni
gatunek: dramat psychologiczny
kraj: Wielka Brytania / USA / Szwecja 

premiera: 26 lutego

Sally Potter jest bez wątpienia jedną z najbardziej oryginalnych i najciekawszych reżyserek filmowych. Na każdy film Brytyjka ma inny pomysł, a są to niejednokrotnie koncepcje odważne i dosyć osobliwe. Jej pełnometrażowy debiut „The Gold Diggers” (1983) to czarno-biały feministyczny musical; w „Tak” (2004) bohaterowie mówią do siebie niemal szekspirowską poezją, choć akcja dzieje się współcześnie; „Krzyk mody” (2009) to seria monologów „gadających głów” na neutralnych, różnokolorowych tłach; a w „Party” (2017) autorka powraca do czarno-białej estetyki, budując swój film jak dramat teatralny. Zdarzały się w jej karierze ambitne porażki czy potknięcia („Człowiek, który płakał” z 2000 roku oraz „Ginger i Rosa” z 2012 roku), ale nawet jeśli upada, to z wysokiego konia. Największym jej sukcesem artystycznym jest nagrodzony przez Europejską Akademię Filmową „Orlando” (1992) z niezapomnianą kreacją młodej Tildy Swinton, który jest brawurową ekranizacją bardzo trudnej do adaptacji prozy Virginii Woolf. Sally Potter nie boi się jednak ambitnych przedsięwzięć, a jej filmy są często wyzwaniem intelektualnym oraz potrafią urzec wyrafinowaną formą plastyczną. Nic więc dziwnego, że niemal każdy jej projekt przyciąga wybitnych aktorów i gwiazdy kina. Grali już u niej m.in. Judi Dench, Dianne Wiest, Annette Bening, Cate Blanchett, Kristin Scott Thomas, Cillian Murphy, Jude Law, Johnny Depp, Patricia Clarkson, Steve Buscemi, John Turturro, Sam Neill, Timothy Spall i Bruno Ganz.

Nie inaczej jest w „The Roads Not Taken”, najnowszej produkcji Potter, która będzie miała swoją premierę w Berlinie. W obsadzie znaleźli się m.in. Javier Bardem, Salma Hayek, Laura Linney i Elle Fanning (która zawdzięcza tej reżyserce jedną z najlepszych ról w karierze w filmie „Ginger i Rosa”). Fabuła filmu dzieje się w Nowym Jorku i skupia się na relacji ojca i córki, ukazując jeden dzień z ich życia. Wydaje się, że Sally Potter znów podjęła się ambitnego zadania, gdyż opowiadana przez nią historia ma wędrować w nadrealne rejony. Jak głosi zapowiedź dystrybutora: Molly (Fanning) zmaga się z chaotycznym umysłem swojego ojca Leo (Bardem), który zaczyna przeżywać alternatywne wersje swojego życia. Reżyserka po raz kolejny sięgnęła po trudno przekładalną literaturę, gdyż film został zainspirowany poematem Roberta Frosta o tym samym tytule. Jeden z największych amerykańskich poetów (zm. 1963) podejmuje w tym utworze m.in. kwestie samostanowienia i przeznaczenia. Zwiastun zapowiada hipnotyczną i emocjonalną opowieść. Film zakwalifikował się do konkursu głównego Berlinale. Czy zostanie dobrze przyjęty, podobnie jak prezentowany tu przed trzema laty „Party”, który zdobył jedną z nagród specjalnych? Nie ukrywam, że mam taką nadzieję.

Paweł Tesznar (Snoopy)
Paweł Tesznar

„Berlin Alexanderplatz”

reżyseria: Burhan Qurbani

występują: Albrecht Schuch, Jella Haase, Nils Verkooijen i inni
gatunek: dramat
kraj: Niemcy / Holandia / Francja / Kanada 

premiera: 26 lutego

Burhan Qurbani jest niemieckim reżyserem pochodzenia afgańskiego. Urodził się w 1980 roku, rok po tym, jak jego rodzice wyemigrowali ze Wschodu, osiedlając się w Leinfelden-Echterdingen. Po ukończeniu liceum miał okazję zostać asystentem reżysera w teatrze, a następnie zatrudnić się dla wytwórni w charakterze kamerzysty. Te dwa doświadczenia wpłynęły na jego zainteresowanie kinem oraz doprowadziły do studiów reżyserii scenicznej w Badenii-Wirtembergii. Jego pierwsze krótkometrażowe produkcje powstały we współpracy z poczdamską telewizją. Głośny okazał się już debiutancki film pełnometrażowy, „Wyznanie wiary”. W 2010 roku przeszedł selekcję do konkursu głównego Berlinale. Była to opowieść o trójce wyznawców islamu żyjących w Niemczech i raz po raz zmuszanych, by konfrontować swój system wartości ze współczesnym światem. Cztery lata później Qurbani nakręcił kolejny pełny metraż, „Jesteśmy młodzi. Jesteśmy silni”. Opowieść dotyczyła tragicznych wydarzeń, do jakich doszło w 1992 roku, gdy prawicowi ekstremiści zaatakowali wietnamskich uchodźców. Oba filmy definiują styl reżysera. Uwielbia on opowiadać o tematyce imigrantów i reakcjach społecznych, zachowując przy tym paradokumentalny styl przypominający wręcz rekonstrukcję.

Tegoroczna edycja Berlinale umożliwi nam zobaczenie najnowszego dzieła Qurbaniego zatytułowanego „Berlin Alexanderplatz”. Tytuł słusznie kojarzy się z powieścią Alfreda Döblina, zaadaptowaną już dwukrotnie, m.in. przez Rainera Wernera Fassbindera. Tym razem jednak postanowiono podejść do historii bardzo swobodnie, już dzięki samemu uwspółcześnieniu. Opowieść ma dotyczyć uchodźcy z Afryki, starającego się przetrwać w tak różnym kulturowo Berlinie XXI wieku. Trailer zapowiada dynamiczne kino przyozdobione kolorowymi światłami i dyskotekową muzyką. Jednak nie oznacza to wcale łatwego, przyjemnego seansu. Już na plakatach widać kontrast, jaki tworzą neony i rozmazane twarze postaci. Myślę, że połączenie estetyk oraz kreatywne wykorzystanie klasyki może zaowocować nietuzinkowym filmem.

Adrian Burz
Adrian Burz
Sheytan vojud nadarad 01

„Sheytan vojud nadarad” / There Is No Evil

reżyseria: Mohammad Rasoulof

występują: Kaveh Ahangar, Mahtab Servati, Alireza Zareparast i inni
gatunek: dramat
kraj: Iran / Niemcy / Czechy

premiera: 28 lutego

Irański reżyser Mohammad Rasoulof dobrze znany jest polskiej publiczności festiwalowej i bywalcom kin studyjnych. Do tej pory jednak jego dzieła, mimo kilkukrotnych premier w Cannes, nie gościły w konkursie w Berlinie. Urodzony w Sziraz już jako dziewięciolatek występował w lokalnym teatrze, gdzie później pisał i reżyserował sztuki. Nie uczęszczał do szkoły filmowej, a studiował socjologię w Teheranie. Nie przeszkodziło mu to jednak już w trakcie studiów podejmować pierwszych prób filmowych. Pełnometrażowy debiut „Gagooman” z 2002 roku otrzymał nagrodę Kryształowego Simurga na 21. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Fajr w Teheranie. Jednak to jego drugie dzieło, „Żelazna wyspa”, przyniosło mu rozgłos w świecie, zdobywając główną nagrodę Złotego Pawia na Indyjskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym. W Polsce film mogliśmy obejrzeć na Warszawskim Festiwalu Filmowym w dawnej sekcji „Nowe Filmy, Nowi Reżyserzy”. Następny film, „Keshtzar haye sepid”, miał premierę na festiwalu w San Sebastián. Jego montażystą był inny znany irański twórca, Jafar Panahi. Obaj zostali następnie w 2010 roku aresztowani i skazani na 6 lat więzienia za zmowę przeciwko bezpieczeństwu narodowemu i udział w propagandzie przeciwko reżimowi. Kara została jednak zmniejszona do jednego roku. Od tej pory reżyser jest na cenzurowanym i ma trudności z uzyskaniem wiz i opuszczaniem kraju. Następne trzy dzieła – „Pożegnanie”, „Rękopisy nie płoną” i „Uczciwy człowiek” – to już premiery w sekcji Un Certain Regard w Cannes. Pierwszy z nich zdobył nagrodę za najlepszą reżyserię a najnowszy – główną nagrodę sekcji. Ostatnie dwa dzieła gościły w polskich kinach studyjnych, natomiast żaden z filmów nie miał dystrybucji w Iranie. Rasoulof podejmuje tematykę polityczną i społeczną. Dotyka ważnych problemów dotyczących życia w Iranie, w tym tematu uchodźstwa („Żelazna wyspa”) czy bezpośrednio go dotykającej sprawy wiz („Pożegnanie”).

Najnowsze dzieło, „Sheytan vojud nadarad”, składa się z czterech opowieści pozornie ze sobą niezwiązanych. Podejmują one jednak problem kary śmierci i moralnej siły w obronie wolności w kraju objętym reżimem. Trzymam kciuki, by twórcy udało się zdobyć jakąś nagrodę, a chociaż pojawić się na festiwalu, by zaprezentować swoje dzieło. Mam nadzieję, że udział w tegorocznych Nowych Horyzontach jest oczywistością.

Krystian Prusak
Krystian Prusak

„First Cow”

reżyseria: Kelly Reichardt

występują: John Magaro, Orion Lee, Toby Jones i inni
gatunek: dramat
kraj: USA 

premiera: 22 lutego

Kelly Reichardt jest niezależną reżyserką cenioną za minimalistyczny styl i niezwykłe oko do ukazywania wiejskiej Ameryki z jej codziennym rytmem życia na tle pięknych krajobrazów. Po debiucie pełnometrażowym w połowie lat 90. reżyserka musiała czekać ponad dekadę na sfinansowanie jej kolejnego projektu, co – wedle jej wspomnień – wynikało z niechęci decydentów do zaangażowania się w film realizowany przez kobietę. Począwszy od drugiego pełnego metrażu, „Old Joy” (2006), Reichardt regularnie pracuje nad scenariuszami z pisarzem Jonathanem Raymondem. Biorąc na warsztat jego opowiadania, reżyserka przeniosła akcję swych filmów z rodzinnej Florydy do Oregonu, któremu pozostała wierna do dziś. Tam rozgrywają się „Wendy i Lucy” (2008), „Meek’s Cutoff” (2010) i „Night Moves” (2013) z Jessem Eisenbergiem w roli głównej. Ten ostatni to jednorazowy zwrot reżyserki w stronę bardziej klasycznych narracji hollywoodzkich w celu opowiedzenia o ekologicznym aktywizmie. Oprócz Raymonda stałą współpracowniczką Reichardt pozostaje Michelle Williams: grała tytułową Wendy w „Wendy i Lucy” oraz jedną z pionierek w osadzonym w połowie XIX wieku „Meek’s Cutoff”, a ostatnio także w „Kobiecym świecie” („Certain Women”) z 2016 roku, tryptyku o życiu kobiet w stanie Montana (wspólnie z Kristen Stewart i Laurą Dern).

„First Cow” to z wielu względów powrót do tego, co Reichardt pokazywała już wcześniej. Scenariusz ponownie powstał we współpracy z Raymondem, a akcja rozgrywa się w Oregonie na początku XIX wieku. Centralne postaci to, podobnie jak w „Old Joy”, dwaj przyjaciele – kucharz-samotnik i chiński imigrant. Obaj starają się ubić interes, którego sukces w jakiś sposób uzależniony jest od niezwykle cennej, bo pierwszej na świeżo kolonizowanym terytorium, krowy. Zwiastun zapowiada piękne obrazy przyrody (poza „Night Moves” Reichardt nakręciła wszystkie swe filmy na taśmie) i wnikliwe spojrzenie na rodzące się podstawy amerykańskiego społeczeństwa. Całość ma szansę być uwznioślającą estetycznie i nastrojowo podróżą w odległe czasy, niepozbawioną zapewne subtelnego humoru oraz czułej psychologii postaci.

Wojciech Sławnikowski
Wojciech Sławnikowski

   „Rizi” / Days”

reżyseria: Tsai Ming-liang

występują: Lee Kang-sheng, Anong Houngheuangsy
gatunek: dramat
kraj: Tajwan

premiera: 27 lutego

Jednym z największych nazwisk tegorocznego konkursu jest bez wątpienia Tsai Ming-liang. Urodzony w Malezji, jako 20-latek wyjechał do Tajwanu, gdzie ukończył studia filmowe. W 1992 roku wyreżyserował swój debiut kinowy – „Buntowników neonowego boga”, a potem kolejne dzieła rozwijające jego tematykę i estetykę, m.in. nagrodzone Złotym Lwem „Niech żyje miłość” i francuską koprodukcję „Która tam jest godzina?”, w której wystąpił legendarny Jean-Pierre Léaud. Najważniejsze cechy stylu reżysera to powolna narracja, ograniczona ilość dialogów oraz powtarzalność tematów i postaci; większość jego filmów opowiada o alienacji, a w głównej roli jako bohater imieniem Hsiao-kang występuje Lee Kang-sheng. Tsai jest jednym z czołowych reprezentantów drugiej fali kina tajwańskiego; jego twórczość była też wpisywana w nurty queer cinema oraz filmowego neomodernizmu. Dotychczas ostatnią fabułą, jaką zrealizował, były „Bezpańskie psy” z 2013 roku; w kolejnych latach kręcił przeważnie dokumenty („Wędrówka na Zachód”, „Popołudnie”, „Twoja twarz”). Do konkursu głównego Berlinale jego filmy dostały się dotychczas dwa razy: „Rzeka” zdobyła w 1997 roku nagrodę specjalną, a „Kapryśna chmura” w 2005 roku zgarnęła Srebrnego Niedźwiedzia za wybitny wkład artystyczny, Nagrodę im. Alfreda Bauera oraz Nagrodę FIPRESCI.

„Rizi” (ang. „Days”, czyli „Dni”) to jedenasta pełnometrażowa fabuła w dorobku Tsaia. Materiały promujące ten obraz zapowiadają, że Tajwańczyk pozostaje wierny swojej estetyce i tematyce. Fabuła ma zasadzać się na spotkaniu dwóch mężczyzn w pokoju hotelowym; jednego z nich, samotnika żyjącego w wielkim domu, gra Lee Kang-sheng, drugiego, kucharza zamieszkującego małe mieszkanie w Bangkoku i przygotowującego tradycyjne potrawy – laotański debiutant Anong Houngheuangsy. Na podstawie minutowego zwiastuna i kilku fotosów możemy się spodziewać erotycznej relacji między bohaterami, a także bardzo spokojnego tempa i długich statycznych ujęć; ponadto wygląda na to, że film jest całkowicie pozbawiony dialogów. Dla fanów slow cinema zapowiada się prawdziwa uczta!

Jędrzej Sławnikowski
Jędrzej Sławnikowski