List miłosny – recenzja filmu „Całuję, Antosha” – AFF

List miłosny – recenzja filmu „Całuję, Antosha” – AFF

Anton Yelchin nie zyskał wielkiej popularności ani za życia, ani po swej tragicznej śmierci. Wiele osób zna jego twarz z drugoplanowych ról w „Star Treku” i „Tylko kochankowie przeżyją”, ale niekoniecznie kojarzy nazwisko. Wyreżyserowany przez Garreta Price’a dokument „Całuję, Antosha” utrwala postać młodego aktora w zbiorowej świadomości, w pewnym sensie otwierając mu drogę do pośmiertnej legendy.

Rodzice Antona pochodzili z Rosji i uprawiali łyżwiarstwo figurowe; dyskryminowani w ojczyźnie z powodu żydowskiego pochodzenia, w 1989 roku wyemigrowali z kilkumiesięcznym synem do Kalifornii. Yelchin dorastał więc w artystycznej rodzinie i od najmłodszych lat szukał rozmaitych form ekspresji. Pasję do kina rozbudził w nim seans „Taksówkarza”, po którym zaczął sięgać po coraz bardziej różnorodny repertuar. W pierwszych filmach zagrał jako dziewięciolatek i nie minęło wiele czasu, gdy partnerował na ekranie takim tuzom jak Albert Finney („Niebo czy ziemia”), Anthony Hopkins („Kraina wielkiego szczęścia”) czy Robin Williams („Głowa do góry”). W roku 2009 wystąpił nie tylko w „Star Treku”, ale też w „Terminatorze: Ocaleniu” jako młody Kyle Reese. Zazwyczaj dostawał pozytywne recenzje, mimo że większość produkcji, w których grał, spotykała się z chłodnym przyjęciem.

Dokument Price’a wiele czasu poświęca karierze aktorskiej Yelchina, ale wymienia też inne ważne elementy jego życiorysu, takie jak zainteresowania muzyczne, fotograficzne, wyjątkowo zażyła relacja z matką czy zdiagnozowana już w dzieciństwie mukowiscydoza. Reżyser panuje nad materiałem, rozwijając te wątki naprzemiennie, najczęściej w porządku chronologicznym. Przed kamerą wypowiadają się najbliżsi Antona, jego rodzina, przyjaciele i współpracownicy; czasem też pojawiają się wypowiedzi samego Yelchina, czy to w formie materiałów archiwalnych, czy narracji z offu. Obraz zrealizowano z dużym wyczuciem rytmu, dzięki czemu jest angażujący przez cały czas trwania. Uwagę zwraca też szybkie tempo filmu, który od początku intensywnie wprowadza nowe informacje, ale pod koniec zagęszcza je tak bardzo, że czasem równocześnie słuchamy narratora i czytamy inny tekst widoczny na ekranie. Wobec takiego natężenia treści większości widzów pewnie coś umknie, niemniej zabieg ten zdaje się rewelacyjnie odwzorowywać styl życia aktora, który był wciąż zajęty różnymi artystycznymi aktywnościami; tworzy też tym większe napięcie wobec nieubłaganie zbliżającej się przedwczesnej śmierci bohatera.

„Całuję, Antosha” to też bezcenna kompilacja różnych przejawów twórczej osobowości Yelchina: znajdziemy tu fragmenty produkcji, w których zagrał, fotografie, które wykonał (niektóre w rzadko uwiecznianych miejscach, np. domach publicznych), posłuchamy napisanych i śpiewanych przez niego piosenek, obejrzymy urywki z filmów, które nakręcił jeszcze jako dziecko, zyskamy nawet wgląd we fragmenty jego dziennika i przepełnionej miłością korespondencji z matką. Dokument Price’a niejako podtrzymuje swego tytułowego bohatera przy życiu za pomocą pozostawionych przez niego artystycznych śladów własnego istnienia. Jest przy tym portretem wieloaspektowym i kompletnym, zdolnym do zaszczepienia w zbiorowej świadomości określonej wizerunku Antona Yelchina, nie tylko jako charakterystycznego aktora, ale przede wszystkim fascynującego człowieka z krwi i kości.

Pytanie tylko: ile filmowy Anton ma wspólnego z prawdziwym Antonem? Z zebranych przez Price’a faktów i wypowiedzi znajomych aktora wyłania się postać nie tylko tragiczna, ale też bez skazy – dobry, szczery, przystojny chłopak, wszechstronnie utalentowany, utrzymujący czułe relacje z najbliższymi, dzielnie zmagający się z chorobą… Chciałoby się pokręcić głową z niedowierzaniem, że istniał człowiek tak idealny. I pewnie tak bym zrobił, gdyby nie sugestywność i siła, z jaką ten człowiek jest w dokumencie ukazany. Może bowiem potrzebujemy takich postaci czystych jak łza, może Garret Price celowo kreuje kryształowego bohatera, by postawić mu pomnik i stworzyć współczesną figurę zbyt szybko utraconego aktora na miarę Jamesa Deana? A może Yelchin w istocie był osobą bez żadnych znaczących wad? Niezależnie od odpowiedzi na te pytania, „Całuję, Antosha” pozostaje fenomenalnym i godnym polecania dokumentem, a – kto wie – może stać się nawet zalążkiem pięknej legendy.

Jędrzej Sławnikowski
Jędrzej Sławnikowski

Całuję, Antosha

Tytuł oryginalny: „Love, Antosha”

Rok: 2019

Gatunek: dokumentalny

Kraj produkcji: USA

Reżyser: Garret Price

Ocena: 4/5