Śmiechoterapia – recenzja filmu „Motyle” – WFF

Śmiechoterapia – recenzja filmu „Motyle” – WFF

Nie jestem typem widza, który śmieje się w kinie pod byle pretekstem. Często, nawet, gdy filmowi uda się mnie rozbawić, nie uzewnętrzniam swoich reakcji. “Motyle” stanowią jednak ten chlubny wyjątek, kiedy co chwilę razem z publicznością wybuchałem śmiechem. Bynajmniej nie pustym, bo Tolga Karaçelik mimochodem utrwalił we mnie kilka prostych, uniwersalnych życiowych prawd.

Film rozpoczyna strajk astronautów w Niemczech, co samo w sobie jest już podstawą do żartu. Narzekają oni na politykę rządu Angeli Merkel, w wyniku której nikt nie wysyła ich na misje pozaziemskie. Groteskową sytuację podkreśla fakt, że paradują w pełnym oprzyrządowaniu, ubrani w skafandry kosmiczne. Ich przedstawiciel żali się w telewizyjnym wywiadzie na brak perspektyw i w ramach protestu dokonuje na wizji aktu samopodpalenia, co jest znacznie utrudnione z uwagi na hełm i powłoki kombinezonu. Streściłem pierwszą scenę, ponieważ doskonale oddaje ona to, z jakim typem humoru będziemy mieli do czynienia przez cały seans. To film podszyty absurdem rodem z “Latającego cyrku Monty Pythona” z nutką dojmującej goryczy.

Kosmicznym desperatem okazuje się jeden z trzech protagonistów – turecki imigrant Cemal (Tolga Tekin). Po wielu latach rozłąki niespodziewanie kontaktuje się on ze swoim bratem Kenanem (Bartu Küçükçaglayan) i siostrą Suzan (Tugce Altug). Powodem jest pilny telefon od ojca, który prosi, by z jakiegoś powodu, potomstwo wspólnie odwiedziło go w rodzinnym miasteczku. Pozostałej dwójce zwaśnionego rodzeństwa też nie wiedzie się najlepiej. Podrzędny aktor Kenan zarabia użyczając głosu zwierzętom w  programie rozrywkowym, zaś Suzan właśnie rozstała się z ignorującym ją mężem pracoholikiem. Ich wspólna podróż skonfrontuje ich nie tylko ze sobą nawzajem, ale przede wszystkim z przeszłością, wywlekając na wierzch dziecięcą traumę.

Film Karaçelika nie działałby tak dobrze, gdyby nie barwne, wyraziste charaktery postaci. Choć cała trójka bohaterów to wewnętrznie pogruchotane wraki, każdy z nich przywdziewa inną maskę, żeby ten ból ukryć. Dzięki temu z zainteresowaniem obserwuje się tarcia między nimi i przerzucanie się żartami, które przez nadwrażliwych mogą być uznane za niestosowne. Dosadny humor czasem balansuje na granicy dobrego smaku, żartując nawet z takich tematów jak samobójstwo, ale to śmiech przez łzy, pełniący rolę terapeutyczną, nie wydający się przy tym bagatelizowaniem ważkiego tematu. Zresztą sam reżyser na spotkaniu po seansie mówił, że “Motyle” były dla niego sposobem na ukojenie bólu po stracie kogoś bliskiego.

Kino drogi będące ciągiem uzdrawiających konfrontacji trójki neurotyków to nie jedyne atrakcje jakie ten obraz nam serwuje. Cel podróży zostaje osiągniety zadziwiająco szybko, co pozwala wybrzmieć równie fascynującym bohaterom drugoplanowym i sprzyja przyjrzeniu się, w krzywym zwierciadle, małej społeczności tureckiej wioski. Reprezentantami lokalnej władzy są tam Imam, który stracił wiarę i ekscentryczny sołtys pragnący mu ją przywrócić, żeby zachować ciągłość tradycji. Kolorytu dopełnia tajemnica wybuchających kurczaków i tytułowe motyle, które regularnie przylatują tam masowo umierać. Zastana słodko-gorzka rzeczywistość perfekcyjnie komponuje się ze stanem ducha przyjezdnych bohaterów jako finalny etap ich przemiany. W końcu motyl w niektórych kulturach symbolizuje śmierć, ale także metamorfozę.

Karaçelik w swoim dziele udowadnia, że często najlepszą reakcją obronną wobec ludzkiej bezradności związanej ze sprawami ostatecznymi  jest śmiech. Poczucie humoru i umiejętność abstrakcyjnego myślenia to coś co w pewnym stopniu definiuje nas jako ludzi i może okazać się niezwykle pomocne w przełknięciu każdej gorzkiej pigułki.

Grzegorz Narożny
Grzegorz Narożny
plakat

Motyle

Tytuł oryginalny: „Kelebekler”

Rok: 2018

Gatunek: komediodramat

Kraj produkcji: Turcja

Reżyser: Tolga Karaçelik

Występują: Tolga Tekin, Bartu Küçükçaglayan, Tugce Altug i inni

Ocena: 4/5