"Walc w alejkach", reż. Thomas Stuber

Ocena: 3/5

Zjednoczenie Niemiec, jego polityczne i ekonomiczne reperkusje to bardzo ciekawy temat, wciąż mam wrażenie zbyt rzadko podejmowany przez tamtejszą kinematografię, a może po prostu te filmy często nie przebijają się do świadomości zagranicznego widza? Tym cieplej przyjąłem produkcję, która pochyla się nad ekonomicznym wykluczeniem i bolesnym przejściem w świat kapitalizmu w sposób tak stonowany i metaforyczny jak „Walc w alejkach”.

Thomas Stuber młody niemiecki twórca rodem z Lipska debiutował wyświetlanym w Salonikach i Toronto „Herbertem”. Była to historia wschodnioniemieckiego trenera boksu, u którego zostaje rozpoznane stwardnienie zanikowe boczne. Całkowitą zmianę dotychczasowego życia przeżywa także Christian, główny bohater najnowszej fabuły reżysera, grany przez znanego z innego berlińskiego i obecnego na Wiośnie Filmów tytułu – “Tranzytu” – Franz Rogowski. Mężczyzna rozpoczyna pracę w wielkiej hurtowni spożywczo-przemysłowej, gdzie ma pomagać przy dziale napojów. Wspólnie z nim poznajemy zasady rządzące tym specyficznym zamkniętym ekosystemem, relacje między działami, małe konflikty i delikatne nagięcia regulaminu.

„Walc w alejkach” to opowieść o trzech relacjach Christiana. Przyjaźni z jego sklepowym mentorem Brunonem (rewelacyjny Peter Kurth), gdzie podczas rozmów tej dwójki mamy liczne okazje spojrzeć na zjednoczenie z perspektywy wiejskich robotników. Bardzo szybko bohater ulega fascynacji pracującą w dziale ze słodyczami Marion (Sandra Hüller znana polskiej publiczności z Toniego Erdmanna). Pewna siebie i energiczna kobieta, wydaje się całkowitym przeciwieństwem cichego i wycofanego Christiana, zachowującego rezerwę zarówno co do innych ludzi, jak i do życia ogólnie. Ostrożna i powoli rodząca się w strachliwym milczeniu relacja przywodzi na myśl tę zaprezentowaną w cudownej „Duszy i ciele”. Obie postaci łączy także ukrywanie swojego pochodzenia i przeszłości przed resztą pracowników. To właśnie związki z przeszłością, z ludźmi, o których protagonista wolałby zapomnieć są trzecim z wiodących wątków opowieści. Skąd wzięły się pokrywające jego ciało tatuaże? Dlaczego w sklepie pojawił się znikąd? Co robił wcześniej?

Na uwagę zasługują estetyczne kadry i tendencja kamery do statycznego obserwowania wydarzeń, bez żadnych ruchów. Przypomina to trochę styl Roya Andersona, zresztą niespieszne tempo całości i często bardzo absurdalny humor nie pozostawiają wątpliwości co do inspiracji twórczością nagrodzonego Złotym Lwem w Wenecji reżysera.

Poważnym problemem niemieckiej produkcji jest jednak niedostatek jaki po sobie zostawia. Liczne pomysły i wątki są podejmowane tylko po to by za chwile zostać zapomniane, a całość sprawia wrażenie zmierzającej donikąd. Także zakończenie zostawia głównie niedosyt i sprawia wrażenie bardziej finału pierwszego tomu trylogii, niż koniec zamkniętej opowieści.

Marcin Prymas
Marcin Prymas