Polskie kino wciąż zbyt rzadko nagradzane jest na największych festiwalach, wyjątek od tej reguły niewątpliwie stanowi Berlinale. Ze stolicy Niemiec od 2013 roku prawie zawsze rodzimi twórcy wracają ze statuetką, co ciekawe zawsze inną. W lutym tego roku kolejny i póki co najbardziej chlubny rozdział tej historii dopisała Małgorzata Szumowska zdobywając ze swoim filmem nagrodę Grad Prix Jury, swoiste drugie miejsce. Teraz, kiedy „Twarz” wchodzi na ekrany polskich kin wzbudza w kraju wielkie kontrowersje, czy słusznie?

Już od pierwszej sceny reżyserka daje widzowi do zrozumienia, że przedstawionych na ekranie wydarzeń nie można interpretować w sposób dosłowny. Tłum ludzi, oglądamy zbliżenia na ich twarze. Zdenerwowani, pełni nadziei, zmęczeni, wkurzeni. Starzy i młodzi. Bogaci i biedni. Wszyscy trwają w oczekiwaniu. Szybko okazuje się że obiektem ogólnego zainteresowania jest miejscowy supermarket, gdzie już za chwile rozpocznie się „promocja dla golasów”, gdzie pod warunkiem bycia w samej bieliźnie, będzie można dostać telewizor po mocno obniżonej cenie. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że Szumowska po prostu bawi się w Patryka Vegę i ekranizuje artykuł jaki ostatnio przeczytała w “Super Expresie”, ale oniryczny nastrój, przesycone kolory, całkowicie inne filmowanie niż w reszcie produkcji pokazują, że chodzi tu o coś innego. Gdy prawdziwy tłum wojowników, Polaków o czym twórczyni nie omieszka nam przypomnieć, ruszy na bój ich (nie) ostatni, wyraźnie wyróżnia się wśród nich jedna, zagubiona, jednostka. Kobieta w kremowej bieliźnie pocznie się rozglądać, jakby nerwowo, bez zrozumienia. Powoli idąc przez sklepowe alejki jest mijana przez biegnących i walczących ze sobą łowców. Jakby znalazła się tam przypadkiem, przechodząc przez jakieś tajemne wrota z innego świata. Jest ona symbolem całego filmu, w skrócie opowiada losy Jacka, który początkowo ślepo podążą sa stawianymi przed nim oczekiwaniami, po czym podejmuje decyzję o wyrwaniu się z szufladek i ostatecznie pozostaje sam.

Nietrudno się domyślić czemu Szumowska postanowiła wykorzystać głośną przed kilku laty historię pierwszego w Europie całkowitego przeszczepu twarzy, którego dokonali lekarze z Gliwic w celu opowiedzenia swojej baśni o Polsce, ambicjach, uprzedzeniach, hipokryzji, emigracji i rolach jakie na nas nakłada społeczeństwo i sytuacja ekonomiczna. Chociaż film jest „inspirowany” prawdziwymi wydarzeniami, trudno tu doszukać się czegoś ponad właśnie inspirację przeczytanym w sieci artykułem. Zmianie uległy liczne szczegóły, a sama kwestia operacji, choć oczywiście stanowiąca motyw przewodni filmu, bynajmniej nie jest tu kluczowa.

Głównego bohatera – Jacka (Mateusz Kościukiewicz) poznajemy podczas posiedzenia z rodziną, starszym bratem (Dariusz Chojnacki) i szwagrem (Robert Talarczyk). Snucie planów zaopatrzenia domu przed wigilią szybko przeradza się w ogólnodomową kłótnie o kwestię emigracji zarobkowej. Jacek chce wyjechać do pracy na Wyspy Brytyjskie, w czym dopinguje go najbliższa mu osoba – siostra (rewelacyjna Agnieszka Podsiadlik). Podczas niezbyt długiego dialogu, z którego szybko główny bohater się wyłącza, dostajemy więcej autentyzmu i próby zrozumienia emigracji, niż przez cały seans „Cichej nocy”.

Protagonista pracuje przy konstrukcji monumentalnej Figury Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata, niewątpliwie będącej przeniesieniem tej stworzonej przed kilku laty w Świebodzinie realizując przy tym wielką ambicję miejscowego proboszcza. Bardzo angażuje się w sprawowane przez siebie obowiązki, pracując jednocześnie niemal bez żadnych zabezpieczeń, a przy tym bardzo niechętnie podchodząc do Romów zatrudnionych na placu budowy. W wolnym czasie spotyka się z kasjerką z miejscowego sklepiku – Dagmarą (Małgorzata Gorol) ewidentnie będąc tą bardziej zaangażowaną stroną relacji.

W pierwszym akcie Jacek stanowi swoistą siłę natury, wolności, rewolucji. Wiecznie uśmiechnięty, w świecie gdzie nie uśmiecha się nikt, głośno słuchający metalu, szalejący po drogach swoim wściekle czerwonym Maluchem, zawsze mający dla innych dobre słowo, dający miejscowym pijaczkom jakże potrzebne pieniądze i poparcie w sklepie, chodzący własnymi drogami i za to w pogardzany przez otoczenie. Świetnym dowodem na to jest scena wigilii, podczas dzielenia się opłatkiem kolejni członkowie „życzą”, choć może bardziej odpowiednim słowem byłoby grożą, lub stawiają oczekiwania aby Jacek „przestał wyglądać jak pizda”, zaczął słuchać „normalnej muzyki”, zaczął „ubierać się jak człowiek”. Innymi słowy by stał się taki jak wszyscy, taki jak oni. Mimo wszelkich różnic między głównym bohaterem i jego otoczeniem, co chwila jest nam przypominane, że nie są one tak całkowite jak mogłoby się wydawać. Jak wszyscy tam, jest on hipokrytą, chcąc wyjechać za granicę bez znajomości języka, a jednocześnie samemu oburzając się na nieznających polskiego współpracowników budowy, współżartującego przy świątecznym stole z Holocaustu etc.

Kiedy w końcu dochodzi do kluczowego wypadku, trudno się pozbyć wrażenia, że nie był on całkowicie przypadkowy. Jacek, będąc skupionym na niedziałającej szlifierce, niejako samemu schodzi z  platformy prosto w czarną otchłań. Wypadek, późniejsza operacja, nowa twarz i wszystko co się z tym wiąże są tu metaforą odejścia od roli jaką oczekuje od nas otoczenie, rodzina, przyjaciele, opinia publiczna etc, Może to być coming out, może wyjazd z rodzinnych okolic, lub nawet emigracja, i wiele innych rzeczy ciężkich i rzutujących na naszą przyszłość i teraźniejszość, decyzji. W tej interpretacji „Twarz” staje się opowieścią o walce, właśnie własne oblicze, tożsamość, o podjęte przez siebie decyzje. Walce niełatwej, być może skazanej na niepowodzenie, ale koniecznej do pojęcia dla zachowania swojego człowieczeństwa.

Tak naprawdę nie jest to opowieść o Grzegorzu Galasińskim, czyli rzeczywistej pierwszej osobie z przeszczepem twarzy, tylko o Małgorzacie Szumowskiej i jej trudnej relacji z Polską i Polakami. Reżyserka daje temu wyraz w ciekawym (i niestety piekielnie irytującym) zabiegu operatorskim. Otóż przez cały czas tylko lewa strona kadru jest wyraźna i wykadrowana, chwilami nawet w postaci małego kółka, a cała reszta spowita jest swoistą „mgłą wojny”, rozmyta i niejasna. W drugiej części filmu, już po operacji mogłoby to znaleźć uzasadnienie w tym, iż prawe oko protagonisty jest nie w pełni sprawnie częściowo zasłonięte przez nie całkowicie działającą powiekę. Problem w tym, iż jest to obecne na ekranie od pierwszej sceny, stanowi niejako sposób na nakierowanie widzów przez reżyserkę. Mówi nam, że tak samo jak Jacek podjęła skazaną na niepowodzenie walkę z otaczającą ją rzeczywistością i tak samo jak on zapłaciła za to wysoką cenę. Nie jest już w stanie widzieć świata tak jak zwykli ludzie, nie może ignorować problemu. Inną pozostawioną nam przez twórczynię wskazówką jest przeniesienie miejsca operacji i pobytu bohatera z Gliwic do miasta pochodzenia Szumowskiej – Krakowa.

Ta zabawa ostrością zmusza nas do skupienia się na określonej części ekranu, niekoniecznie tej najważniejszej, lecz tej narzuconej. W ten sposób Szumowska zwraca uwagę na to, że presja kulturowa czy też społeczna często narzuca nam sposób myślenia i widzenia świata, a my go przyjmujemy bezmyślnie i bezrefleksyjnie. Wydaje się przy tym, że autorka nie uderza jedynie w wiejskiego chochoła, a także w utożsamiony z nią świat „bogatej i wykształconej elity”. Widać to chociażby w scenie zarzynania świni na wigilijną wieczerzę. Widz zostaje zmuszony do obserwowania miejsca, z którego dochodzą jęki zabijanego zwierzęcia, to zawęża jego spojrzenie, bo przestaje myśleć o posiłku, czy uroczystości, a pozostaje jedynie akt mordu pozbawiony wszelkiego kontekstu

Głównym wątkiem tej historii jest romans Jacka i Dagmary, w pierwszym akcie przedstawiona jako siła napędowa dla otaczającego ich świata. W rewelacyjnej scenie dyskotekowej, gdy taniec tej dwójki niejako zaraża energią do działania ospałe otoczenie, czy w nierealnym, fantastycznym segmencie konnej przejażdżki po łąkach i lasach, wyzwolenia i wolności. Tym mocniej wybrzmiewa brutalna klamra zastosowana przez Szumowską. W drugiej połowie filmu, gdy przemiana się dokonała, a zło wyszło na pierwszy plan energetyczny taniec w estetycznym otoczeniu został zastąpiony pijackim striptizem w pijackiej mordowni, a długowłosy książę na białym koniu zmienia się w wiejskiego szpanera za kierownicą swojej piętnastoletniej beemki. Dagmara nie jest zdolna do zmienienia swojej roli w społeczeństwie, do rewolucji swojego życia, poddaje się i wycofuje z towarzyszenia Jackowi, w symbolicznej scenie na przeszklonym szpitalnym korytarzu. Niczym w Biblii płaci dużą cenę za swoją zdradę, tak czy siak tracąc poprzednie życie, pracę i popadając w autodestrukcyjne zachowania.

Na drugim planie wyróżnia się owładnięty obsesją budowy Pomnika Jezusa miejscowy proboszcz (Roman Gancarczyk), dla którego nie liczy się nic poza realizacją swojego marzenia i narzucający swą determinacją wolę okolicznym mieszkańcom. Ciekawa jest również matka głównego bohatera, kobieta nie mogąca się pogodzić z przemianą jej dziecka i tym jak potoczyło się jego życie. Odcina się od niego, desperacko szuka sposobu na odwrócenie tego co się wydarzyło. Przypomina przy tym trochę rodziców, którzy nie mogą się pogodzić z homoseksualizmem swoich potomków, wyrzekają się ich bądź próbują „naprawić” (scena egzorcyzmu).

Miejsce dramatu także zostało wybrane nieprzypadkowo, lubuskie równiny ustąpiły miejsca Karpatom Zachodnim. Południowa Małopolska oraz Podkarpacie uchodzą za jedne z najbardziej konserwatywnych i katolickich obszarów w Polsce. Jednocześnie góry stanowią w polskiej kulturze synonim wolności, a także poszukiwania prawdziwego siebie, może dlatego Jacek tak chętnie filmowany jest właśnie podczas obserwowania świata ze wzniesień.  

Symboliczna klęska misji głównego bohatera następuje podczas sceny pogrzebu dziadka, gdy nad grobem nestora rodu dochodzi do kolejnego pokazu małostkowości i grzeszności brata oraz szwagra, klasyczny model tego typu wydarzeń zostaje zerwany przez bohaterkę Agnieszki Podsiadlik. Kobieta, która już wcześniej stopniowo sobie uświadamiała beznadzieję i niemożliwość misji Jacka w końcu pęka i się poddaje swojemu losowi. Staje po stronie męża w karczemnym sporze toczonym na poświęconej ziemi, poddaje się presji i kala się małostkowością, staje grzeszna i wyrzeka idei. Pokonany Jacek nie ma wyboru, jak opuścić kraj, który próbował nawrócić, a który się wypiął na swojego proroka pozostawiając go opuszczonego i wyśmianego.  

“Twarz” nie jest specjalnie udanym projektem, rękę do dialogów Szumowska ma bardzo ciężką, jej metafory są subtelne jak bombardowanie Drezna, a poczucie wyższości aż się z poszczególnych kadrów wylewa. Jest to też jedna z tych produkcji, o których zdecydowanie przyjemniej się rozmawia (jak już się znajdzie rozmówcę, a nie bezmyślny automat do powtarzania pustych frazesów o odpowiednim nacechowaniu politycznym), niż ogląda. Mimo to, publicystycznego kina, które nie jest jednocześnie ordynarnie dosłowne i płytkie powstaje nad Wisłą bardzo mało i dlatego musimy pielęgnować i nie odrzucać tego, co dostajemy.

Na koniec dwie uwagi, po pierwsze naprawdę nie pojmuję decyzji o reklamowaniu tego filmu jako zabawnej komedii, mimo elementów humorystycznych, produkcja w żadnym razie nie stała nawet blisko tego gatunku. Po drugie za granicą oficjalnym tytułem jest “The Mug” co jest słowem o nacechowaniu negatywnym, można je przetłumaczyć jako “ryj”, albo “morda”, nie mogę się pozbyć wrażenia, że jest to o wiele odpowiedniejsza nazwa i gdyby ją zachować moglibyśmy uniknąć wielu niepotrzebnych nieporozumień interpretacyjnych, gdyż widzowie mogliby się z łatwością nakierować na takie frazeologizmy jak “dorabiać komuś mordę”, albo “wycierać sobie kimś ryja”.

Marcin Prymas
Marcin Prymas

Twarz


Rok: 2018

Gatunek: komediodramat

Reżyser: Małgorzata Szumowska

Występują: Mateusz Kościukiewicz, Agnieszka Podsiadlik, Małgorzata Gorol i inni

Ocena: 3/5