Albania to był raj – analiza filmu „Pułkownik Bunkier”

Albania to był raj – analiza filmu „Pułkownik Bunkier”

Niewielka Albania to jedno z najbardziej tajemniczych państw w Europie. Jej powojenna historia stanowi wstrząsające przypomnienie, co się dzieje, gdy totalitaryzm zanurza swe szpony w żywej tkance narodu. Powolny demontaż reżimu komunistycznego w latach 90. umożliwił przepracowanie wieloletniej traumy, czemu wyraz dało także albańskie kino, częściej pojawiające się w obiegu poza Bałkanami. Jednym z ważniejszych takich obrazów jest „Pułkownik Bunkier” Kujtima Çashku z 1996 roku.

Albania była jedynym w Europie krajem, jaki zdołał wyzwolić się spod faszystowskiej okupacji wyłącznie własnymi siłami. Po II wojnie światowej znalazła się pod rządami komunistów. Na czele partii i aparatu państwowego w latach 1945-1985 stał Enver Hodża, którego szalona ambicja i nacjonalistyczna retoryka doprowadziły naród na skraj wyniszczenia. Biedny kraj zdewastowany przez wojnę polegać musiał na zagranicznej pomocy materialnej, a nieprzewidywalny pierwszy sekretarz bezkompromisowo manewrował między popieraniem Jugosławii (do 1948 roku), przyjaźnią ze Związkiem Radzieckim (do końca lat 50.) i kuriozalnym sojuszem z Chińską Republiką Ludową (do połowy lat 70.). Gdy Albania przestała być potrzebna wielkim graczom rozgrywającym mecz o światowe wpływy, jej przywódca ogłosił katastrofalną w skutkach politykę niezależności opartą na bezwzględnej wierności „prawdziwym zasadom marksizmu-leninizmu”. Jej wprowadzenie zbiegło się z najgłębszym od czasu wojny kryzysem gospodarczym, niweczącym wieloletni trud odbudowy kraju. Gwarantująca demokratyczne zasady konstytucja z 1976 roku nie była przestrzegana, a aparat państwowy zacieśnił kontrolę nad obywatelami w stopniu niespotykanym w żadnym innym miejscu w Europie. Kulminacją i ucieleśnieniem polityki autarkii była kampania bunkieryzacji, polegająca na budowie ponad 173 tysięcy betonowych schronów, mających rzekomo umożliwić obywatelom przetrwanie nadchodzącej inwazji wrogich mocarstw.

Bohaterów dzieła Kujtima Çashku poznajemy w roku 1974. Pułkownik Muro Neto (Agim Qirjaqi) dostaje specjalne zadanie od samego Hodży: ma nadzorować kolejny etap budowy bunkrów (protagonista wzorowany jest na autentycznej postaci projektanta instalacji militarnych, inżyniera Josifa Zagalego). Jego żony Anny (granej przez Annę Nehrebecką) – Polki, która wyemigrowała za ukochanym na Bałkany – nie opuszczają złe przeczucia mimo kolejnych sukcesów, jakie odnosi jej małżonek. Ogłoszony narodowym bohaterem, Neto pozwala sobie na chwilę nieuwagi, bez skrupułów wykorzystaną przez władze.

Powstały w 1996 roku „Pułkownik Bunkier” to najważniejszy film rozliczeniowy, jaki zrealizowano w tym czasie w Albanii. I choć oskarżenia wobec totalitarnego reżimu pojawiały się już wcześniej – m.in. we „Vdekja e kalit” (reż. Saimir Kumbaro, 1992), groteskowym „Gjuetia e fundit” (reż. Koço Devole i Pali Kuke, 1992) czy dokumentalizowanym „Qind për qind” (reż. Artan Minarolli i Petrit Ruka, 1993) – to dopiero Kujtim Çashku spróbował w pełni wykorzystać wolność słowa nie tylko do wysuwania oskarżeń względem minionego systemu, podkreślania jego ułomności, ale i do przybliżenia mentalności Albańczyków żyjących pod komunistycznym butem. Tematem „Pułkownika..” nie jest sam proces bunkieryzacji, lecz losy bohaterów widziane przez pryzmat historyczno-politycznego porządku, w jakim przyszło im żyć. Jak stwierdza reżyser: „To film o unikalnym totalizmie albańskim, o samoizolacji mojego kraju w okresie reżimu komunistycznego i naszej mentalności. (…) staram się więc odpowiedzieć na pytania: skąd się bierze permanentny lęk i w imię czego niszczy się ludzkie wartości?”1

Wydaje się, że Muro i Anna są bezpieczni. Wysoki rangą oficer odpowiedzialny za strategiczną kampanię i jego małżonka, zdolna pianistka. Wszędzie wokół totalitarny system steruje życiem obywateli, regulując ich każdy dzień, zmuszając artystów do ciężkiej pracy fizycznej, szkoląc dzieci w posługiwaniu się bronią, wysyłając całe rodziny do obozów. Bohaterowie stopniowo ulegają kuszącej iluzji bezpieczeństwa na przekór wiedzy, że nikt nie funkcjonuje poza systemem. Boją się wypowiadać pewne rzeczy na głos, rozumieją, że oczekuje się od nich bezwzględnego posłuszeństwa, jednak podświadomie pozwalają sobie na chwilę słabości. Muro wypowiada o jedno zdanie za dużo. W ciągu kilkunastu godzin z bohatera staje się zdrajcą. Pytany o winę pułkownika funkcjonariusz Sigurimi2 odpowiada: „Ośmieliłeś się marzyć i spróbować wcielić to marzenie w życie”. Zapomniałeś, gdzie twoje miejsce, uważałeś się za człowieka, a przecież jesteś tylko bezwartościowym pionkiem w grze, której zasad nie ustalasz.

Wypracowana przez Hodżę doktryna autarkii podstawową zasadą czyniła niezależność kraju od „imperialistycznych sił” kształtujących światowy porządek, swoiste zamknięcie się na świat przy uznaniu własnej omnipotencji. Wydaje się, że bunkier idealnie symbolizuje te tendencje, co szybko zauważyli albańscy artyści. Nie jest przypadkiem, że w wydanej w 1992 roku powieści „Piramida” Ismail Kadare podkreśla podobieństwo między albańskimi schronami a egipskimi piramidami. Zmuszając społeczeństwo do wznoszenia konstrukcji o znaczeniu czysto symbolicznym (bunkry nie miały niemal żadnej wartości bojowej, które to stwierdzenie minister obrony narodowej Beqir Balluku przypłacił życiem), autokratyczny władca chciał nie tylko zapisać się w historii, ale też zagwarantować sobie posłuszeństwo poddanych poprzez zaangażowanie ich w bezproduktywne zajęcie (obywatele musieli nie tylko uczestniczyć kilka razy w tygodniu w szkoleniach z zakresu obrony cywilnej, ale też regularnie konserwować lokalny schron).

W filmie Çashku te betonowe obiekty są ponadto metaforą Albanii jako kraju: odizolowanego od wpływów zewnętrznych, a jednocześnie pustego wewnątrz – zupełnie jak jego mieszkańcy, zimni, wypaleni z ludzkich emocji, wyjałowieni przez niesprzyjające środowisko. Końcówka przynosi jednak drobinę nadziei: choć dla Neto jest już za późno na odkupienie win, za jakie we własnym mniemaniu odpowiada, to bunkry – przynajmniej niektóre – stały się, paradoksalnie, jednym ze źródeł odrodzenia stłumionego ducha narodu. Na trwałe wpisały się w krajobraz kulturowy państwa, a ich powszechność umożliwiła różnorakie wykorzystanie. Szpetne konstrukcje stały się świątyniami (w 1967 roku wszelkie praktyki religijne zostały zabronione), scenami koncertowymi (muzyka rockowa była w Albanii zakazana), wreszcie miejscami potajemnych schadzek młodych kochanków. Jak gdyby z wysuszonego, przygiętego do ziemi od nieustających wiatrów, połamanego drzewa wyrosła nowa gałązka, która kiedyś może wypuścić pąki.

Produkcji podobnych do „Pułkownika Bunkra” jest co niemiara. Każdy naród doświadczony przez Historię potrzebuje jednak własnego kina rozliczeniowego. Çashku nie wyważa otwartych drzwi, idąc po prostu śladami poprzedników: Rogożkina, Bugajskiego, Bromskiego, Wajdy. „Pułkownik…” to bowiem jedyna w historii koprodukcja albańsko-francusko-polska i choć producentem był Filip Bajon, Çashku celuje raczej w kino Andrzeja Wajdy, tak jak on próbując oddać ducha swego narodu w kluczowym momencie historii i nasycając opowieść fatalistyczną, romantyczną symboliką. Albańczyk ma świadomość donośności swego dzieła i być może dlatego stawia kroki zbyt ostrożnie. Ucieka jednak od jednowymiarowego przedstawienia metod funkcjonowania reżimu, skupiając się na pierwiastku ludzkim. Jego film stanowi dojrzałą wypowiedź historiozoficzną, przybliżając nie tylko sytuację Albańczyków pod rządami Hodży, ale i napięcie oraz lęki ludzi w obliczu totalitaryzmu, tęskniących za bezpieczną przeciętnością i łaknących wolności. Jednocześnie reżyser daleki jest od osądzania i ferowania wyroków. Pokazuje, jak łatwo z oprawcy stać się ofiarą, a winą za degenerację systemu obarcza ludzką skłonność do nadużywania władzy.

Skąpane w żółci i złocie zdjęcia Jerzego Rudzińskiego przywodzą na myśl kadry z „Podwójnego życia Weroniki”, a i częste retrospekcje, przywoływane delikatnie wspomnienia niosą podobieństwo do kina Kieślowskiego. Kilka ciekawych narracyjnie cięć montażowych i choreografia scen zdradzają zmysł wizualny twórców, choć „Pułkownik Bunkier” to film niepozbawiony wad. Przede wszystkim trzeba być wyrozumiałym dla strony technicznej. Mimo francuskiego zaplecza technologicznego dzieło Çashku zbyt często przypomina kręcone na marnych taśmach polskie produkcje z drugiej połowy lat 80. lub drugoligowe zachodnie seriale telewizyjne.

Wiarygodnie wypadają kreacje głównych bohaterów: szczególne wrażenie robi teatralny warsztat Agima Qirjaqiego, przeobrażającego się z czułego męża w pozbawionego mimiki służbistę, a ostatecznie w nieobecnego ducha przeszłości, snującego się po ulicach Tirany. Warto dostrzec też epizodyczną rolę nestora albańskiego kina, Kadriego Roshiego jako sędziwego duchownego, jednak poza nim drugi plan wypada blado. Słabością filmu jest też próba poruszenia zbyt wielu kwestii. Scenariusz trwającego 97 minut obrazu obejmuje dwadzieścia lat (1974-1994), więc z konieczności wydarzenia w trzecim akcie nabierają szybkiego tempa, nieprzystającego do rytmu pozostałej części dzieła.

Kujtim Çashku jest niewątpliwie na tyle doświadczonym twórcą, że sprawnie kamufluje niedoskonałości własnego tekstu pewną reżyserią. Przede wszystkim jednak „Pułkownik Bunkier” wydaje się być filmem szczerym i potrzebnym – może zbyt prostym, przez co niewyróżniającym się na tle podobnych produkcji, ale z drugiej strony oszczędnym formalnie i niewątpliwie ważnym z historycznego punktu widzenia. Nawet po latach i w innych realiach polityczno-historycznych pozwala przypomnieć nam, że historia lubi się powtarzać i mieć nadzieję, że tkwiąca w człowieku siła pozwoli przetrwać najstraszniejsze czasy.

Przypisy:
1 Kujtim Çashku, Lustro duszy, „Przegląd Albański” 1997, nr 2, s. 10.
2 Albańska policja polityczna.

Wojciech Koczułap
Wojciech Koczułap