Pukając do nieba bram – recenzja filmu “Pani Fang”

Pukając do nieba bram – recenzja filmu “Pani Fang”

Gdy w zeszłym roku na ekranach polskich kin zagościła “Śmierć Ludwika XIV” Alberta Serry, wielu widzów nie mogło znieść faktu, że Katalończyk rzeczywiście przez cały seans zajmował się zgonem francuskiego monarchy. Ostatni akt ludzkiej egzystencji rozciągnięty do godziny i czterdziestu minut wydawał się niektórym nieważny, odległy, niezrozumiały. Tylko na wąską grupę podziałał “przeszywający obraz śmierci, walki o godność i podtrzymanie zasad nawet w obliczu ostateczności”, jak pisał jeden z krytyków. I właśnie dla nich wydaje się skrojony na miarę najnowszy film Wanga Binga.

Chiński reżyser od zawsze celuje w przejmujące, nieposkromione wizje rzadko trafiające na pierwsze strony gazet. Niespieszna narracja (dość powiedzieć, że na tegorocznym festiwalu w Cannes prezentował “Dead Souls” trwający bagatela 8 godzin i 15 minut) i surowa estetyka raczej odstrasza niż skomle o uznanie. Autor “Póki szaleństwo nas nie rozdzieli” skrupulatnie dobiera tematy, opowiada o ludzkiej nędzy, społecznych kataklizmach, politycznych kryzysach. W końcu Wang sięgnął po temat ostateczny, chyba nigdy nie ujęty z podobnym namaszczeniem i szacunkiem.

Rejestrowanie powolnej degradacji człowieka niesie za sobą potężne ryzyko moralne. Czy nie zostanie przekroczona granica? Czy kamera to na pewno odpowiednie towarzystwo dla umierających? Jak w tym wszystkim odnajdują się rodziny, w końcu to oni tracą najbliższą osobę?

Bohaterką dokumentu jest Fang Xiuying w wiosce Maihui w środkowych Chinach. Wychowała syna i córkę, doczekała się wnuka, a od dekady pozostaje wdową. Teraz za sprawą choroby Alzheimera traci pamięć, a reszta ciała w ślad za mózgiem odmawia posłuszeństwa. Na ekranie widzimy dziesięć ostatnich dni z jej życia. Choć otacza ją cała rodzina to znajduje się już po drugiej stronie, jej organizm krok po kroku przygotowuje się do odejścia.

W małej izbie stoją dwa łóżka, wokół jednego z nich, na którym leży pani Fang, tłoczą się jej bliscy. Syn, córka, ich małżonkowie, siostra, kuzyni. Ponad dziesięć osób w niewielkim pokoju. Być może w kraju liczącym przeszło 1,3 miliarda takie kolektywne przeżywanie choroby i zgonu nie jest niczym dziwnym. Może wynika to też z innego kręgu kulturowego, lokalnych obrządków, chińskiej tradycji. W naszym pozbawionym mistycyzmu świecie często przy szpitalnym łożu czuwa się na wyrywki, wpadając tam, gdy obowiązki pozwolą. Odrywamy się od pracy i innych zajęć, by dojrzeć chorego, spędzić z nim choć trochę czasu, dopytać o stan zdrowia.

Kiedy w Europie (a za nią w Stanach) śmierć zostaje ztabuizowana i wypchnięta ze sfery publicznej do prywatnej, reszta świata radzi sobie z nią poprzez system obrzędów (u nas sprowadzonych do pogrzebu). W azjatyckiej kulturze postrzega się ją jako kolejny krok na ludzkiej drodze, etap przejściowy. W ten sposób wydaje się bardziej oswojona. Dlatego pewnie nie dziwi, że familia pani Fang stojąc nad nią rozważa bez większego problemu o sprawach dotyczących stypy i pogrzebu. Na konsolacji najchętniej zjedliby żółwia albo żmijogłowa, ostatecznie może być tołpyga. A to decyzja tyleż ważka co praktyczna, bo trzeba je przecież uprzednio złowić. Kwestią sporną pozostaje też czy chować mamę według zasad feng shui i czy na pewno w grobie jej rodziców.

W ogóle dla europejskiego widza szokującym może wydać się zachowanie rodziny. Chora cały czas pozostaje pod opieką. Jako, że nie przyjmuje już stałych pokarmów, jej pragnienie zaspokajane jest wodą ze strzykawki. Każdy grymas, zmiana pozycji ciała, odgłos zostaje dostrzeżony i skomentowany. Rodzina prowadzi prawdziwe dysputy o odleżynach, wygiętych kończynach czy powodach otwarcia ust. Ona sama wydaje się ślepa, głucha i niema. Komunikuje się ze światem zza woalu zapomnienia. Alzheimer zagarnął nawet obrazy z dzieciństwa. Twarze dzieci pozostaną dla niej obce i zimne. Zdana na dobroć nieznajomych zapada się w nicość, ostatkiem sił starając uchwycić się uchodzące z niej życie.

Formuła obrana przez Wanga Binga jest prosta i klarowna, to w niej leży ostatecznie siła całego filmu. Obserwacja bez żadnego komentarza zewnętrznego, ukazane tylko relacje wewnątrz rodziny, dzień po dniu, bez żadnych fajerwerków czy zwrotów akcji. To dzieło zgrzebne, niełatwe, wymagające dyscypliny i samozaparcia. Gaśnięcie człowieka zostaje tu wpisane w wielki cykl natury. W śmierci nie ma bowiem nic chwalebnego, tak samo ze świata odchodzi żebrak z rynsztoka i krezus. Koło obraca się bez naszego udziału, jesteśmy tylko statystami w kosmicznym planie.

Maciej Kowalczyk
Maciej Kowalczyk

Pani Fang


Rok: 2017

Gatunek: Dokument

Reżyser: Wang Bing



Ocena: 4/5