Płonie stodoła – recenzja filmu „Płomienie” – Cannes 2018

Płonie stodoła – recenzja filmu „Płomienie” – Cannes 2018

Dotychczasowe próby przekładu prozy Harukiego Murakamiego na język filmu kończyły się spektakularnymi klęskami, albo w najlepszym przypadku mieszanymi opiniami. Zapewne, w dużej mierze jest to wina specyficznego, ocierającego się o grafomanię, stylu pisarza. Kto miał jednak przerwać klątwę jak nie Lee Chang-dong, specjalista od kinowych spraw beznadziejnych, który specjalnie dla tego projektu powrócił z emerytury.

„Burning” to bardzo luźna adaptacja opowiadania Murakamiego pod tytułem „Spalenie stodoły”. Reżyser przeniósł akcję do rodzimej Korei i zsyntezował bohaterów historii Japończyka z postaciami z opowiadania Williama Faulknera pod tym samym tytułem. Dodano tu również sporo komentarza dotyczącego współczesnej Korei, stosunków z Północą, rozwarstwienia społecznego, czy panującej mizoginii. Całość tworzy specyficzny i oryginalny, ale też bardzo interesujący miks romansu, thrillera i kina zaangażowanego.

Jong-soo (Yoo Ah-In) to świeżo upieczony absolwent literatury. W Seulu stara się utrzymać z prac dorywczych, a w wolnym czasie próbuje zacząć pisać swoją powieść. Pewnego dnia przypadkiem spotkana hostessa przedstawia mu się jako Haemi – koleżanka z młodości i daje do zrozumienia, że niegdyś go kochała, a on nią wzgardził. Wkrótce potem dziewczyna wyjeżdża do Afryki w poszukiwaniu, jak sama to nazywa „prawdziwego głodu”, i prosi chłopaka by zajął się jej kotem. Gdy kilka tygodni później wraca, jest z nią Ben – niewiele od nich starszy tajemniczy bogacz.

To właśnie swoisty trójkąt emocjonalny jaki wytworzy się wśród nich jest jedną z głównych osi narracyjnych filmu. Drugą jest zapożyczona od, często pojawiającego się na łamach filmu, Faulknera tematyka relacji ojca z synem i tego jak ludzka duma determinuje jego losy. Te dwie historie: przymusowego powrotu chłopaka na rodzinne upadłe gospodarstwo, aby go pilnować pod nieobecność ojca i równie przymusowego flirtu z elitą i bogactwem niebezpiecznie przypominającego „Wielkiego Gatsby’ego” przeplatają  się przez cały czas.

O tym filmie nie pisze się łatwo, scenariusz jest bardzo dopracowany, pozostawiając jednocześnie wiele miejsca na domysły i hipotezy widzów. Zgodnie z tym, co mówi opowiadając o nauce pantomimy Haemi, nie powinniśmy pamiętać o tym, że coś ma istnieć, musimy zapomnieć o tym, że nie istnieje. Misternie zaciera prawdę między rzeczywistością obiektywną a tym co jako tą rzeczywistość pojmujemy. Problem z pisaniem o tej produkcji wynika również z jej nierównego tempa. Dzieło przez większość czasu pozostaje niespieszne i kontemplacyjne, czasami jednak ni stąd ni zowąd jakby zrywało się w cwał, tylko po to byśmy za chwile się zorientowali, że przecież tak naprawdę to cały czas nic się nie działo. Pod tym względem „Burning” podobne jest do „Ahlat Ağacı” Nuriego Bilgego Ceylana, który w jednej scenie stosuje podobny zabieg.

To nierówne tempo jest jednak też największą bolączką produkcji. Pierwszy akt chwilami zdaje się ciągnąć w nieskończoność, z kolei całkowicie dopisany przez Lee Chang Donga trzeci cierpi na syndrom „Władcy Pierścieni”, i posiada wiele następujących po sobie zakończeń, aby w końcu doprowadzić do bardzo pięknej, ale też niestety bardzo banalnej, sceny finałowej. Na uwagę zasługują przepiękne zdjęcia. Światło, wschody i zachody słońca, mrok nocy, który paradoksalnie przynosi oświecenie. To  wszystko w symbolice produkcji jest wszechobecne i powracające. Bohaterowie przez cały czas szukają jasności w ciemności, jedynych promieni słońca tak szczęśliwe odbijających się od budynku obok, że wpadają do zaciemnionego pokoiku z oknem od północy. Wszechogarniającego zachodu na afrykańskiej pustyni. Lśnienia rzucanego przez ogień trawiący szklarnie. Jasności w której można zobaczyć kierunek, nadzieję, przyszłość. Umiejętne sfilmowanie tych wszystkich świateł, tak by każde było zupełnie inne, a jednocześnie budziło te same emocje było zadaniem karkołomnym, z którego twórcy wywiązali się koncertowo.

„Burning” to film, który łącząc elementy kina gatunkowego, społecznego manifestu przeciw niesprawiedliwości współczesnej Korei i romansu tworzy swoistą współczesną wersję, przywołanego przeze mnie już wcześniej, arcydzieła Fitzgeralda. To też dowód triumfu współczesnej kultury globalnej wioski. Koreańczyk adaptując japońskie opowiadanie wspiera się amerykańską klasyką literatury by stworzyć dzieło zrozumiałe na każdej szerokości geograficznej. Rekordowe oceny tego filmu nie wzięły się znikąd i to, że pobił rekord akurat „Toniego Erdmanna” to również nie jest przypadek. Kapitalizm z jego śmiesznościami (Toni Erdmann) i wszechwładzą (Burning) stał się (jedynym?) światowym uniwersałem.

Marcin Prymas
Marcin Prymas
Płomienie Plakat

Płomienie


Tytuł oryginalny: Burning

Rok: 2018

Gatunek: dramat, kryminał

Reżyser: Lee Chang-dong

Występują: Yoo Ah-in, Steven Yeun, Jeon Jong-seo i inni

Ocena: 4/5