Letnia Akademia Filmowa 2017 – Relacja

Letnia Akademia Filmowa 2017 – Relacja

W dniach 11-20 sierpnia odbyła się 18 edycja Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. Miałem okazję uczestniczyć w tym wydarzeniu 5 raz z rzędu. Jeszcze nie czuję się godzien, by nazywać się weteranem festiwalu, ale bez wątpienia jestem jego entuzjastą. Toteż relacja z mojej strony jest czymś nieuniknionym. Przyjrzymy się najnowszej edycji LAFu z bardzo różnych stron, zestawiając ze sobą jej wady i zalety.

Przed LAFem

W tym roku Nowe Horyzonty i Letnia Akademia Filmowa przytuliły się do siebie. Oba wydarzenia zostały zorganizowane w sąsiadujących terminach. Miałem więc okazję pojechać do Wrocławia na tydzień, by przeskoczyć na kolejne 7 dni do Zwierzyńca. Odwiedziłem oba festiwale w czasie jednego długiego urlopu. Świetna sprawa, chociaż nie byłem pewien czy wytrzymam taki natłok filmów. Jak się okazało, dzień przerwy między eventami wystarczał, bym odsapnął i na nowo zapragnął spędzać pół dnia przed ekranem.

Letnia Akademia Filmowa – co trzeba podkreślić na początku – jest bardzo specyficznym festiwalem. Został zorganizowany w turystycznej miejscowości, gdzie nie ma żadnego dużego kina, ani obiektów przystosowanych specjalnie na seanse. By stworzyć przestrzeń dla widzów, organizatorzy przystosowują 2 sale gimnastyczne i jedną małą salkę wykładową do odpowiednich warunków. Zwierzyniec dysponuje też jednym, skromnym kinem Skarb o ograniczonej pojemności (na oko 120-150 miejsc). Do tego dochodzi plac starego browaru, gdzie wyświetla się filmy nocą, a ludzie oglądają je w leżakach. LAF od lat jest tak organizowany, a widownia od lat docenia prowizoryczne podejście twórców. Zwłaszcza że turystyczne walory Zwierzyńca służą połączeniu seansów z tradycyjnymi wakacjami na łonie przyrody.

Nie ma co spodziewać się wielkich kolejek na seanse. Brak tutaj genialnego nagłośnienia, a w żadnej z sal ekran nie dorównuje wielkością ekranom, jakie zastaniemy na typowych festiwalach filmowych. Jedni powiedzą, że jest biednie, a inni, że skromnie i to ma swój klimat. Tak naprawdę różnie ludzie reagowali na to co tu zastali, jednak przeważają głosy uznania. Między innymi, dlatego że program nigdy nie ustępował innym festiwalom. Zawsze był różnorodny i bogaty.

 

Program

W tym roku w programie znalazło się około 200 filmów. To więcej niż w poprzednim, ale też dużo mniej niż 3-4 lata temu, gdy można było oglądać 300 seansów. Nie widziałem wielu edycji festiwalu, znam lepszych LAFowiczów, ale z łezką w oku wspominam czasy gdy w każdej sali od rana do wieczora leciało 7 filmów dziennie. Nie było wtedy ani razu takiej sytuacji, że o określonej porze nie ma na co iść. Im większy program, tym więcej perełek do wyłowienia, nawet jeśli oznacza to iż niektóre przegapimy. Obecnie takiego natłoku seansów nie ma. Szkoda.

Za najciekawszy punkt programu tegorocznego uznałem Nową Falę pod Alpami”. Był to przegląd kina szwajcarskiego tworzonego przez „Le Groupe 5″. To ekipa reżyserów zainspirowana francuską nową falą, która za skromne pieniądze tworzyła dzieła w na przełomie lat 60/70. Specjalnym gościem festiwalu okazał się zresztą Michel Schopfer, asystent reżyserów tych dzieł, przed każdym seansem opowiadający o pracy nad kolejnymi produkcjami.

Ucieszył mnie przegląd francuskojęzycznych filmów z Kanady. Dawno na Zwierzyńcu nie było tak potężne sekcji. Tutaj znalazło się aż 20 tytułów, z czego mniej znane przepleciono dokonaniami Dolana czy Villanueva, a najświeższe pomieszano z nieco starszymi. Niebywale dobrze podeszła mi sekcja 18 lat mieć to nie grzech gdzie znalazło się filmy o dojrzewaniu. Uzupełniła ją zresztą retrospektywa Mii Hansen Love. Nie jest to autorka skupiona wyłącznie na dojrzewaniu, ale ten temat przewijał się wielokrotnie w jej filmach. Równie chętnie chadzałem na cykl Jak hartował się terror poświęcony rewolucji październikowej. Jest to jedyny cykl zadedykowany kinematografii rosyjskiej, a z tej LAF słynie. Żal byłoby przegapić kilka pokazów w ramach tego przeglądu. Zwłaszcza że był na tyle różnorodny, iż trafił do niego również amerykański film, Doktor Żywago Davida Leana. Przyzwyczajony po Nowych Horyzontach do długich seansów, chętnie wybrałem się na ten.

Stałą częścią programu Letniej Akademii Filmowej są sekcje Klubowy karnet oraz Filmy w sieci„. Stanowią łącznie 1/4 wszystkich filmów. W skład obu wchodzą filmy już obecne w dystrybucji, bądź wkrótce do niej trafią. Siłą rzeczy są to najgłośniejsze tytuły, co ciekawe, najbardziej oblegane. Osobiście chadzam na nie w ostateczności, gdyż mam większą frajdę z odkrywania nowych dzieł, niż tych, które będę miał jeszcze okazję zobaczyć. Omija mnie niestety przez to konkurs prelegentów, jaki towarzyszy tym pokazom. Szkoda, ale cóż, dla samej prelekcji nie zrezygnuję z innych filmów.

Ostatecznie jednak tegoroczny program był bardzo zadowalający. Dawno nie było tyle klasyki. Miałem okazję zobaczyć aż 3 filmy nieme (Trzy wieki, Październik, Variete), w tym dwa z muzyką na żywo. Powtórzyłem mój prywatnie ulubiony film (Ostatni seans filmowy). Nadrobiłem aż 8 szwajcarskich filmów. Było w czym wybierać. Zanim jednak omówię wybrane tytuły, ponarzekam trochę.

 

…i nie zmienia się wiele.

Tym, co mnie uderzyło w mojej piątej wizycie na Letniej Akademii Filmowej to brak większych zmian od lat. Czasami to zaleta, bo niektóre punkty programu są zawsze wielką przyjemnością (seans z orkiestrą pod batutą Rafała Rozmusa, przystępne ceny). Często jednak niektórymi rzeczami można się znużyć, a inne aż się proszą o przemeblowanie.

Weźmy za przykład system kupowania biletów. Żeby wcześniej zakupić karnet na całe wydarzenie, należy wypełnić w excelu prośbę o akredytacje, następnie odczekać aż ją zaakceptują i wpłacić przelew na wybrane konto. Niby proste, ale tak na prawdę zwykły zakup wymaga tutaj czekania, a po samym przelewie nie otrzymujemy nawet potwierdzenia, że ktokolwiek wpłatę otrzymał. W chwili kiedy to piszę, nie dostałem też faktury, o którą prosiłem. Zaś w biurze festiwalowym wolontariusze nie wiedzieli jak ją wykonać. To powinno w końcu ewoluować. Inne festiwale mają elektroniczne systemy wpłat, umożliwiające natychmiastowe przekierowanie na stronę banku. Oczywiście w Zwierzyńcu zawsze można kupić karnety na miejscu i nigdy nic nie brakuje, więc to ja komplikuję nieco sprawę. Niemniej system przedpłaty, a sam lubię płacić za wszystko wcześniej, nie działa jak powinien.

Kolejną organizacyjną bolączką jest zupełny brak terminów, w jakich dowiemy się czegokolwiek. Pierwsze informacje o festiwalu organizatorzy wrzucają znienacka czy to w lutym czy w marcu. Później długo milczą. Następnie, niespodziewanie, miesiąc przed wydarzeniem zalewają nas informacjami. Ale wrzucają je bez zapowiedzi. Czasami dodają post na stronie, ale na Facebooku nie piszą niczego. Nigdy nie wiadomo kiedy pojawi się pełen program festiwalu. Nie ma też daty, kiedy kalendarz projekcji zostanie opublikowany. Jedno jest pewne, wszystkie informacje są podawane zbyt późno. Harmonogram seansów ukazuje się jakiś tydzień przed festiwalem. Jeśli dysponujemy kilkoma dniami wolnego, to nie wiemy nawet jakie filmy zobaczymy, gdy już zarezerwujemy krótki urlop. Kto mnie zna, wie że ja sporo rzeczy planuję jak w zegarku, tego też oczekuję od innych słowności, punktualności, informowania z odpowiednim wyprzedzeniem. Dlatego co roku rozsierdza mnie takie podejście do sprawy, mimo że, słowo daję, LAF uwielbiam.

To nie koniec mojego czepialstwa. W salach Jowita i Salto ekrany są od lat na tych samych instalacjach oraz podobnej wysokości. Tymczasem widzów przybywa. Przy większych tłumach ludzie zasłaniają sobie ekran. Wszakże sala gimnastyczna to nie kino, wszystko jest na jednym poziomie. Tak nie może być, żeby co roku instalowano ekran w ten sposób. Trzeba go podnieść, bo inaczej każda wizyta na seansach będzie się zaczynała od gorączkowego latania po sali i zerkania gdzie lepiej usiąść”. Do tego liczę, że LAF zaprzyjaźni się z Facebookiem mocniej. Gdy pojawiają się informacje o odwołaniu seansów, bądź przełożeniu, ani razu nie trafiły do sieci. Organizatorzy myśleli, że wystarczy je dzień wcześniej umieścić na ścianie kina, między informacją o zakupie biletów i spisem prelekcji. Otóż, nie każdy to natychmiast zauważy… Przez takie uchybienie przegapiłem jeden ze szwajcarskich filmów, a chciałem obejrzeć wszystkie z tych klasycznych. To nie jest tak, że ja przyjeżdżam tam oglądać, co popadnie, byle było to filmem. Ja mam określone plany, a zmiana z dnia na dzień wymaga donośnego zawiadomienia innych o tym.

Zupełnie nie rozumiem też, czemu seanse w dwóch salach zaczynają się o 9:00 a w dwóch innych o 10:00. A później już lecą jeden po drugim. To sprawia, iż pokazy się nie zazębiają, bardzo trudno przeskakiwać od jednej sali do drugiej. Zakładając że większość seansów trwa 2 godziny, to jeśli w jednej sali są pokazy o 9,11,13, a w drugiej o 10,12,14 to jesteśmy skazani czasami na zrezygnowanie nie tylko z filmu o tej samej godzinie, ale też następnego. Jeszcze ciekawsze, że zdarzało się, iż seanse z tej samej sekcji kolidowały ze sobą. Każdy, kogo interesował temat rewolucji październikowej, chciał obejrzeć i Październik Eisensteina, i Cielca Sokurowa. Tymczasem oba poleciały jednocześnie. Czyżby terminy projekcji ustalano poprzez rzut monetą?

Ja wiem, że swoją relację zaczynam od agresywnego wytykania błędów, ale te wzmianki powinni przeczytać przede wszystkim organizatorzy. Doceniam waszą pracę. Mam niestety wrażenie, iż Letnia Akademia Filmowa zatrzymała się w miejscu. A stagnacja nikomu nie służy. Jeśli program co roku potrafi obfitować w niezwykłe tytuły, to niech też każda wizyta na LAFie będzie odmianą. Tymczasem dla mnie w tym roku skończyła się irytacją, że nie zainwestowano w nowe instalacje dla ekranów oraz organizatorzy nadal z dystansem traktują internet.

 

Mocne strony

Ponarzekałem, to teraz pochwalę. Na pewno na LAFie nie zabrakło klimatu. A to z powodu ludzi. Nie pamiętam, by kiedykolwiek było ich tak wielu. Wszystko zasługa dobrego terminu (długi weekend w środku festiwalu), a także niezłej pogody. Miałem większą okazję pogadania z innymi. Na LAF wpadło sporo znajomych. Poznałem też kilku zupełnie obcych mi uczestników. Frekwencja przyniosła więcej wieczorów przy piwie, dyskusji przed seansami, wspólnego siedzenia nad planem projekcji. Zwierzyniec to, jak często wspominam, kontakt z przyrodą. Gdy znajomi ze Stalowej Woli przyjechali, miast szukać miejsca w knajpach, wyjęli własne jedzenie, rozłożyli koc nad rzeką i zrobiliśmy sobie mały piknik. Czy jakiś inny festiwal daje taką opcję? Nie przypominam sobie.

Dostosowywałem swoje miejsce noclegu do pogody, na zmianę śpiąc na kempingu i w schronisku młodzieżowym. Wszędzie tanio, swobodnie, przyjaźnie. Widząc kogoś z harmonogramem, zawsze mogłem się przysiąść, przedyskutować na co się wybiera. A że w Zwierzyńcu wszystko jest blisko, nie musiałem nawet robić większych zakupów czy planować skomplikowanych tras. Spacerkiem zaliczałem sklepy w drodze na kolejne pokazy. Tylko czasami, gdy kalendarz był zapełniony tytułami, musiałem wybiegać w chwili napisów końcowych i pędzić na złamanie karku do kolejnego kina.

Na pewno jak co roku, dopisały prelekcje. LAF z tego słynie, że przed niemal co trzecim pokazem jest jakieś wprowadzenie. Zwłaszcza w sekcjach z mniej znanymi filmami. Jak zwykle profesjonalnie spisał się Grzegorza Pieńkowski, opowiadając z pasją o największych klasykach, jednocześnie dodając do swych wywodów autobiograficzne ciekawostki. Krótko i z dowcipem o kinie amerykańskim gaworzył Paweł Aleksandrowicz. Całkiem konkretnie do kina Mii Hansen-Løve wprowadził nas Piotr Czerkawski. Na sam koniec przyznam, że Michel Schopfer także nieźle sobie poradził, zapowiadając filmy swoich przyjaciół i współpracowników. Miałem zresztą okazję z nim o tym chwilę pogadać, zgarnąć autograf, pochwalić, że szwajcarska nowa fala jest godna odkrywania.

Pozytywnie odebrałem seanse z muzyką na żywo. Jak zawsze LAF odwiedził Rafał Rozmus, znany kompozytor muzyki filmowej. Wraz z Orkiestrą Symfoniczną im. Karola Namysłowskiego zilustrował seans Varieté„, nieco zapomnianej perełki niemieckiego ekspresjonizmu. Dzięki tłu muzycznemu, dzieło zdradzające cechy thrillera, nabrało jeszcze więcej napięcia. Kompozycja zawierała bowiem rytm oczekiwania, który w odpowiednim tempie narastał, przygotowując nas na zakończenie. Drugą, niespodziewaną projekcją z akompaniamentem zespołu, był plenerowy pokaz Trzech wieków Bustera Keatona i Edwarda F. Cline. Filmowi towarzyszył Lublin Street Band, nadając odpowiedniego luzu tej zwariowanej komedii. Obu z tych wydarzeń oczekiwałem tak bardzo, że wolałem być wcześniej w kolejce. Ganiałem więc jak szalony, a nawet z jednego filmu zrezygnowałem, byle tylko mieć lepsze miejsce. Opłaciło się, zwłaszcza w przypadku Varieté, gdzie zgubiłem zupełnie czas, mimo iż projekcja trwała niemal 2 godziny. Trzy wieki było już nieco mniejszym przeżyciem. Lublin Street Band oczywiście spisał się, ale nie do końca wszystkie ich motywy wydały się adekwatne do tego, co dzieje się na ekranie. Wynikło to po trosze z tego, iż nie skomponowali ich specjalnie na potrzeby seansu, a raczej przerobili szlagiery filmowe i własne utwory na potrzeby tego występu. Mimo to szanuję za profesjonalizm, bynajmniej widać, że muzyką zajmują się nie od dziś.

Kilka rzeczy wytknąłem organizatorom, ale sporo także doceniam. Chociażby, że nadal można na LAFie zobaczyć projekcje z taśmy. Stanowią mniejszość, lecz mam nadzieję, że nigdy ich nie zabraknie. Jestem zadowolony, iż Akademia nie odchodzi także od idei wydawania corocznego katalogu. Prócz istotnych opisów wszystkich sekcji i wydarzeń, katalog od lat jest również uzupełniany danymi o dystrybutorach poszczególnych dzieł. Dzięki temu wiemy, co z tegorocznych seansów trafi w przyszłości do kin, bądź już tam było. Z bólem serca przyjąłem informację o braku sklepiku festiwalowego w tym roku. Szybko okazało się jednak, iż organizatorzy postanowili po prostu, zamiast sprzedawać książki, filmy i czasopisma ze swojego archiwum, wystawili je za darmo na specjalnych półkach. Każdy, kto chciał się zaopatrzyć w katalogi z poprzednich lat, fachową literaturę, dzieła zaprzyjaźnionych dystrybutorów, czy archiwalne numery magazynów, mógł podejść, wziąć co go interesuje. Świetna sprawa. DVD rozeszły się w mgnieniu oka. Bardzo ucieszyło mnie zdobycie katalogu ze swojego pierwszego wypadu do Zwierzyńca. Tyle wspomnień w jednej księdze. I absolutnie bez żadnej opłaty, mimo że już wyciągałem portfel jak tylko zobaczyłem półkę z katalogami.

 

Filmy

Trochę już napisałem o moich oczekiwaniach wobec programu. Poniżej na zasadzie tradycyjnej topki opowiem o 10 najlepszych filmach tegorocznej edycji. Od najlepszego począwszy:

1. Ostatni seans filmowy (1971) – niezmiennie kocham ten film. Z masochistycznej przyjemności oglądania ludzi trochę takich jak ja. Chociaż ja nie chcę być jak oni, a oni nie chcą być sobą, to w końcu wszyscy i tak zawracamy na jedną ścieżkę.

2. Salamandra (1971) – Jak na podstawie jednego zdania napisać scenariusz? Wystarczy trójka ekscentryków i już można rozgałęzić krótką frazę na skomplikowaną historię. Zapomniana perła szwajcarskiej nowej fali.

3. Październik (1927) – Eisenstein to jeden z moich ulubionych twórców blockbusterów. Nikt nie kręci monumentalnych scen jak on. Co prawda pokaza odbył się bez muzyki na żywo, ale i tak poczułem potęgę kina niemego.

4. Jeremy (1973) – w tym dziele aktorzy gadają jak zjarani, piosenki są mega ckliwe, historia to klasyczny melodramat. Jednak są tu emocje, jest pewna melancholia, która sprawia, że w to wierzymy, czujemy, wzruszamy się. Film teleportuje nas do czasów, gdy rozpięcie stanika dziewczynie było jak rozpracowanie enigmy.

5. Koronczarka (1977) – Wrażliwość to dar i klątwa. Isabelle Huppert świetnie odgrywa osobę, w której kryje się kosmos myśli, ale nigdy nie wydostają się one na zewnątrz. Dzięki umiejętnością aktorskim czytelnie przekazuje emocje ukryte pod zasłoną nieśmiałości. Skromne, a jednocześnie wielkie kino.

6. Varieté (1925) – ot, zwykły thriller w szacie ekspresjonizmu niemieckiego. A jednak w akompaniamencie muzyki orkiestrowej czekanie na rozstrzygnięcie jest nie lada przeżyciem. Dawno nic nie zakrzywiło mojego czasu tak bardzo, że zapomniałem o mijających minutach.

7. Les Arpenteurs (1972) – Zupełna abstrakcja. Grupa ludzi przechadza się po małej przestrzeni i gdy kogoś spotyka, prowdzą bzdurne rozmowy. Po jakimś czasie znajduje się jednak klucz interpretacyjny, pozwalający scharakteryzować indywidua przewijające się przez ekran. Celne jako komedia, a jednocześnie daje nam dużo więcej niż uśmiech.

8. Dusza i ciało (2017) – Biurowa farsa zostaje przepleciona z posthumanistycznym kinem. Razem tworzą jedyny w swoim rodzaju melodramat. Wkrótce w kinach, nie przegapcie tego!

9. Shock Corridor (1963) – B-klasowy thriller z arcyciekawym konceptem. Reżyser przenosi nas do domu wariatów, a następnie zaraża szaleństwem. Zabawa przednia, choć po seansie trudno rozróżnić gdzie leży normalność.

10. A potem nie było już nikogo (1945) – Agatha Christie w brawurowej interpretacji. Czarny humor wylewa się z ekranu, a morderstwa są kreatywniejsze niż w Piątku Trzynastego”. Typowanie mordercy dawno nie dało mi tyle frajdy.

Dobrych filmów było więcej, ale przede wszystkim te zapadły mi w pamięć. Stąd wyróżnienie. Większość z nich jest słabo dostępna w dystrybucji. Niektórych nikt nie zobaczy przez lata, ponieważ tylko na tę okazję odkopano je z archiwów. Jeszcze inne zostały wyświetlone w bardzo wyjątkowych wersjach i poprzedzone prelekcją. Strasznie cieszę się że zobaczyłem je właśnie w takiej formie.

 

Podsumowanie

Uwielbiam Letnią Akademię Filmową. Nie da się jednak ukryć, jestem nią równocześnie nieco zmęczony. Chciałbym, by odświeżyła zupełnie podejście do organizowania festiwalu. Można by powrócić do czasów, gdy seanse odbywały się w 5 salach. Nie dla większej ilości filmów, a by robić powtórkowe wyświetlenia najbardziej obleganych dzieł.  Mam nadzieję na rozbudowę strony internetowej, by miała więcej funkcji. Marzy mi się, że po osiągnięciu pełnoletniości, Letnia Akademia Filmowa nauczy się nowych rzeczy i przyjadę na odnowioną (w miarę możliwości naturalnie)  19 edycję.

Mimo mankamentów co roku spędzam tu przyjemne chwile. To wydarzenie, na którym nadrabiam największe zaległości filmowe, mam okazję dowiedzieć się czegoś nowego, a jednocześnie odpoczywam na łonie natury. Nie byłbym sobą, gdybym wam go nie polecił. Choćby na próbę, przyjedźcie kiedyś na 3 dni. Jak wspominałem, program jest świetny, jestem pewien iż jeszcze niejedną perełkę dla nas wyłowią z oceanu kinematografii.

Wszystkich, z którymi spędzam tam co roku czas, serdecznie pozdrawiam. Fajnie, że dotrzymujecie mi towarzystwa. Dzięki wam utrwalam kolejne seanse, mam szansę na konfrontacje słowne, nie muszę też samotnie sączyć piwa. Wasze zdrowie!

Adrian Burz
Adrian Burz