Człowiek z magicznym pudełkiem

Dystrybutorzy niespecjalnie nas rozpieszczają. Niby do kin trafi aż 8 produkcji, w tym polskie sci-fi, katastroficzny blockbuster, górski surival oraz opowieść o tym jak rap może zmieniać życie. Niestety żaden z filmów nie zapowiada się na tyle mocno, żebyśmy koczowali pod salą ("Thor Ragnarok" wchodzi dopiero w środę).

PREMIERA TYGODNIA: Człowiek z magicznym pudełkiem

WYBIERAMY SIĘ: Ana, mon amour, Pomiędzy nami góry, Patti Cake$, Ach śpij kochanie

INNE PREMIERY: Biegacze, Geostorm, Potworna rodzinka

Premierą tygodnia został u nas pierwszy od lat polski film science-fiction, "Człowiek z magicznym pudełkiem". Czy zasadnie? Dowiecie się z recenzji Grzegorza Narożnego, który widział już dzieło Bodo Koxa na Warszawskim Festiwalu Filmowym. (CZYTAJ TUTAJ).

Lubicie polskie kryminały o seryjnych zabójcach z czasów PRL-u? To świetnie, bo do kin wchodzi "Ach śpij kochanie", kolejny film na ten temat. Tym razem na tapet została wzięta historia Władysława Mazurkiewicza zwanego Pięknym Władkiem, w którego wciela się Andrzej Chyra. Towarzyszy mu Tomasz Schuchardt w roli funkcjonariusza milicji. Pierwsze recenzje chwalą aktorstwo, scenografię i kostiumy, niestety znacznie mniej przychylnie piszą o całej reszcie. Za kamerą Krzysztof Lang, telewizyjny wyrobnik i twórca takich hitów jak "Miłość na wybiegu". Nie zwiastuje to dzieła na poziomie zeszłorocznego "Jestem mordercą" Macieja Pieprzycy, ale zawsze rodzime kino gatunkowe nie będące komedią romantyczną to zawsze łakomy kąsek.

„Biegacze” to dokumentalny film Łukasza Borowskiego reklamowany jako pierwszy polski film o bieganiu. Reżyser – absolwent PWSFTviT w Łodzi oraz Programu Dokumentalnego Dok Pro w warszawskiej Szkole Wajdy jest też autorem krótkometrażowego dokumentu "3 dni wolności" docenionego na krajowych i zagranicznych festiwalach. Dokument pokazuje udział w ultramaratonie (240 kilometrów, 1200 metrów wspinaczki, 52 godziny) z perspektywy 3 diametralnie zróżnicowanych postaci: matki i pani domu, biznesmana i podróżnika, który poświęcił się bieganiu. Każdy z nich ma inne cele, motywacje i pragnie coś udowodnić. Borowskiego fascynowała dobrowolna katorga i nadludzki wysiłek biegaczy – dlatego powstał ten film.

Ana, mon amour
"Ana, mon amour"

Z pozycji arthousowych warto wypatrywać rumuńskiego "Ana, mon amour" Calina Petera Netzera. Podobnie jak poprzedni jego film "Pozycja dziecka" (Złoty Niedźwiedź), także ten został dostrzeżony na festiwalu w Berlinie. Poczytajcie co ma do powiedzenia o nim Garret Reza:

Pochwała psychoanalityki? Przypowieść o tym, jak to bardzo na sile z czasem rosną w znaczeniu błędy popełnione przez rodziców? A może ostrzeżenie, aby przy opiece nad drugim człowiekiem nie zapomnieć całkowicie o sobie? Trudno powiedzieć, o czym "Ana..." miała opowiadać, więc - chociaż to solidny obraz! - nie mogę napisać, aby był udany. W znaczeniu: spełniony, w którym reżyser wyraził co miał na myśli. Jest to historia młodego mężczyzny opiekującego się kobietą chorą (w dużym skrócie) na depresję. Fabuła ma konstrukcję nielinearną, kolejne sceny nie wynikają z poprzedniej; raz widzimy wizytę u rodziców dziewczyny, w następnej słyszymy, że jej ojciec nie żyje od roku. Dlaczego tak to zostało opowiedziane? Moment wyjaśniający to jest zdecydowanie najlepszy moment filmu i przykład genialnego visual storytellingu. Piękny, warty pamiętania po wielu latach. Podobnie jak wykorzystanie elementów seksualnych - na początku filmu widzimy kiedy on pieści jej pośladki w akcie zalotów. Tania scena? Okazuje się, że nie, bo bliżej końca widzimy jak dziewczyna przedawkowała leki i zabrudziła spodnie. Mężczyzna wziął ją pod prysznic i ją umył. Dzięki temu, że wcześniej widzieliśmy, jak traktował te rejony jej ciała z miłością, teraz widok dbania o jej higienę wpływa na nas o wiele mocniej. Cenię też ten tytuł za podejście do psychologii, i naprawdę żałuję, że nie jest trochę bardziej konsekwentny i przemyślany

Garret Reza
Garret Reza

Przedziwna sytuacja - w obsadzie Kate Winslet z Idrisem Elbą, a o filmie prawie w ogóle się nie mówi. Brak rozkręconej kampanii reklamowej świadczy najprawdopodobniej o tym, że "Pomiędzy nami góry" w reżyserii Hany Abu-Assad to produkcja od początku skazana na porażkę z poważniejszymi tytułami. I rzeczywiście - historia o ocalałej z wypadku lotniczego parze, która musi przedzierać się przez góry, nie zdobyła serc recenzentów za oceanem. Połączenie kina przygodowego z melodramatem tym razem się nie sprawdziło. 43% na Rotten Tomatoes, jak również 48/100 na Metacriticu, nie wyglądają zbyt obiecująco. Można mieć jednak pewność co do jednego - Kate Winslet podobno po raz kolejny staje na wysokości zadania i tworzy rolę godną zapamiętania.

Nieźle prezentuje się za to "Patti Cake$", osiągająca na metacriticu wynik 67% pozytywnych ocen. Warto dopowiedzieć, iż opinie po premierze filmu na festiwalu Sundance, także były pochlebne. To pełna pozytywnej energii ballada o Patricii, pochodzącej z ubogiej dzielnicy raperce, która na osiedlu zyskała przydomek Dumbo, przez wzgląd na swoją wagę. Drwiny nie zatrzymają jednak bohaterki przed walką o muzyczne spełnienie. Wszakże rap to celne punchlines oraz dobre flow, a tego Patty nie brakuje. Tworzy ekipę, pakuje notes i rusza na podbój Ameryki. Mamy do czynienia z historią jakich wiele. Dziewczyna bez perspektyw goni swoje marzenia. Jednak widzowie zapewniają, nie brak temu dziełu charakteru, a samej Danielle Macdonald, odtwórczyni roli głównej, charyzmy. Cóż, może warto przekonać się na własnych uszach jak Patti Cake$ płynie po bicie.

Patti Cake$
"Patti Cake$"

„Potworna rodzinka” mimo że swoją światową premierę miała w sierpniu do nas trafia dopiero w piątek. Tym samym wpasowuje się klimatem do zbliżającego się Halloween. Animacja opowiada o rodzinie Sielskich, która decyduje się przebrać na bal za potwory: mumię,  wilkołaka, wampirzycę i Frankensteina. Niefortunnie zostają obciążeni klątwą i zamieniają się w wymienione kreatury.  Bajka powstała na podstawie powieści Niemca Davida Safiera „Happy Family”. Z wyglądu i tematyki przypomina nieco „Hotel Transylwania”, ale może zaskoczy innym ujęciem problemów straszydeł i a nuż okaże się, że bycie strasznym wcale nie musi być straszne?

Ten kto oczekuje widowiskowej destrukcji w klimatach produkcji "2012" czy "Pojutrze", dostanie ją pod postacią filmu "Geostorm". To kosztujący 120 mln. dolarów blockbuster o zepsutych satelitach kontrolujących pogodę, które sprowadzają na świat zagładę. Miasta będą nawiedzać powodzie, samochody zostaną zgniecione przez gigantyczny grad, a wieżowce zdmuchną trąby powietrzne. Na szczęście na straży ludzkości stanie dzielna ekipa w składzie: Gerard "this is Sparta" Butler, Jim Sturgess, Abbie Cornish oraz odcinający kupony od niegdysiejszych sukcesów, Andy Garcia. Zwiastun gwarantuje emocje nie mniejsze niż w "Rekinado", choć skąpszą dawkę dystansu do scenariusza. Pech chce, iż nasza redakcja nie jest skora do potwierdzenia tych podejrzeń.