Ponad metaforą – recenzja filmu „Zimna wojna”

Odmówmy litanię, miejmy to już za sobą. Paweł Pawlikowski. Autor nagrodzonej Oscarem „Idy”. Tegoroczny zdobywca Złotej Palmy w Cannes za reżyserię. Jakiego filmu? Ano „Zimnej wojny”. Dzieła, które jest na ustach wszystkich. A dziś zagości na mojej klawiaturze. Jeżeli myślicie, że pogardliwie streściłem temat, to się mylicie. Składam tylko hołd bezpośredniości. Jednej z bohaterek tego tekstu.

W pierwszej scenie filmu zobaczymy grupkę starszych mężczyzn śpiewających starą ludową pieśń. Sekwencja przedstawia dużo więcej, ale zatrzymajmy się tutaj. Później bohater grany przez Borysa Szyca, Lech Kaczmarek, niejako komentuje ten występ. Przemierzając Polskę w poszukiwaniu utalentowanych wokalistów i tancerzy folkowych zadaje pytanie: „czy te piosenki nie są zbyt banalne, wszakże lubią je wykonywać żule pod sklepem”. Nie przytoczyłem może dokładnego cytatu, ale sens zachowałem. I faktycznie, nasza ekipa znajduje prostych ludzi, z talentem, którzy mieliby reprezentować swoją kulturę. Kulturę mówiącą „kocham”, gdy kochają i „szczęście”, gdy są szczęśliwi. Banał. Płynący jednak prosto (uwaga, kolejny banał) z serca. Żeby zwieńczyć tę kanonadę komunałów, opowiem o czym film konkretnie traktuje. Otóż wspomniani poszukiwacze przyszłych gwiazd estrady natrafiają na charakterne dziewczę w osobie Zuli, granej przez Joannę Kulig. Mający ocenić występ Wiktor (Tomasz Kot) zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia.

„Zimna wojna” to losy namiętnej relacji, między dwojgiem ludzi z odmiennych światów. Spotykamy ich w różnych miejscach, sytuacjach. A wraz z uczuciem, w tle odradza się europejska muzyka. Wszakże akcję osadzono w latach 50 i 60. Wydawać by się mogło, że gdy zgiełk II wojny światowej ucichł, brzmienie żywych instrumentów i donośnych wokali słychać będzie jeszcze mocniej. Jednak nie. Polityka zawsze ma o kilka decybeli więcej, niż ludzkie emocje. Jeżeli swobodni, beztroscy muzycy w swych tekstach natrafiają na Stalina, również zbuntowani kochankowie raz po raz będą potykać się o historię, nie zawsze wpadając sobie w ramiona. Pawlikowski chwyta za konsoletę, starając się w ciągu kilkunastu lat wyodrębnić chwile głośniejsze niż ideologia. Stąd wybór melodramatu jako gatunku i dosłowność właśnie. Gdy w jednej ze scen Zula słyszy od francuskiej poetki przekombinowaną metaforę, jest zaskoczona usilnym tuszowaniem prostych zwrotów. Jej odpowiedź na wysublimowane zwroty pada w filmie nieco wcześniej. „Jebał Cię pies”. Zula i Wiktor są osobami, które wiedzą czego chcą, chociaż nie zawsze otoczenie pozwala na realizację marzeń i pragnień. Oni sami, mimo siły relacji, często stają w opozycji do siebie z powodu sprzecznych wizji. Wojna w tytule ballady o „miłości życia” jest jak najbardziej uzasadniona.

To krótki film. Epizodyczny. Jasno charakteryzujący bohaterów, skupiony bardziej na ich geście, niźli grzebaniu w psychice. W żadnym wypadku nie monumentalna epopeja. A jednak trafia w cel. Umie dźwięcznie nazywać uczucia, jednym ujęciem dopowiadać przerwy w życiorysach, rzeźbić na twarzach aktorów zaistniałe przemiany. Obiera narrację kojarzącą się z filmem „American pop”, gdzie Ralph Bakshi przedstawił losy czterech pokoleń (również poprzez muzykę) w zawrotnym tempie 96 minut. Tam mieliśmy do czynienia z animacją, tutaj kinem o podobnej rozpiętości, ale z nowofalowym rodowodem („Jim i Jules” Truffauta, a jeszcze bardziej „Miłość szalona” Rivette’a). Jednak kadry, w których twarze zostały umieszczone na krawędziach ekranu przypominają, że Pawlikowski pożycza z umiarem, bo swój styl już dawno ma. Tym razem jego specyficzne dysponowanie przestrzenią jest jeszcze bardziej zasadne, gdyż nieostrą, rozmazaną pustkę za postaciami często wypełnia dźwięk. Choćby kolejne aranżacje „Dwóch serduszek” raz po raz zmieniające się w rytmie uczuć bohaterów. Reżyser nie stroni w ramach kontrastu od pięknych panoramicznych kadrów, stanowiących równowagę dla ujęć skupionych na twarzach. Łączy się to w piękny obraz minionej Europy, niby czarno-biały, a tak różnobarwny estetycznie.

Wybrawszy się na seans, otrzymacie kino bezpośrednie. Jeśli jednak przez chwilę pomyśleliście, że pod spodem nie ukrywa się nic więcej, musiałem wprowadzić Was w błąd. Czym prędzej to naprawiam. Pawlikowski uderza w metaforykę niepotrzebną, stworzoną dla samej metafory. Sam natomiast korzysta śmiało z przenośni, bohaterów czyniąc symbolem pewnych zjawisk. Krótko się zastanowiwszy, znajdziemy w ich decyzjach nawet postawę twórcy. Jakiż jest lepszy wstęp do takich rozważań niż ubranie dzieła w strój ponadczasowego „love story”. Niektórzy spierają się czy angażującego, prawdziwego. Ja mogę za siebie powiedzieć, że uwierzyłem w relację z całą świadomością tego, co ukryte między rwaną narracją. Zresztą dwa serduszka, cztery oczy. Cóż więcej…

 

Adrian Burz
Adrian Burz

Zimna wojna


Tytuł oryginalny: "Zimna wojna"

Rok: 2018

Gatunek: melodramat

Reżyser: Paweł Pawlikowski

Występują: Joanna Kulig, Tomasz Kot, Borys Szyc i inni

Dystrybucja: Kino Świat

Ocena: 4/5