Prezentowany premierowo w Wenecji, a obecnie pokazywany na Pięciu Smakach, Zasób ludzki Nawapola Thamrongrattanarita zanurza nas w tak znajomą korporacyjną codzienność, że łatwo przeoczyć jej chłód. Nie ma tu demonów ani groteski – jest język procedur, który zdążył nam wejść pod skórę, i rutyna powoli przejmująca kontrolę nad rytmem dnia.
Ulubieniec smakowej publiczności, zwykle skłonny do ironii, tym razem pokazuje, jak biurowe mikrogesty i pozorna normalność zgrzytają, gdy kolejna osoba znika z zespołu, uciekając od przemocowego szefa, o którego przewinach nikt nie odważa się mówić głośno. Ot, pełzający kapitalizm, równie dobrze mogący rozgrywać się w Bangkoku, londyńskim City, na nowojorskim Wall Street („Greed is good”) czy w naszych rodzimych świątyniach mamony na Domaniewskiej i Żelaznej.
Jest tu też wymiar kameralny. W każdym korporacyjnym molochu koniec końców pracują ludzie, choć czasem już zatracają humanistyczne odruchy za sprawą wpojonych przez organizację robotycznych rytuałów, jak oddawanie ostatniej kropli krwi i potu pracodawcy, zaliczanie siłowni przed biurem i rzekomo dobrowolnym udziałem w półmaratonach z resztą korpo-zombie. Kamera zatem umyka czasem ze szklanych twierdz zepsucia i zagląda pod strzechy apartamentowców.
Główna bohaterka, Fren (Prapamonton Eiamchan), młoda kobieta, choć już z solidnym stażem w firmie, ładnym apartamentem i SUV-em w garażu, staje na rozdrożu. Dosłownie w pierwszej scenie filmu dowiaduje się, że jest w ciąży. Oboje z mężem, cynicznym i konserwatywnym marketingowcem z branży zbrojeniowej, starali się o potomstwo od dwóch lat, a teraz jednak przyszła matka nie cieszy się z tych wieści. Nie tylko zataja przed małżonkiem informację o dziecku, ale popada w coraz większe wątpliwości wobec porodu. Wpływ na jej minorowy nastrój ma nie tylko zachowanie partnera, który na każdym kroku pokazuje, że jest ostatnim dupkiem, tchórzem i konserwą, ale też sytuacja w biurze oraz odsłuchiwane namiętnie podcasty i filmiki o licznych kataklizmach i morderstwach.
Jak pomiędzy wieściami o powodziach, wzroście przestępczości i kadmie w pitnej wodzie poważnie myśleć o sprowadzaniu na ten okrutny świat nowego bezbronnego człowieka? A jednak Fren musi zmierzyć się z tym pytaniem nie tylko w życiu prywatnym. W pracy, jako specjalistka od HR (tytułowego zasobu ludzkiego), stoi przed zadaniem wprowadzenia do firmy kolejnych pracowników – młodych ludzi, którym musi wmówić dla dobra korporacji, że sześciodniowy tydzień pracy i wąskie widełki płacowe są szansą, a nie kajdanami. W procesie rekrutacji wraz z kolegą musi mierzyć się z plotką o przewinach pracodawcy i konsekwencjami jego czynów. Bohaterka zaczyna dostrzegać niepokojącą paralelę: jako przyszła matka waha się przed narodzinami własnego dziecka, a w biurze staje się współodpowiedzialna za przyszłość nowozatrudnionych. Narodziny i rekrutacje splatają się ze sobą, a w obu przypadkach pytanie pozostaje to samo — czy w takim świecie da się naprawdę o kogoś zadbać?
Zdaje sobie sprawę, że piszę ten tekst jakbym recenzował tajskie Obce ciało, ale jednak Nawapol nie jest w żadnym stopniu Krzysztofem Zanussim. Nie unika co prawda moralizatorstwa ani etykietkowania kilku postaci, ale zupełnie naturalnie podchodzi do środowiska biznesowego. Uświadamia, że jest ono pełne zagubionych jednostek, często pracujących gdzieś zbyt długo: bo kredyt hipoteczny, bo przecież zaraz szef przestanie być toksycznym kutasem, bo trzeba dzieci wysłać na studia. Autorowi Ataku serca daleko do demonizowania współczesnych zjawisk jak czynił to polski reżyser i wielu moralistów przed nim. A jednak wizja Taja wydaje się okrutniejsza i bardziej przygnębiająca niż tuzin filmów o chciwych bankierach – szczególnie gdy uświadomimy sobie, że protagonistka, rekrutując „młody narybek”, staje się akuszerką kolejnych pokoleń korporacyjnego życia, w którym człowieczeństwo bywa tylko cieniem procedur.
Zasób ludzki
Tytuł oryginalny: Human Resource
Rok: 2025
Kraj produkcji: Tajlandia
Reżyseria: Nawapol Thamrongrattanarit
Występują: Prapamonton Eiamchan, Paopetch Charoensook, Pimmada Chaisakaoen, Darina Boonchu i inni
Ocena: 3,5/5