„Ostatni wspólny film Lindy i Pasikowskiego”, jak głosi hasło na niektórych plakatach, przywołuje ich najsłynniejsze dzieło już w pierwszej scenie, będącej całkiem zabawną parodią pamiętnej komisji z Psów. Takich odniesień do twórczości obu panów można się doszukać tutaj więcej. Nad całością wisi jednak ciężar końca i pewnego rodzaju schyłkowości, żeby nie powiedzieć pożegnania – z dobrymi i złymi tego konsekwencjami.
Posunięty w latach Bogusław Linda, sprawiający autentyczne wrażenie chorego, gra emeryta Konstantego „Bruno” Brusickiego, którego bogata przeszłość w tajnych służbach, umiejętności strzeleckie i stadium terminalne raka płuc czynią doskonałym kandydatem do udziału w supertajnej „Operacji Paproch”. Pasikowski tworzy całkiem przekonujące political fiction, które mimo tego, że wyssane z palca, nie jest całkiem nierealne. Nie jestem jednak pewien, czy dobrze służy to opowiadanej historii, zważywszy zwłaszcza na jej finał (którego z oczywistych względów nie zdradzę). Mam wrażenie, że trochę więcej szaleństwa i dezynwoltury wyszłoby filmowi na dobre – i chyba twórcy to czują, bo niektóre dowcipy i gagi wskazywałyby, że chętnie poszliby tą drogą (kapitalna, niemal surrealistyczna scena rozmowy agentów w „wyciszaczu” podsłuchów).
Zamiast tego dostajemy nieco dziwaczną hybrydę dramatu o żegnaniu się z życiem, opowieści o wielkiej polityce na Kremlu, sensacyjniaka i retrokryminału z późnego PRL oraz portretu polskiej prowincji rodem z filmów Smarzowskiego i Szumowskiej (kołtuństwo i koniunkturalizm podlewane hektolitrami wódy i doprawione fałszywą pobożnością). Powierzchowność i wtórność takiego spojrzenia podkreśla konstrukcja bohaterów. Praktycznie każdy sprawia wrażenie, jakby powstał tylko po to, żeby wygłosić jeden dosadny greps, który go w pełni charakteryzuje i usprawiedliwia jego obecność na ekranie. Najwyraźniej widać to w postaci prostytutki Blanki (Karolina Gruszka), istniejącej w filmie tylko po to, by w połowie Linda mógł puścić tekst o „kolanach, na których pracuje” oraz by skończyć tak, a nie inaczej. Jest jak parodia wszystkich postaci kobiecych Pasikowskiego lub unaocznienie wszystkich krytyk, jakie od lat zbiera on za swój mizoginizm. Podobnymi przypadkami będą i sekretarz komitetu powiatowego bełkoczący o kulturze picia, gdy leży zapity w sztok na ziemi (Adam Woronowicz) oraz jego nietrzeźwiejąca żona (Roma Gąsiorowska) i działający jak lokalny mafiozo komendant policji (Zbigniew Zamachowski), czy zagubiona pielęgniarka z wiecznie zamroczonym alkoholem lekarzem z ośrodka zdrowia oraz w zasadzie każdy pojawiający się na ekranie. Jeśli te role nie bolą, to tylko za sprawą doświadczonych aktorów, którzy tego typu sceny odgrywają na autopilocie. Na ich tle wybija się Ireneusz Czop w roli jednego z głównych aparatczyków odpowiedzialnych za przygotowanie zamachu na papieża, który jako jedyny tworzy postać mającą chociaż pozory realności.
Bogusławowi Lindzie nie można oczywiście niczego zarzucić – to prawdziwy fachura, w dodatku powtarzający po raz kolejny tę samą rolę twardziela. Udaje mu się jednak w przekonujący sposób przełamać ją słabością oraz humanitarną przyzwoitością, jaką wykazuje względem najsłabszych. Są nimi przede wszystkim dzieci: maltretowane, gwałcone i zabijane przez bezwzględnych dorosłych, w tym księży. W filmie pojawia się oczywiście temat Kościoła katolickiego, również odnośnie krzywdy małoletnich (w tym kwestia „czy papież wiedział?”), ale nie wybrzmiewa należycie, gubiąc się w natłoku naszkicowanych zaledwie wątków. Nie do końca przekonują mnie więc zapewnienia reżysera, że Zamach na papieża – podobnie jak Pokłosie – zrobił z poczucia wstydu. Nawet jeśli tak było, nie jest to widoczne na ekranie w tak wyraźny sposób, jak było to przy produkcji z 2012 roku. Sytuacji nie pomaga to, że na końcu napisów pojawia się dedykacja dla Sinead O’Connor, która raczej śmieszy, choć miała być zapewne hołdem dla pierwszej osoby publicznej, która odważnie sprzeciwiła się Janowi Pawłowi II w kontekście pedofilii duchownych.
Film ma niestety wszystkie wady „późnego”, żeby nie powiedzieć „starczego” dzieła uznanego twórcy. Powtarza ograne motywy z wcześniejszych dokonań – nawet jeśli czasem Pasikowski próbuje robić to z dystansem do siebie samego. Brakuje mu jednak odwagi, żeby pójść na całość, przez co jeszcze bardziej można odnieść wrażenie, że więcej tu kalkulacji niż szczerości. Zanikł mu słuch – i to nie tylko do muzyki, która jest albo nazbyt ilustracyjna albo fatalnie dobrana. Nie może się powstrzymać od pouczania i moralizowania – ostatnia kwestia o sumieniu brzmi dosłownie jak morał z katechezy. To, że Zamach na papieża jest nierówny, to jeszcze nic – on jest całkowicie nijaki, a to chyba największy grzech współczesnego (polskiego) kina. Nie jest ani dobry, ani na tyle zły, żebyśmy mieli ubaw (chociaż JP2 z AI na Placu Teatralnym w Warszawie udającym Watykan to było to!). Sprawia wrażenie, że powstał tylko po to, aby Władek mógł powiedzieć Bogusiowi „Ty stara dupa jesteś!”, a zamiast tego my mamy ochotę odkrzyknąć to do niego.
Zamach na papieża
Rok: 2025
Kraj produkcji: Polska
Reżyseria: Władysław Pasikowski
Występują: Bogusław Linda, Adam Woronowicz, Karolina Gruszka i inni
Dystrybucja: Kino Świat
Ocena: 2/5