„Florin Șerban powraca” – można powiedzieć i niemało się pomylić. Reżyser wpisał się swoim debiutem, Jak chcę gwizdać, to gwiżdżę, w rumuńską ofensywę festiwalową z lat 00. i 10. Zaangażowane kino społeczne, trzęsąca się kamera, krytyka instytucji penitencjarnych, oszczędny w środkach portret protagonisty – wszystko jak nakazuje neomodernistyczna doksa. Po 2010 roku Șerban nie zapadł się co prawda pod ziemię, niemniej jego popularność nigdy nie doszła do poziomów Cristiana Mungiu, Cristiego Puiu czy nawet Călina Petera Netzera. Zajął się za to edukacją nowych pokoleń, zakładając prywatną Szkołę Filmową (Școala de Film) w Bukareszcie. Kilka niezbyt głośnych projektów (Box i niedokończona trylogia Dragoste) później reżyser pracuje na warsztatach aktorskich nad historią, która przeradza się w Nu e locul tău aici (pol. „Tu nie jest twoje miejsce”), a to z kolei – w Złotego Lamparta. A tym samym pierwszego rumuńskiego w historii festiwalu w Locarno.
Od Jak chcę gwizdać… styl filmów Șerbana uległ jednak pewnym zmianom. Z operatorskiego nieopierzenia wyewoluował w wystudiowane, statyczne tableaux i cierpliwe, przeciągłe obserwacje w planach ogólnych oraz wybrzmiewający dość dosadnie chłód relacji międzyludzkich. W przypadku Nu e locul tău aici przeciągłość jest namacalna (liczona w metrażu), ale też ciekawa narracyjnie, a całość przyjmuje formę powoli rozkręcanej tragedii – najpierw uświadamiają ją sobie ofiary (i widzowie), a potem, coraz wyraźniej, sprawcy.
Rzecz dzieje się w Reșițy w Banacie – miejscu, które moglibyśmy określić mianem „Rumunii powiatowej”. Z pewnością tak traktują ją bohaterowie. Marius (Adrian Văncică) chlubi się tym, że jako znakomity chirurg zostałby przyjęty w najlepszych ośrodkach w kraju, ale wybrał swoje rodzinne miasto – na pohybel drenażowi mózgów – i został ordynatorem. Samotnie wychowuje syna Ioana (debiutujący Teodor Butănescu, student Școala de Film), który niedługo skończy szkołę i pójdzie na studia – tak przynajmniej wyobraża to sobie ojciec. Jednak Ioan został zamieszany w sprawę, która wstrząsa całą okolicą. Na przedmieściach skatowano starszego Roma. Gdy jego ciało trafiło do obdukcji, krewniacy próbowali je odbić, szturmując szpital Mariusa. Policja rozpoczyna śledztwo w poszukiwaniu grupy, która zdemolowała cygańską ulicę, niszcząc samochody i obklejając ją wlepami „Tu nie jest Twoje miejsce”.
Na poziomie fabularnym Șerban rozstawia imponujące karty. Pozornie na pierwszy plan (ze względu na tytuł i sprawę kryminalną) wysuwa się wątek romski. Dość liczna populacja Romów w tej części Europy (Słowacja, Węgry, Rumunia) znajduje się w ciągłym stanie napięcia, a nastroje skrajnie prawicowe (a niekiedy pogromowe) tylko wzmagają dyskryminację. Od tematu nie stroni też kino. Romowie pojawili się w quasipogromowej scenerii w Prześwietleniu Cristiana Mungiu, gdzie stali się nieobecnym bohaterem, obarczanym za nieszczęścia transylwańskiego tyglu. W przypadku tego filmu są obecni ciałem, ale pozostają na marginesie. Polityczny komentarz wybrzmiewa, ale bardziej jako pretekst.
Na społeczeństwo patrzymy bowiem oczami Mariusa i jego syna. Ich relacja pełna jest milczenia, niedopowiedzeń i skrytości. Nie dowiemy się z niej zbyt wiele, przynajmniej z dialogów. Marius nie potrafi obchodzić się z synem, a w rozmowie z kochanką wprost uznaje go za swoją porażkę. Bohater wielokrotnie rozlicza się sam ze sobą, ze swoją karierą, postępowaniem i tożsamością. Zwierza się z życiowego celu – chciał być dobrym wielkim człowiekiem, który realizuje inteligencki etos i pozostaje na prowincji, by dbać o lokalną społeczność (kaganek oświaty, Judym, pracownik u podstaw). Zarazem chciał, żeby jego syn osiągnął więcej, poszedł w jego ślady i stał się jeszcze lepszy.
Șerban unaocznia tym samym konflikt pokoleniowy między rodzicami, którzy zbudowali nowy system na fundamencie wiary w ciągły progres, a ich dziećmi, które coraz mniej wierzą, że to wszystko może działać, nie wspominając już o wyzbyciu się modernizacyjnych ambicji. „Ten system jest przegniły i promuje niekompetencję” – mówi Marius w rozmowie z Silviu, inspektorem policji. To dość ironiczne narzekania notabli, którzy sami ten system tworzyli. Jednak ta i wiele innych scen są przyczynkami do portretu bohatera rozgoryczonego, zawiedzionego, a nieraz oschłego i nieprzyjemnego. Niemniej budzi on respekt i ciekawość, zapewne za sprawą brawurowego występu Adriana Vănciki, który świetnie rozwija tę postać, mieszcząc w niej poważanego doktora, skruszonego narcyza i zrezygnowanego ojca.
Interesujące są zwłaszcza środki, które Șerban stosuje do tego portretu psychologicznego. Kilkuminutowe, nieruchome ujęcia, wytrwałe obserwacje sytuacji zwyczajnych, zawieszenie oka kamery na nieznaczących szczegółach. Co ciekawe, krótkie i urwane są wyłącznie sceny przemocy, które normalnie tworzyłyby puncta napędzające akcję. Na całe szczęście, te długie ekspozycje bronią się z całą mocą, a to z kolei zasługa Liviu Mărghidana, jego pieczołowicie dopracowanych kadrów, szerokich kompozycji i głębi obrazu z dystansu, z którego widać rosnące napięcie.
W gruncie rzeczy bowiem Nu e locul tău aici opiera się na odwróceniu kryminalnej intrygi. Dość szybko orientujemy się, co się stało i jak do tego doszło. Jednak sęk tkwi w tym, jak dochodzimy do tej realizacji, jak odkrywamy bohaterów przez szczeliny, które widać z oddali (Z daleka widok jest piękny). Niespieszne tempo pozwala nam zanurzyć się w świecie, w którym panuje pozorny spokój – spokój tuż przed lub tuż po wybuchu przemocy. Pod skorupą kłębią się zaś etniczne resentymenty, frustracja niegramotną modernizacją i niezrealizowane aspiracje klasy średniej (tak, zawsze jest to klasa średnia). Swoją drogą, zwracam uwagę na liczne podobieństwa filmu Șerbana do Egzaminu Cristiana Mungiu: poważany lekarz, dziecko tuż przed egzaminami końcowymi, przyjacielskie stosunki z szefem policji, narzekania na zepsucie systemu i społeczeństwa – a zarazem przyczynianie się do tego rozkładu.
W końcu pytanie najważniejsze: czy Złoty Lampart oznacza, że nowa fala dalej żyje? W jakimś sensie tak, bo dalej żyje pokolenie nowej fali. Florin Șerban (rocznik 1975) nie jest bynajmniej powiewem świeżości, ale wpisuje się w cały zastęp urodzonych w latach 60. i 70. reżyserów, którzy zawojowali europejskie festiwale i, co istotniejsze, zdominowali rumuński krajobraz filmowy. To zjawisko w pewnym stopniu niepokojące, bo nie wytworzyło się nowe pokolenie twórców, którzy mogliby zastąpić „mistrzów”. W tym roku Złotą Palmę za Fiord wygrał weteran Cristian Mungiu (rocznik 1968), który potwierdził swoją dominującą rolę na europejskiej scenie. Wcześniej duży sukces Rumuni odnieśli, gdy Bogdan Mureșanu (ur. 1974) wygrał konkurs Orizzonti w Wenecji za Nowy rok, który nigdy nie nadszedł (i był to jego debiut!). Oczywiście cały czas „niszową popularnością” cieszy się niezwykle płodny Radu Jude (ur. 1977). Salony wciąż zdobywają reżyserzy (niemal wyłącznie mężczyźni), których lata młodzieńcze przypadają na ostatnie lata dyktatury Ceaușescu. Wiek nie musi oczywiście niczego wyznaczać, a co więcej – to właśnie koło pięćdziesiątki twórcy są nieraz u szczytu swojej formy.
Pewne jest jednak, że dzieło Șerbana należy do tego dojrzałego pokolenia, jest efektem jego patrzenia na rzeczywistość Rumunii i Europy. To spojrzenie pamiętające przeszłość, zawiedzione teraźniejszością i wyzbyte wielkich nadziei. W takiej sytuacji najprostsze rozwiązania okazują się dla bohaterów afektywnie najbardziej kojące – to nie ich wina, ale tamtych, obcych. A że przynależność w naszej kulturze, zwłaszcza po „odkryciu” nowoczesnego nacjonalizmu, często przybiera formy terytorialne, ich totemem staje się miejsce. To miejsce należy do nas, to nie jest miejsce dla nich. W tym przypadku chodzi o Romów, ale dobrze wiemy, w jaki sposób takie hasła stają się niezwykle pojemne.
You Don’t Belong Here
Tytuł oryginalny: Nu e locul tău aici
Rok: 2026
Kraj produkcji: Rumunia 🇷🇴
Reżyseria: Florin Șerban
Występują: Adrian Văncică, Teodor Butănescu, Cristina Richter i inni
Ocena: 4/5