Skupiać się w filmie na dzieciach to jak stąpać po cienkim lodzie. Choć udanymi próbami tego typu w historii kina można sypać jak z rękawa, to zapomnieć o tych najbardziej banalnych eksploatacjach młodzieńczej perspektywy nie tyle trudno, co właśnie – i w tym tkwi problem – często bardzo łatwo. Szczególnie kiedy festiwalowe programy tak gęsto nimi obrastają. Ale akurat takich familijnych projektów jak Wszystko w porządku chciałoby się oglądać jak najwięcej.
Zanim Bálint Dániel Sós stanął na planie fabularnego debiutu, zdążył już sobie wyrobić nazwisko na stosie produkcji reklamowych. Wraz z grupą twórców z Barcelony, Aten, Budapesztu i Los Angeles założył kolektyw o jakże symbolicznej nazwie Kinopravda. Choć na ich internetowej stronie dominują projekty ku chwale marketingu, mają na koncie także tradycyjne filmy krótkometrażowe. Pracować na planie Sós musi naprawdę sprawnie, bo zdjęcia do Wszystko w porządku powstały w zaledwie dwadzieścia sześć dni. Ponad dwa lata temu, natomiast co się później film naczekał – to jego. Choć niedługi metraż, czarno-białe zdjęcia i zorganizowanie fabuły wokół niewielkiej liczby postaci można uznać za bardzo bezpieczne wybory na początek, to oddając cesarzowi, co cesarskie, przyznać trzeba, że Sós wywiązał się ze swoich pomysłów z naddatkiem.
Małe dzieci – mały problem, duże dzieci – etc.? Sándor, charakterny pianista i owdowiały ojciec dwóch dorastających chłopaków, może się z tym nie zgodzić. Cokolwiek ma na głowie najczęściej wiąże się z młodszym z synów. Wezwania do szkoły są codziennością, a on sam – jak typowy rodzic – nie chce przyznać, że sprawa jest prawdopodobnie znacznie poważniejsza, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Po nerwowym wstępie pod szkołą chłopca Wszystko w porządku przemienia się w pocztówkową sielankę, wprowadzając w nowy rozdział w życiu rodziny. Sándor i jego nowa partnerka Klára (kino dawno już nie widziało postaci o energii tak bardzo zbliżonej do Skyler White) chcą jeszcze mocniej zszyć się w patchworkowej tkaninie. Hucznie świętowane wspólne dwunaste urodziny Dénesa i Sári, córki kobiety z poprzedniego małżeństwa, przerywają bajkę. W trakcie – wydawałoby się – niewinnej dziecięcej zabawy dochodzi do tragicznego w skutkach upadku. Podejrzenia padają na sprawiającego problemy syna Sándora, a on sam, jako pierwszy przybyły na miejsce zdarzenia, staje przed poważnym dylematem moralnym: ratować syna czy prawdę?
Sós posuwa fabułę do przodu nieśpiesznie, penetrując każdą minutę losów bohaterów. Choć lokacji tu nader sporo, to z nawet największych przestrzeni bije duchota. Jak to mają w zwyczaju historie o problemach z nastoletnimi dziećmi, Wszystko w porządku staje się w końcu przede wszystkim filmem o trudnym dorosłym, z którym nikt za długo nie może wytrzymać. Rozkręca więc intensywny ton „sam przeciw wszystkim”. Nie wchodzi jednak niepotrzebnie w żadne systemowe zawiłości, jak gdyby uznając, że ani realizm, ani jarzmo wymowy o szczególnym znaczeniu społecznym nie są mu do niczego potrzebne. Choć przyznać trzeba, że wielbiciele frazy „to o nas” bez problemu odnajdą tu coś dla siebie. Kiedy oko kamery obserwuje zza szyby Sándora śmiejącego się nad pokazanym przez nauczyciela wypracowaniem syna, w którym ten w czasie teraźniejszym opisuje zmarłą matkę zjadającą szczury pośród jesiennej aury, w całej okazałości prezentuje człowieka tragikomicznie bezradnego. Nie sposób nie docenić w tym miejscu talentu wcielającego się w rolę główną twórcy i okazjonalnie aktora Szabolcsa Hajdu. Niemal dekadę temu wraz ze swoim filmem To nie są najlepsze dni mojego życia (2018) rozbił on bank, zdobywając w Karlowych Warach Kryształowego Globa, nagrodę dla najlepszego reżysera oraz statuetkę za występ. Rzadki przypadek, ale po seansie Wszystko w porządku nikogo dziwić to raczej nie powinno.
Sós rozmywa tonalnie narrację. Opowieść, która pewnie w wielu rękach stałaby się osiadłym w gatunkowych ramach kinem społecznym, zaskakuje brawurowym wplataniem w nawet najbardziej drastyczne wątki humorystycznych akcentów. Rozbawia obie strony ekranu w sytuacji zagrożenia życia bohaterów. Wykorzystuje najbardziej banalny utwór Debussy’ego w postaci emocjonalnej referencji tak, że widza nie skręca z zażenowania. Surowe szarości nadają obrazowi brutalności i betonowego chłodu, które rozładowuje ironią i familijnym ciepłem. Dom jest, jaki jest, ale przynajmniej wszystkim na sobie zależy. Sós, niczym van Warmerdam czy Zürcherowie, balansuje na cienkich granicach między wzbudzaniem ciarek lęku a wywoływaniem salw śmiechu. W niekomfortowej bliskości przygląda się rodzinie na rozstaju dróg (a tam wiadomo, kto stoi). Wreszcie bezwstydnie rzuca na stół stare dobre „kto się czubi, ten się lubi” jako wymowny bonmot historii. Nie brakuje tu nawet policjantki grającej w kotka i myszkę z Sándorem oraz jego rodziną.
Fabularnym debiutem węgierski reżyser kontynuuje znamienitą tradycję swojej narodowej kinematografii. Portrety szkicuje szarościami nie tylko na poziomie wizualnym, ale i charakterologicznym. Prezentuje kino, które moralny niepokój ma nie tylko w nazwie. Niezależnie od wieku, każdy jest tu zagubiony. Niby wszystko gra, ale nic nie jest w porządku. Tak to jest, kiedy się rośnie do dołu… co by docenić na koniec słowną grę z anglojęzycznego tytułu.
Wszystko w porządku
Tytuł oryginalny: Minden Rendben
Rok: 2025
Kraj produkcji: Węgry
Reżyseria: Bálint Dániel Sós
Występują: Szabolcs Hajdu, Ágoston Sáfrány, Anna Hay, Zonga Jakab-Aponyi, Zsófia Szamosi i inni
Dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
Ocena: 4,5/5